Co z nami robi literatura

Wojna w Ukrainie ciągle jest najważniejszą sprawą, czymś, co przykuwa w Polsce uwagę nawet ludzi, którzy zwykle zajmują się przed wszystkim swoim życiem prywatnym. Niemniej z czasem, co niestety normalne, trochę do niej przywykliśmy, choć sytuacja na froncie wydaje się być coraz bardziej niepokojąca.

Wojna bardzo wpływa na sytuację polityczną w Polsce, ale także na stan świadomości rodaków. Powiedziałbym nawet, że w sposób dla mnie niepokojący prowadzi do podważania samych fundamentów światopoglądu tych, z którymi czułem dotąd bliskość.

Niedawno opublikowano nie w jednym, ale aż w kilku gazetach tłumaczenie eseju Oksany Zabużko „No guilty people in the world? Reading Russian literature after the Bucha massacre”. Przyznaję, że nie byłem w stanie doczytać go do końca, tak bardzo byłem wzburzony rozumowaniem ukraińskiej pisarki. Dopiero po paru dniach pomyślałem, że muszę do niego wrócić, przeczytać uważnie i napisać, dlaczego jest tak bardzo nie do przyjęcia, tym bardziej, że w zasadzie nikt z osób dyskutujących o nim nie zwrócił uwagę na to, o czym w istocie jest.

Nim jednak zajmę się samym tekstem, muszę opowiedzieć trochę o mojej własnej obsesji. Otóż mało spotkałem w życiu ludzi, z którymi byłbym w złych stosunkach. Owszem, mogłem się spierać, nawet kłócić, ale bardzo rzadko prowadziło to do wzajemnej wrogości. Jest jednak jedna cecha, która mnie odrzuca. To właściwie raczej pewien sposób myślenia, który zawsze zwalczam. Jest nim z góry założona podejrzliwość, nieufność w stosunku do innych, przypisywanie ludziom raczej złych, a nie dobrych intencji, choć nie ma ku temu ani powodów, ani dowodów. Te wszystkie: „on na pewno chce nas oszukać”, „ona na pewno to robi, żeby na tym skorzystać”. Na ogół rozumowanie dotyczy sytuacji bardziej skomplikowanych, ale sens jest mniej więcej taki. Często tego rodzaju postawa jest pochodną widzenia świata i ludzi w dużym uproszczeniu: jeśli ktoś jest zły, to jest zły i już, nie ma potrzeby, by próbować go zrozumieć, pytać o szczegóły, intencje itp. Tacy ludzie zresztą bardzo często nie widzą swoich wad, nie dostrzegają, że coś robią źle, że nie zawsze zachowują się moralnie – naprawdę tego nie widzą!

Jak to się ma do eseju Zabużko? Jej tekst jest niezwykle ostrą, namiętną krytyką klasycznej literatury rosyjskiej, która pełni, według autorki, funkcję deprawatorską, jako że podważa jednoznaczność winy, jednoznaczność zła.  Przytoczę tu charakterystyczny fragment:

Kiedy Katarzyna Masłowa [bohaterka „Zmartwychwstania” Tołstoja] zostaje prostytutką, jej obraz świata zmienia się tak, by oddawanie mężczyznom ciała na gwałt za pieniądze wydawało się może nie honorowe, ale całkiem normalne. To w istocie dość uniwersalna metafora całej literatury rosyjskiej, która wciąż uchodzi za europejską i humanistyczną – jak Katarzyna Masłowa przez dwieście lat wypracowywała obraz świata, w którym przestępcy nie należy osądzać, tylko żałować. Współczuć mu, bo „na świecie nie ma winnych” (też Tołstoj!), każdy gotów jest zabić sąsiada, to kwestia ceny. 

Oto „humanizm po rosyjsku”. A jeśli zaakceptujesz tę tezę, gratulacje. Jesteś gotów na przybycie rosyjskich wojsk.”

Jest sprawą bezdyskusyjną, że wojna, a szczególnie ta wojna, w której nie ma wątpliwości, kto jest agresorem a kto ofiarą, wymaga czytelnej postawy, nazwania winnych, nierozmywania odpowiedzialności. Ale to nie znaczy, że wszystko wokół nas jest czarno-białe. Także obecna wojna, tocząca się tak blisko nas, nie jest aż tak wyjątkowa. Historia jest pełna wojen, w których dokonywano okrutnych zbrodni. Zabużko chce udowodnić, że Rosjanie są pod tym względem nieporównywalni, jako współoskarżoną czyniąc rosyjską literaturę. Turgieniew przygotował Rosjan na Buczę. W jaki sposób? Bo np. w opowiadaniu „Mumu” głuchoniemy pańszczyźniany chłop, dobra dusza, na rozkaz dziedziczki zabija jedyne bliskie mu stworzenie, wierną suczkę. Historia ta miała wzbudzić u dzieci litość do bohatera i nienawiść do złej pani. Rozpoznaję dziś ludzi wychowanych w tamtej szkole w tych, którzy przeklinają Putina i współczują dobrym rosyjskim żołnierzom, których wysłał on na Ukrainę, żeby zabijali ogniem i mieczem nie tylko suczki, ale i wszystkie żywe stworzenia – biedni chłopcy, jak oni cierpią.

Według ukraińskiej pisarki ci, którzy zgwałcili w Buczy 11-letniego chłopca, a matkę przywiązali do krzesła, żeby to oglądała, to ci sami bohaterowie wielkiej rosyjskiej literatury – zwykli Rosjanie, tacy sami jak sto i dwieście lat temu. I taż literatura jest odpowiedzialna za to, na kogo wyrośli. 

Tylko że taką winą można obarczyć każdą literaturę. Bo dobra literatura zajmuje się człowiekiem takim, jakim jest. Nie usprawiedliwianiem, ale pokazywaniem ludzi w całym kontekście ich życia, kultury, środowiska, wychowania itp. To, co Zabużko zarzuca Turgieniewowi, Tolstojowi czy Dostojewskiemu, można odnieść i do polskiej literatury, choćby okresu pozytywizmu, i do francuskiej, i do amerykańskiej, właściwie każdej. Ba, w zasadzie do całej kultury wywodzącej się z tradycji śródziemnomorskiej, choć Zabużko jest przekonana, że utwory należące do klasycznej rosyjskiej literatury oddziałują inaczej, a ich autorzy pobłądzili.

Gdyby zgodzić się z Zabużko, proces sądowy sprowadzałby się do ustalenia, czy oskarżony popełnił czyn, który mu zarzucono. W naszej kulturze prawnej to jest jednak dopiero początek procedury. Za stwierdzeniem winy musi pójść dociekanie motywów sprawcy, zamiarów, wielu innych uwarunkowań. To wszystko wpływa na wyrok, który może być bardzo różny.

Zabużko posługuje się demagogią, chcąc nas przekonać, że próba zrozumienia powodów przestępstwa jest wybielaniem, uniewinnieniem zbrodniarza. Mogę zrozumieć jej ból, jej gniew, ale jest to myślenie bardzo niebezpieczne, a dla mnie niedopuszczalne.

Moja matka broniła lekarza SS z Auschwitz, może niesłusznie, ale z przekonaniem, bo jako jedyny zachowywał się w stosunku do niej i innych więźniarek po ludzku, a to w tamtych warunkach miało znaczenie. Gdyby przyjąć rozumowanie Zabużko, nie powinna była w ogóle dopuścić do siebie myśli, że ma prawo tak postąpić. SS była organizacją zbrodniczą, a szukanie tam jakichś ludzkich odruchów to „humanizm po rosyjsku”.

Bardzo niepokojące, że presja naszej polskiej, związanej z wojną w Ukrainie poprawności politycznej jest tak silna, że pozostawiamy bez komentarza takie teksty jak esej Zabużko. A powinno się krzyczeć, że granice zostały przekroczone.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Reklama

Opowieść o rabinie

„Sierpień 1968 roku dla wszystkich ludzi w Czechosłowacji oznaczał przedział, od którego bez względu na przeszłość trzeba się było określić albo po stronie prawdy, albo po stronie kłamstwa. Każdy, kto w taki czy inny sposób, z takiego czy innego powodu nie potrafił stawić oporu i chciał się asymilować, wiedział, co robi. Podczas gdy wcześniej można było kłamać w sposób niemal naturalny, teraz już trzeba było to robić bezwstydnie, a kłamstwo to powszechnie traktowano jak pakt z diabłem. (…) Poznanie tego, że świat nie jest taki, jakim wydaje się być, to dotknięcie historii, którą każdy reżim komunistyczny ukrywa przed swymi dziećmi, miało w sobie coś oswobadzającego.”

Te słowa wypowiedział w roku 1985 w rozmowie z Andrzejem Jagodzińskim Karol Sidon. Tydzień temu, na spotkaniu w warszawskiej siedzibie PenClubu, już jako naczelny rabin Czech, powtórzył tę myśl w kontekście wojny w Ukrainie. Według niego ta wojna ma równie przełomowe znaczenie dla świadomości wielu ludzi, głównie z innych niż nasze pokoleń. A kilka minut później stwierdził, że jeśli nawet naszym losem na ogół rządzi przypadek (czy Opatrzność), to są takie momenty, kluczowe, kiedy stajemy przed koniecznością wyboru. I wtedy trzeba podejmować samemu decyzje i to, co wybierzemy, zależy już tylko od nas.

Jego ocena zachowań społecznych po inwazji na Czechosłowację jest bardzo gorzka: „Coś się zmieniło już wtedy, gdy z Moskwy wróciła delegacja władz, która podpisała tam rosyjskie ultimatum [przypomnę, że jedynym, który tej kapitulacyjnej umowy nie podpisał, był pochodzący galicyjskiego Stanisławowa lekarz i interbrygadzista, František Kriegel – JL]. Do tego czasu odbywały się nieustannie demonstracje – więc my wtedy z pewnymi ludźmi zorganizowaliśmy demonstrację przeciwko moskiewskiemu „porozumieniu”. Szła nas wtedy po praskich ulicach od początku do końca może pięćdziesiątka, nikt więcej już do nas nie dołączył. A kiedy napisaliśmy protest przeciwko tym uzgodnieniom, wtedy drukarze odmówili nam go wydrukować. Czyli siedem dni, do przyjazdu tej delegacji, trwał, co by nie mówić, solidarny opór; w tym czasie ludzie stracili cały zapał. I to był rzeczywisty początek normalizacji.”

Wspominałem już o Sidonie we wpisie zawierającym omówienie książki Aleksandra Kaczorowskiego o Ocie Pavlu. Jednak biografia Sidona jest tak niezwykła, nawet jak na nasze, wschodnioeuropejskie standardy, co więcej,  wpisuje się w fascynujący sposób w historyczny porządek ostatnich osiemdziesięciu lat tej części świata, że wydała mi się akurat teraz warta opowiedzenia.

W 1968 roku Karol Sidon miał zaledwie 26 lat, ale już spory dorobek twórczy. Cztery lata wcześniej skończył praską szkołę filmową FAMU, pisał scenariusze, słuchowiska radiowe, był producentem w studiu słynnego twórcy filmów animowanych Jiříego Trnki. Nim „normalizacja” Husaka przekształciła się w system w pełni autorytarny, był Sidon jeszcze redaktorem bardzo ważnych w tym czasie pism Związku Literatów „Literární nowiny” i „Literární listy”,  przede wszystkim jednak został scenarzystą trzech filmów bardzo oryginalnego, wybitnego słowackiego reżysera Juraja Jakubisko. Ostatni z nich, „Do widzenia w piekle, przyjaciele”, został ukończony dopiero w 1990 roku. Sidon wspomina współpracę z Jakubisko bardzo dobrze, podziwiając wyobraźnię Juraja, dzięki której wizje scenarzysty znajdowały zupełnie inne, nieprzewidziane formy wizualne. Praca w tych latach, w okresie 1968-70, odbywała się w bardzo trudnych warunkach, twórcy cały czas  nie byli pewni, co im się uda zrobić, co zostanie zaakceptowane, czy film zostanie ukończony i pokazany widowni, czy książka zostanie wydana.

Jeszcze w 1968 roku ukazał się debiut powieściowy Sidona „Sen o moim ojcu”. Pisarz pochodził z mieszanej, żydowsko-czeskiej rodziny. Ojciec, Aleksander Sidon, został aresztowany w 1944 roku. Nie bardzo wiadomo, co było tego powodem, w każdym razie musiało chodzić o jakieś oskarżenie, bo nie został wywieziony do terezińskiego getta, ale znalazł się w mieszczącej się poza granicami getta Małej Twierdzy, więzieniu gestapo, gdzie przetrzymywano nie tylko Żydów, ale również Czechów i ludzi innej narodowości. Został tam stracony dzień przed transportem do Oświęcimia. Matka Karola Sidona, Jana, wyszła trzy lata po wojnie za Józefa Grossa, podobnie jak jej pierwszy mąż Żyda, syna właścicieli kamienicy, w której Sidonowie mieszkali.

Przed Karolem nie ukrywano jego pochodzenia, dla sąsiadów też nie było ono oczywiście tajemnicą, więc chłopiec wielokrotnie zetknął się z przejawami antysemityzmu, szczególnie wtedy, gdy takie reakcje nasiliły się w związku z procesem Slánskego. Co równie ważne, dla dorastającego Karola ojciec, którego nie pamiętał, był punktem odniesienia, postacią ważniejszą niż wszyscy żyjący, co wyraził bardzo subtelnie w swojej pierwszej powieści. Za jej autobiograficznością stał świadomy wybór – Sidonowi chodziło o prawdę i autentyczność przeżycia; wydało mu się, że czysta fikcja tego rodzaju wyzwania nie jest w stanie udźwignąć.

Przez kolejne dziesięć lat Sidon interesował się coraz bardziej żydowską kulturą, uczył się hebrajskiego, chodził do gminy żydowskiej, aż wreszcie zdecydował się na konwersję, co w od dawna mocno zateizowanej Czechosłowacji było trochę dziwne. Kiedy powiedział o tym ojczymowi, ten odparł: „Karolku, nie wygłupiaj się, przecież wszyscy od tego odchodzą”.

Jego losy w tym czasie były bardzo typowe dla inteligenckich współtwórców Praskiej Wiosny. Kolejno wyrzucano go z redakcji, z radia i z telewizji, a od roku 1972 mógł już pracować wyłącznie na stanowiskach fizycznych. Znajdował zatrudnienie jako robotnik, a od 1975 roku sprzedawał gazety w kiosku. Podpisał Kartę 77, potraktowaną powszechnie za otwarty manifest opozycji, a w kilka dni później, kiedy w prasie ukazały się sfabrykowane przez Służbę Bezpieczeństwa materiały na temat Ludvíka Vaculíka, współzałożyciela Karty 77, powycinał je i wydawał klientom tak spreparowane pisma.  Oczywiście szybko został zatrzymany i zwolniony z pracy; od tego momentu mógł już pracować wyłącznie jako palacz, to zresztą stało się typowym zajęciem czeskich dysydentów. Opowiadał później, że zajmowali się nim dwaj esbecy – jeden w związku z Kartą 77, drugi ze względu na jego zaangażowanie w sprawy żydowskie. W ten sposób te dwa w gruncie rzeczy różne nurty jego aktywności w tym okresie się jakoś łączyły. Był wielokrotnie zatrzymywany i przesłuchiwany. Sidon nie zaprzestał też pisania. W drugoobiegowym wydawnictwie Petlice ukazały się między innymi jego niewydane wcześniej sztuki teatralne, a także powieściowy esej „Ewangelia według Józefa Flawiusza.” Niektóre inne utwory pisane w tym czasie opublikowane zostały w emigracyjnym wydawnictwie Index w 1988 roku.

W 1983 roku praska gmina żydowska załatwiła mu możliwość podjęcia studiów judaistycznych w Heidelbergu, na co Sidon po pewnym wahaniu się zgodził. Doszedł do wniosku, że nie może poznawać religię i kulturę żydowską wyłącznie drogą samodzielnych lektur, potrzebuje rzetelnych, kompetentnych nauczycieli i dostępu do źródeł. Ukończył heidelberską uczelnię, później studia rabiniczne w Jerozolimie, a w 1992 roku wrócił do Pragi, obejmując tu funkcję głównego rabina. Dopiero wiele lat później dowiedział się z materiałów bezpieki, że zarząd gminy żydowskiej był infiltrowany przez Státní bezpečnost  (czechosłowackie SB) i oferta wyjazdu do Niemiec Zachodnich była częścią akcji „Asenizacja” – pozbywania się z kraju dysydentów, co wydawało się władzom korzystniejsze niż ciągłe ich nękanie i trzymanie w aresztach i więzieniach. Sidon w trakcie warszawskiego spotkania śmiał się, że zasługą StB jest to, że Praga otrzymała ortodoksyjnego rabina, który nie przyjechał z Ameryki ani z Izraela, ale jest stąd, wychowany w lokalnej kulturze i znający dobrze tutejsze stosunki.

Karol Sidon nie oddał się spokojnemu życiu przewodnika duchowego współwyznawców. Trudno zresztą to sobie wyobrazić w przypadku kogoś, kto miał tak burzliwy życiorys. Zmagał się z konfliktami w gminie, w której do głosu dochodziły różne koncepcje judaistyczne, był odwoływany z funkcji i na nowo przywracany. W 2014 roku sam ustąpił, by móc wrócić do działalności literackiej. W latach 2014-17 wydał kolejne części powieściowej tetralogii Kde lišky dávají dobrou noc („Tam gdzie lisy mówią dobranoc”). Ten wielki cykl został zamierzony jako dzieło popularne, ma wiele cech utworu sci-fi, jest jednocześnie poetyckim i psychologicznym thrillerem. Sidon podpisał go pseudonimem Chaim Cigan, nie chcąc mieszać swojej twórczości z funkcjonowaniem jako rabin. Wcześniej, pod własnym nazwiskiem, opublikował dobrze przyjęty przekład z hebrajskiego na czeski Tory.

Nie wypada mi tu plotkować na temat osobistego życia rabina, ale nie mogę się powstrzymać, by nie wspomnieć, że w 2016 roku ożenił się po raz czwarty z kobietą młodszą o 44 lata. To go też jakoś charakteryzuje jako człowieka niespokojnego ducha, bardzo niekonwencjonalnego. Choć nie jest już rabinem Pragi, zachował funkcję Naczelnego Rabina Czech i Moraw.

W Polsce Karol Sidon przez lata był autorem tylko jednej książki, „Sen o moim ojcu” (poprosiłem autora o dedykację na moim, liczącym już pięćdziesiąt lat egzemplarzu). Dopiero dwa lata temu ukazała się kolejna, zbiór dziewiętnastu bajek – przypowieści dla dorosłych „Na ratunek Tałesowicz”. Kupiłem ją sobie podczas wspomnianego wcześniej spotkania z autorem, bardzo jestem jej ciekaw. Myślę, że na Wielkanoc to będzie dobra lektura.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Pusty las

Trudno dziś pisać o czymś innym niż wojna w Ukrainie i jej skutki. Próbuję zresztą zapisywać na bieżąco różne obserwacje, ale nie składają się na nic, co byłoby warte publikowania. Dlatego wracam do notatek o książce, która ma pewien, raczej historyczny, związek z Ukrainą. Notatki swoje przeleżały, ale może to jest dobry czas dla nich. Dotyczą „Pustego lasu” Moniki Sznajderman.

Bardzo chciałem, żeby ta książka mi się spodobała. Z wielu powodów. Po pierwsze ze względu na autorkę, a dokładniej dlatego, że wybór Moniki Sznajderman, by zamieszkać wiele lat temu w Beskidzie Niskim i prowadzić tam prawdziwie wiejskie, trudne życie, zawsze robił na mnie wrażenie. To nie była zachcianka, trzeba było pokonać wiele trudności. Sznajderman zmieniała miejsca pobytu: Olchowiec, Łosie, Czarne, wreszcie Wołowiec; dom w Olchowcu spłonął, w Czarnem nie było bieżącej wody ani elektryczności, długo drogi łączące ze światem były kiepskiej jakości, w zimie trudno było się przedostać do miasta, do sklepów, urzędów. Trzeba było się tego innego życia nauczyć, zajmowania się zwierzętami, roślinami. A przecież już wiele lat temu Monika Sznajderman stworzyła wydawnictwo „Czarne”, tam na miejscu, nie bardzo nawet sobie wyobrażam, jak to było możliwe. „Pusty las” też został w nim wydany i w dodatku, muszę przyznać, perfekcyjnie. Starannie edytorsko, bez najmniejszych usterek, literówek, z bezbłędną interpunkcją. Żałuję tylko, że zdjęcia, które ilustrują książkę, nie mają opisów, wiadomo tylko, kto je wykonał. Rozumiem jednak, że była to świadoma decyzja autorki.

Chciałem, by „Pusty las” mi się podobał także dlatego, że czuję silny związek emocjonalny z Beskidem Niskim. A książka Moniki Sznajderman jest próbą odtworzenia historii tego rejonu. Może nie historii, tak jak ją zwykle rozumiemy, ale przywrócenia pamięci o ludziach, którzy w tym miejscu mieszkali, a których właśnie historia stąd wygnała i unicestwiła. Z Wołowca – ich autorka nazywa „moimi sąsiadami” – i z wielu pobliskich miejscowości. Łemkach, czasem nazywających się Rusinami albo Rusnakami. No i Żydach.

Po raz pierwszy zobaczyłem krajobrazy Beskidu Niskiego na początku lat siedemdziesiątych zeszłego wieku, ponad dekadę wcześniej od Sznajderman. W tym czasie było tu jeszcze bardziej pusto niż w latach osiemdziesiątych. Po wielu wsiach zostały tylko nazwy i miejsca na mapach, ale w tych zachowanych, u nielicznych mieszkających tu gospodarzy, zawsze można było się przespać w stodole na sianie. A w cieplejszych porach roku problem noclegu załatwiał namiot przytroczony do plecaka – w tym pustkowiu można było go rozbić w zasadzie w każdym miejscu. Bywałem tu często, zawsze na rajdach SKPB odbywających się na początku maja, w lecie na wakacyjnych wędrówkach, w późniejszych latach z grupami szkolnymi. Na całym terenie było tylko jedno schronisko pod Magurą Małastowską, potem w roku 1977 powstała Bacówka w Bartnem, ale gościnne stodoły zawsze nas ratowały, gdy trzeba było przenocować, nawet z trzydziestoma osobami.

Miał więc Beskid Niski urok dzikości, dawał wolność, nie trzeba było poruszać się nielicznymi tu szlakami znakowanymi, częściej chodziło się zwierzęcymi ścieżkami lub pozostałościami dawnych dróżek, rozpoznając ukształtowanie terenu na podstawie mapy. Jednak z biegiem czasu coraz ważniejsze stawały się ślady przeszłości, na które najpierw trafialiśmy przypadkowo, a potem, w miarę powstawania różnych opracowań, a także pracy zapaleńców w terenie, coraz bardziej świadomie. Wiedzieliśmy, że ta pustka jest konsekwencją akcji „Wisła”, że przez wieki zasiedlali te tereny Łemkowie, że podobnie jak Bieszczady były to ziemie kiedyś gęsto zamieszkane. Dopiero po wygnaniu stąd miejscowych góry i pastwiska porosły lasem i krzakami, więc po ponad dwudziestu latach zostały tylko ślady po domach, sadach, zachowały się nieliczne cerkiewki. Innymi, ważnymi znakami przeszłości były cmentarze żołnierzy pierwszej wojny światowej, wielkie i budzące podziw przedsięwzięcie wojskowej administracji austro-węgierskiej. Na cmentarze też początkowo trafialiśmy przypadkiem, dopiero później zaczęto się nimi opiekować, zaznaczać je na mapach i opisywać w szczegółowych materiałach pisanych. Z biegiem czasu dawny Beskid Niski stał się w moich oczach integralną i wyrazistą częścią Galicji, tej rusińsko-żydowskiej, opisywanej kiedyś przez Josepha Rotha, a w ostatnich latach przez Martina Pollacka. Bardzo biednej, ale też takiej, w której rozwijał się gwałtownie przemysł wydobywczy, głównie związany ze złożami ropy naftowej.

Monika Sznajderman w pierwszym rozdziale „Pustego lasu” definiuje bardzo jasno, co chciałaby swoją książką osiągnąć:

„Wiem, jak zasiedlano Wołowiec, jak toczyła się historia mojej wsi. (…) Staram się przywrócić krajobrazowi przeszłość, a jego twórcom – imiona i nazwiska, choćby niektóre, choćby kilka, tyle, ile zdołam. Przynajmniej do pewnego stopnia przestaną być wtedy bezimienną, bezosobową siłą, która prze stulecia wypalała i karczowała, orała i siała, sadziła i zbierała, i staną się konkretnymi ludźmi. (…)

Mogę tu mieszkać, bo ich wszystkich nie ma. Wyjechali. Zostawili po sobie pustkę, a w niej wspomnienia i porzucone rzeczy, zostawili krajobraz, który przez lata tworzyli. A przecież to oni zawsze tu żyli, nie ja. (…)

Chciałabym opowiedzieć o nich jak najwięcej, chciałabym opisać ich twarze i opisać ich życie, ale mogę je sobie tylko wyobrażać.”

Zdaję sobie sprawę, jak trudne to zadanie. Niestety, w moim przekonaniu, autorce się nie udało. Już w poprzedniej książce, w „Fałszerzach pieprzu”, jej metoda okazała się zawodna. Tam próbowała odtworzyć swoją historie rodzinną. Nie mając bezpośrednich, domowych relacji o rodzicach ojca, szukała informacji w archiwach, przedwojennych gazetach, w różnych dostępnych źródłach. Jednak cytowanie tych źródeł okazało się nie najlepszym sposobem, by ożywić nieistniejący już świat i ludzi. Kiedy czytałem „Fałszerzy pieprzu”, starałem się usprawiedliwiać autorkę, wydawało mi się, że widocznie w jej sytuacji nie można było zrobić wiele więcej. Jednak Maciej Zaremba Bielawski, którego sytuacja rodzinna bardzo przypomina tę Moniki Sznajderman – też ma polsko-żydowskie korzenie, też dysponował tylko bardzo skąpymi danymi o żydowskich dziadkach – pokazał w „Domu z dwiema wieżami”, że posługując się środkami reporterskimi, wykorzystując pełną pasji dociekliwość, można stworzyć dzieło bardzo żywe, wiarygodne, dla czytelnika pasjonujące.

W „Pustym lesie” są, zgodnie z zapowiedziami, liczne imiona i nazwiska. Cytaty z zapisów znalezionych w archiwach. Cytaty z gazet i wielu książek, wiele szczegółów. Sznajderman pisze ładnie, pisze w tonie bardzo osobistym. Jest tu historia, są przychodzące ze wschodu fale epidemii i pogromów, jest emigracja do Ameryki, jest Wielka Wojna, a potem, już mniej szczegółowo, ta druga, która przyniosła zagładę społeczności żydowskiej, a wkrótce później wygnanie Łemków. Jest to wszystko, ale nie ma prawdziwego życia, są strzępki losów, echa zdarzeń. Brakuje równowagi między natłokiem nazwisk, wyciągów z akt, opowieścią historyczną i osobistymi refleksjami. Nie, żeby „Pusty las” zostawił, mnie obojętnym. Obok faktów mi dobrze znanych, zresztą autorka opiera się często na tekstach, które i dla mnie są ważne, znalazłem w książce szereg spraw ciekawych, o których wiem mało. To np. relacje dotyczące początków wydobycia ropy w tym rejonie, stanowiącym zachodnią, wydawałoby się mniej ważną część galicyjskiego zagłębia naftowego. Jeśli mam więc tak daleko idące zastrzeżenia, dotyczą one przede wszystkim metody pisarskiej, którą przyjęła Monika Sznajderman. Może zresztą sama ma tego świadomość? Pisze przecież:

„To napięcie między pragnieniem wywoływania po nazwisku a poczuciem, że tamtego świata nie da się przywołać, nawet z pomocą najlepszych źródeł i najczulszych narzędzi, nie daje o sobie zapomnieć, drażni i boli jak niezagojona rana. I wiem, że nic się z tym nie da zrobić, a przecież mimo to, z pełną świadomością wpisanego w ten projekt niespełnienia, czuję, że nie ma wyjścia, że trzeba próbować.”

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Dziewczyna z Sum

Masza Makarowa, dziennikarka rosyjskojęzycznego kanału telewizji Biełsat, napisała 11 marca na Facebooku (tłumaczę z rosyjskiego):

„Montowałam dziś krótką relację. Na peronie dworca na polsko-ukraińskiej granicy stoi dwudziestokilkuletnia dziewczyna, która ewakuowała się z Sum, i szlochając opowiada dziennikarzom, że jej mama mieszka o godzinę jazdy z Sum, ale już w Rosji.

Dziewczyna zadzwoniła do mamy, powiedziała, że ich bombarduje armia rosyjska, jest okropnie, teraz właśnie biegnie do schronu, a matka jej odpowiedziała – to wszystko bzdury, nie ma żadnej wojny, to Ukraińcy walczą i sami prowadza ostrzał.

I tak dziewczyna, która uciekła od wojny, której nie ma, szlocha na peronie w Polsce – sama.

Jakbyś słyszała w tej historii słowa całkiem znajomych i bliskich ludzi. Za każdym razem przeklinam propagandzistów.”

Tego typu opowieści jest tak wiele, wręcz setki, że nie sposób się nad nimi nie zastanowić. Jak to się dzieje, że ludzie skłonni są bardziej wierzyć oficjalnym informacjom niż swoim najbliższym, którzy relacjonują im osobiste doświadczenia? I czy jest to rzeczywiście tak dziwne?

Skłonni jesteśmy twierdzić, że myślimy niezależnie, że nasze przekonania, nasz obraz świata jest przede wszystkim naszym tworem. Że opierając się na doświadczeniu życiowym jesteśmy w stanie odróżnić prawdę od fałszu, a tylko jeśli nie mamy „wiarygodnych” danych, mówimy, że nie wiemy, jak jest. Tymczasem ogromna większość faktów, które poznajemy, prawie cała nasza wiedza nie pochodzi z naszych bezpośrednich, naocznych obserwacji, ale z innych źródeł – od innych ludzi, z mediów, z książek, ze szkoły. Ba, nawet na wynik obserwacji wpływa to, co wiemy skądinąd. Jeśli więc ktoś styka się wyłącznie z takim przekazem, że w Ukrainie nie ma żadnej wojny, że armia rosyjska przeprowadza pokojową operację specjalną w Donbasie, chroniąc zwykłych ludzi przed faszystowska przemocą, jeśli od miesięcy rządowa propaganda nasyca opowieść o ukraińskim i NATO-wskim zagrożeniu różnymi szczegółami, koncentrując się oczywiście na sytuacji w obwodach ługańskim i donieckim, to taka osoba tworzy sobie pewien spójny obraz rzeczywistości. A ludzie bardzo nie lubią, by ich przekonania i wiedzę o świecie podważać, bo jest to bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem. Dlatego taką informację, nawet pochodzącą od własnej córki, trzeba odrzucić, bo konsekwencją byłoby dopuszczenie do siebie świadomości, że się zostało oszukanym i to raczej nie tylko w tej jednej konkretnej kwestii.

Nie mam wątpliwości, że likwidacja niezależnych mediów, odcięcie ludzi od mediów społecznościowych o światowym zasięgu, wprowadzenie drakońskich kar za informowanie o wojnie, wreszcie wezwanie do „samooczyszczania” kraju ze zdrajców (a więc ludzi podejrzanych o niepopieranie agresji) musi przynosić wymierne efekty.

Próbowałem wykonać pewne doświadczenie myślowe. Wyobraziłem sobie, że media rosyjskie poinformowały o jakimś akcie okrucieństwa, którego dopuściła się strona ukraińska. Rzecz jasna, Ukraińcy zaprzeczyli. Jak bym zareagował? Oczywiście, nie uwierzyłbym Rosjanom, bo wielokrotnie kłamali i żadne ich niezależne źródła nie mogłyby takiej informacji potwierdzić. Jednak czy takie wydarzenie jest niemożliwe? Wiadomo, że podczas wojen zbrodnie popełniają zwykle wszystkie strony konfliktu. W dodatku agresja, którą śledzimy na co dzień, jest brutalna i trudno się dziwić Ukraińcom, że budzi w nich nienawiść w stosunku do Rosjan. A mimo to jestem pewien, że od razu odrzuciłbym tego rodzaju informację, chyba żeby potwierdziły ją uznane agencje prasowe.

Krótko mówiąc, jest rzeczą naturalną, że bronimy swojego widzenia świata i na tej podstawie decydujemy, czemu wierzyć, a czemu nie. Jest jeszcze coś więcej – presja otoczenia. Bardzo trudno być tym jedynym, który myśli inaczej. No bo jeśli wszyscy wkoło mówią, jak jest, to chyba moje wątpliwości są nieuprawnione. Trzeba mieć jakąś grupę sojuszników, by nie stracić pewności siebie.

Obejrzałem dziś (a piszę ten tekst długo, z trudem i bólem, więc dziś to piątek, 25 marca) krótki filmik na Facebooku. 77-letna leningradzka malarka Jelena Osipowa wielokrotnie już protestowała przeciw wojnie. Tym razem usiadła na Newskim Prospekcie z antywojennymi plakatami. Przechodnie obsypują ją obelgami i tłumaczą, że kłamie. Zrobiło to na mnie okropne wrażenie – starsza pani sama przeciw tłumowi ( https://www.facebook.com/watch/?v=2076680005832231 ).

Nie chcę pójść za daleko i usprawiedliwić każdą postawę, nie zamierzam twierdzić, że człowiek nie odpowiada za to, jakie ma poglądy i co robi. Niemniej są mechanizmy, które silnie na nas wpływają. Dlatego tak istotna jest obrona demokracji z jej zasadą rozdziału władz, niezależności mediów i wolności wypowiedzi. Choć i w państwie, które przestrzega tych idei, musimy się mierzyć z bardzo trudnymi wyzwaniami, które stwarza współczesność i nowe technologie. Nie da się w prosty sposób walczyć z masowym trollingiem, celowym rozpowszechnianiem nieprawdziwych informacji, kampaniami opłacanych propagandzistów, wciąganiem ludzi w krąg oddziaływania dziwnych, wręcz fantastycznych ideologii i światopoglądów. Jednak fakt, że możemy się stykać z różnymi wpływami, a nie tylko jednym, licencjonowanym przez państwo opowiadaniem świata, ma znaczenie.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

24 lutego 2022

To jest taki dzień, który musi zostać zapisany w pamięci. Jeśli nie dla mnie, to dla wnuków. Tak jak wielu myślę, że rosyjska inwazja na Ukrainę bardzo zmieni świat, a na pewno Europę. Czy to początek kolejnej wielkiej wojny, tego nie wiem, ale na pewno zaburzenie poczucia bezpieczeństwa milionów ludzi. Nie będziemy już mieli poczucia, że wojna to taki środek rozwiązywania konfliktów, którego się nie bierze pod uwagę. A tymczasem paradoksalnie po długim okresie niepogody za oknem jasne słońce, powietrze pachnie wiosną. Ostatni tydzień spędziłem w izolacji, dziś kupiłem kolejne testy covidowe i tym razem wyszły negatywnie. W dodatku cała atmosfera wokół epidemii zaczyna się polepszać i można byłoby nawet patrzeć z optymizmem w przyszłość, mając nadzieję, że jednak w dającej się przewidzieć przyszłości nastąpi powrót do jako takiej normalności.

Mogłoby więc być dobrze, choć z drugiej strony ranne informacje trudno uznać za zaskakujące. Publikowane przez media zachodnie informacje wywiadowcze o pełnym przygotowaniu armii rosyjskiej do ataku, choć przez jakiś czas mogły powodować opóźnienie napaści, uważałem cały czas za wiarygodne. Ale nawet jeśli byłem na tę wiadomość przygotowany, to fakt, że tuż obok, w końcu w Europie, rozgrywa się pełnowymiarowa wojna, a nie jakieś incydenty, wzajemne ostrzeliwania się, jest dla mnie szokiem.

Cały czas bardzo naiwnie zastanawiam się, co tego rodzaju wojna może załatwić. Czy ustanowienie w Ukrainie rządu o charakterze podobnym jak ten Łukaszenki naprawdę ma jakiś wpływ na bezpieczeństwo Rosji? Czy Putin rzeczywiście uważał, że Rosji coś grozi? Przecież od kiedy tak wielkie państwa jak USA, Rosja czy Chiny mają broń atomową i wodorową, dysponują rakietami, które mogą przenieść błyskawicznie ładunki nuklearne w dowolne miejsce na Ziemi, napaść na którekolwiek z nich byłaby szaleństwem.

Porównania z tym, co się działo w roku 1938 i 1968 nie są pozbawione podstaw, a w każdym razie warto się zastanawiać nad podobieństwami i różnicami. Inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację trzeba rozpatrywać w kontekście tamtego układu sił. Niezależnie od tego, jak bardzo byliśmy oburzeni i rozgoryczeni, mieliśmy świadomość, że żyjemy w świecie dwubiegunowym: dwa mocno zantagonizowane obozy wschodni i zachodni, o wyraźnie określonych strefach wpływu (szczególnie w Europie), a poza nimi wszystkie pozostałe państwa, czyli z grubsza Trzeci Świat. Utrata wpływu na Czechosłowację oznaczała dla ZSRR groźbę erozji ideologicznej, w konsekwencji rozpadu systemu. Zachód, kibicując zmianom w Pradze, nigdy nie rozpatrywał żadnych możliwości wsparcia realizatorów Praskiej Wiosny, respektując podział, który się ostatecznie dokonał po II wojnie światowej. Rosjanie dobrze o tym wiedzieli, więc straszenie jakimiś działaniami RFN czy innych krajów zachodnich w Pradze miało charakter czysto propagandowy.

W mojej optyce świat w XXI wieku wygląda zupełnie inaczej. Dalej istnieją wielkie mocarstwa, przy czym do USA i Rosji doszły Chiny, Indie, pewnie kilka innych, wszędzie krzyżują się różne interesy, wybuchają lokalne awantury, w które często te mocarstwa się angażują, ale mimo istnienia NATO nie ma już dwóch bloków, które dzielą między sobą wpływy na całej kuli ziemskiej. Tymczasem Putin dalej tkwi w takim podziale. Według niego Zachód jest w nierozwiązywalnym konflikcie z Rosją, traktowaną przez niego jako spadkobierczynię dawnego imperium rosyjskiego. Wszystkie wypowiedzi Putina w ostatnim czasie dotyczą tak naprawdę Zachodu, który jakoby doprowadził do przewrotu politycznego i stworzył dzisiejszą Ukrainę. Ba, bez aktywnej działalności Amerykanów i Polaków Ukraina by już nie istniała! Dla Putina nie Ukraina jest problemem, a Zachód jako taki. NATO, UE, zachodnia cywilizacja. Zachód rozumiany jako w miarę spójny blok wojskowo-gospodarczy, któremu niby istnienie Rosji i jej interesy przeszkadzają. Jeśli mam rację, oznacza to, że musimy się czuć zagrożeni. My, kraje bałtyckie, Słowacja, wszyscy europejscy sąsiedzi nowej Rosji i wkrótce zwasalizowanej Ukrainy; może najmniej Mołdawia, choć w tym przypadku mogę się mylić.

Czy można było zrobić coś, by Rosję powstrzymać? Nie sądzę. Oczywiście, analogie do roku 1938 i Monachium nasuwają się same. A jednak jest teraz inaczej, przede wszystkim dlatego, że bezpośredni konflikt zbrojny z mocarstwem atomowym grozi kataklizmem światowym, szczególnie gdy przy władzy jest dyktator nie do końca obliczalny. Z tego powodu wcale nie mam pewności, czy jeśli Rosja zaatakuje któryś z krajów bałtyckich lub Polskę, napadnięty nie zostanie pozostawiony samemu sobie, jak Ukraina. Nawiasem mówiąc, cieszę się, że Stanami Zjednoczonymi nie rządzi Donald Trump, bo naprawdę trudno byłoby przewidzieć, jakie podejmowałby decyzje w trudnych sytuacjach. Zawsze jakoś powątpiewałem w to, że pojedynczy ludzie mogą mieć bardzo silny wpływ na to, jak toczy się historia, ale chyba nie miałem racji. Przecież działanie Putina jest z punktu widzenia interesów jego państwa niezbyt racjonalne. W dodatku niezależnie od tego, jak dotkliwe będą sankcje wymierzone w Rosję, na pewno jego przyjaciele, oligarchowie, na tym ucierpią, a nie zyskają. A jednak nie wydaje się, by decyzje prezydenta spotkały się z istotnym sprzeciwem wśród liczących się ludzi władzy i gospodarki. Strach? Chyba tak, jak to w dyktaturze.

Tak, zapisuję tu pewne myśli, pewnie niezbyt mądre i oryginalne, żeby nie pisać o niepokoju, strachu, zamęcie, który mam w głowie. Teraz, a kończę ten tekst w drugim dniu inwazji, media są pełne najróżniejszych analiz, przewidywań, rozważań nad tym, co należało zrobić kiedyś, co trzeba zrobić dziś. Ukraina się jeszcze broni. A ja? Co mogę? Jak się zachować, poza udzielaniem finansowej i materialnej pomocy dla ukraińskich uchodźców? Pewnie najbliższe dni przyniosą jakieś rozstrzygnięcia.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Dlaczego uchodźcy…

Trudno mówić i pisać o stosunku moich współobywateli do uchodźców błąkających się po lasach w pobliżu granicy białoruskiej. Jednak tym, co mnie zastanawia, jest jak bardzo różnice w skrócie dotyczące tego, czy pomagać, czy nie, pokrywają się z tym głębokim podziałem społecznym na popierających PiS i ich przeciwników. Można podać bardzo wiele przykładów, które tej tezie przeczą, niemniej wydaje się, że w dużym stopniu jest ona prawdziwa.

Na pierwszy rzut oka stan uchodźców błąkających się po przygranicznych lasach nie jest problemem politycznym. Czy zostawić ludzi potrzebujących pomocy, często w sytuacji grożącej śmiercią, samym sobie lub nawet przepychać tych przemoczonych i chorych z powrotem przez granicę, krótko mówiąc czy zachować się humanitarnie, czy nie, jest w zasadzie problemem czysto moralnym. Wiem jednak, że został on silnie upolityczniony i w oczach wielu stał się on elementem politycznej opowieści. W uproszczeniu brzmi ona tak:

Łukaszenka ściągnął z Bliskiego Wschodu i Azji ludzi, których zapewnił, że bez problemu przedostaną się do Unii Europejskiej, do bogatych krajów Zachodu. Zjechali się więc na granicę muzułmańscy imigranci zarobkowi, którymi Łukaszenka próbuje zalać Polskę, by zdestabilizować nasz kraj. Nie możemy na to pozwolić, więc tych ludzi trzeba wyłapywać i z Polski wyrzucać. Oni zresztą musieli wiedzieć, na co się piszą, to nie są żadni biedacy ani uchodźcy, potrafili zebrać niemałą sumę na podróż, nie ma się co nad nimi litować, nie jesteśmy winni ich losu.

W skrócie sprowadza się to do dwóch tez: obrona granic jest sprawą nadrzędną, więc jeśli wiąże się z pewnymi ofiarami, to trudno, a poza tym te „ofiary” nie są w gruncie rzeczy takimi znów ofiarami, jak je niektórzy chcą przedstawiać. Dobrze to ilustrują cytaty z tekstu jednego z autorów naszego ursynowskiego pisma „Passa”, którą to gazetę zresztą chętnie czytam:

„ W głowie się nie mieści, by kilka tysięcy uchodźców z zupełnie innej strefy kulturowej i obyczajowej, ot tak sobie, wchodziło sobie rączym krokiem na terytorium naszego państwa. Jedynym ich uzasadnieniem jest to, że poszukują lepszego życia (sic!) (…) Polska to nie przytułek, który przytuli każdego głodnego i zziębniętego.”

I drugi cytat, w formie odpowiedzi Agnieszce Holland: „Czy to ja albo którykolwiek z Polaków kazaliśmy ‘śniadoskórym’ wsiadać na łodzie i tonąć w morzu bądź lecieć na Białoruś i ‘zamarzać w lesie lub na polskich bagnach’? Nie, nie, paniusiu, to nie my jesteśmy winni, że ‘śniadoskórzy’ toną i zamarzają w lasach, ale oni sami. Przez własną nierozwagę i nieprzemyślaną, nieodpowiedzialną decyzję wyjazdu w nieznane. (…) Proszę więc, pani słynna reżyserko, nie szukać odpowiedzialnych za tragedię na granicy wśród zwykłych Polaków, polskiego rządu, dowódców kierujących oddziałami wojska i policji, czy wreszcie samych żołnierzy i policjantów.”

Kiedy więc myślę, dlaczego i w tej sprawie linia podziału społecznego przebiega według tych samych, co w innych sprawach, zasad, skłaniam się ku tezie, że zasadniczym czynnikiem jest oddziaływanie mediów. W mediach dystansujących się od władz używany jest przeważnie termin „uchodźcy”, w tych prorządowych „imigranci (zarobkowi)”, po „naszej” stronie możemy przeczytać liczne reportaże o sytuacji ludzi błąkających się po przygranicznych lasach, o przebiegu akcji pomocowych, o tym, jak służby graniczne wielokrotnie nie dopuszczają wolontariuszy i lekarzy do potrzebujących pomocy, a w tym czasie TVP pokazuje wyłącznie żołnierzy i pograniczników skutecznie broniących się przed atakami usiłujących sforsować granicę agresywnych cudzoziemców.

Mój pierwszy wpis na blogu, o ile pamiętam, poświęciłem okolicznościom, w jakich PiS przejął TVP. Nawet opozycja nie była za bardzo oburzona tym, że przekazanie kompetencji odwoływania i powoływania zarządu TVP nowo utworzonej Radzie Mediów Narodowych, co umożliwiło natychmiastowe przekazanie władzy w telewizji publicznej Jackowi Kurskiemu, było działaniem ewidentnie sprzecznym z konstytucją. Większość społeczeństwa była przekonana, że nowa władza zawsze zmienia zarząd TVP, wsadzając tam swoich ludzi, a było to bardzo dalekie od prawdy. Oczywiście, gdyby nawet trzymać się konstytucji, prędzej czy później Zjednoczona Prawica przejęłaby TVP. Niemniej ten pośpiech już coś mówił o tym, co PiS chce zrobić z TVP, a mianowicie przekształcić to medium w czysto propagandowy kanał, będący na wzór komunistyczny ideologicznym „pasem transmisyjnym” do narodu.

Dla mnie nic tak bardzo nie ilustruje tego ostatniego stwierdzenia, jak stosunek do uchodźców, nie do „problemu uchodźców”. Osobną sprawą jest postawa Kościoła, stojącego w tym przypadku w rozkroku. Wielu ludzi Kościoła chce pomagać i pomaga przy granicy, niemniej hierarchowie nie potrafią się zdecydować, czy powinni otwarcie stanąć po stronie wartości moralnych, czy nie. Cała ta sytuacja porusza mnie w istocie bardziej niż wszystko, co działo się za rządów PiS wcześniej. Konsekwencją posunięć niby politycznych są działania o charakterze ewidentnie zbrodniczym.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Już nie chcę być człowiekiem

Przejrzałem zeszłoroczne wpisy. Okazało się, że jest ich zaledwie osiem. Tak, trudno mi się pisało. Nie chciałem sobie narzucać sztywnych terminów, pisać pod presją czasu, a może trzeba było? Fakt, że nie bardzo mi wychodziło. Niektóre teksty zaczynałem, a później z nich rezygnowałem, bo albo wydawały mi się kiepskie, albo traciły aktualność. Mam nadzieję, że ten rok będzie lepszy. Zacznę go jednak tematem zastępczym, tekstem w zasadzie do bloga nie przeznaczonym, notatką o książce. Może będzie jakimś pozytywnym impulsem.

Pieter van Os jest holenderskim dziennikarzem, reporterem, autorem także kilku książek. Jego żona jest dyplomatką i to sprawia, że i van Os, towarzysząc jej, co kilka lat zmienia miejsce pobytu. W ten sposób w drugiej dekadzie XXI wieku spędził 4 lata w Polsce, kraju do tego momentu mu zupełnie nieznanym. Pisał więc reportaże o współczesnej Polsce, oczywiście o Wilamowicach, gdzie, jak sądzą niektórzy, mieszkają potomkowie holenderskich osadników, ale także np. o maleńkiej Niecieczy, z jej ekstraklasowym klubem piłkarskim Termalica. Aż pewnego dnia, w Warszawie, spotkał rodaka, pianistę Amira Swaaba, który opowiedział mu historię swojej babki Mali Rywki Kizel, warszawskiej Żydówki. Wtedy, w 2016 roku, Mala miała 90 lat i mieszkała jako Marilka Shlafer w holenderskim Amstelveen.

„Już nie chcę być człowiekiem” opowiada fascynujące losy Mali, we wrześniu 1939 roku trzynastoletniej dziewczynki z ortodoksyjnej rodziny,  mieszkającej przy ulicy Miłej 21, a więc w samym centrum żydowskiej Dzielnicy Północnej. Ojciec prowadził w tym samym domu cheder, matka zmarła cztery lata wcześniej, Mala miała sześcioro rodzeństwa. Historia Mali, która jedyna z całej rodziny przeżyła Zagładę, jest o tyle zadziwiająca, że los ją rzuca w różne miejsca w okupowanej Polsce i w Niemczech, a jednak Mala nigdy nie trafia do obozu koncentracyjnego, zmienia tożsamości, staje się Polką, a później nawet folksdojczką, dzięki czemu przygarnia ją na jakiś czas typowa niemiecka rodzina.

Pieter van Os, jak mi się wydaje, niewiele wiedział o tym, jak wyglądała okupacja w Generalnej Guberni, ale chęć opisania życia Mali zmusiła go, by się tym zainteresował. Na podstawie  odnośników i bibliografii wnioskuję, że dużo musiał przeczytać na ten temat, ale nie ograniczył się do lektur. Dysponował na początku dwoma źródłami: spisanymi bodaj kilka lat wcześniej wspomnieniami Mali i nagraniami rozmów, jakie z babcią Amira sam przeprowadził. A że jest reporterem, postanowił pójść śladami swojej bohaterki. Po prawie osiemdziesięciu latach odwiedza miejsca, które wymienia w swych relacjach Mala, rozmawia z ludźmi, szpera w archiwach, wciąga do pomocy najróżniejsze osoby – historyków, lokalnych pasjonatów, dziennikarzy itp. Chce zweryfikować to, co Mala zapamiętała, by jej opowieść potwierdzić, ale też wzbogacić o szczegóły, o inne punkty widzenia. To jest bardzo ważny i ciekawy wątek książki, bo dobrze wiadomo, że o ile niezwykle ważne są osobiste świadectwa historyczne, to z czasem ulegają one znacznym zniekształceniom, związanym i z funkcjonowaniem pamięci, i z bezwiednym przenikaniem do niej informacji zasłyszanych czy przeczytanych. Van Os nie poddaje w wątpliwość prawdziwości historii Mali, choć co do wielu detali ma pewne, wynikające z jego reporterskiej pracy, wątpliwości.

Jednym z jego polskich pomocników był popularny i opiniotwórczy recenzent książkowy młodego pokolenia Wojciech Szot (nie wymieniam tu jego innych, licznych aktywności). Pochodzi z Wałbrzycha, a Mala spędziła pierwszy powojenny okres na Dolnym Śląsku,  gdzie początkowo, do pogromu kieleckiego, próbowano odbudowywać życie żydowskie. Na swoim blogu literackim Szot napisał: „Do książki van Osa próbowałem zweryfikować kilka historii opowiadanych przez Malę i trochę było jak w Radiu Erewań – zabili, ale nie jubilera, a krawca i nie w Głuszycy, a w Wałbrzychu i nie w sierpniu, a w styczniu. Czy jakoś tak.” Chodzi zresztą nie tylko o pamięć. Autor w którymś miejscu podkreśla, że zapisane tuż po wojnie relacje ocalonych znacząco się różnią od tych publikowanych wiele lat później. Początkowo nie istniało jeszcze pojęcie „Holocaust”, nie było powszechnie funkcjonujących w społecznej świadomości ustaleń o skali Zagłady, o tym, jak działały getta, obozy śmierci, cała machina hitlerowska.

Van Os oplata główny wątek swojej książki licznymi wyjaśnieniami historycznymi. Wspierając się innymi przypadkami, wyjaśnia czytelnikowi, z założenia holenderskiemu, mechanizmy hitlerowskiego terroru i jego ideowe podstawy, wynikające z rasistowskich teorii.  Opowiada też o znanych nam sporach historyków, wiążących się z różnymi aspektami Zagłady, ale też z postawami Polaków. Może sam nie wszystko rozumie, ale jest ciekawe czytać, do jakich wniosków dochodzi autor wchodzący w tę problematykę jako człowiek początkowo niezaangażowany emocjonalnie. Z drugiej strony, im dalej odchodzimy od wojny, tym bardziej wkraczamy na tereny mi mniej znane. Dotyczy to wspomnianego już okresu 1945-46 na Ziemiach Zachodnich (myślę tu o losach uratowanych Żydów), o tym, co się działo z ocaleńcami w Niemczech – czytałem o obozach dipisów, ale nie wiedziałem, że były tam też żydowskie gospodarstwach rolne na wzór kibuców. Dość zaskakujące są też losy Mali we właśnie powstającym Izraelu.

Czasami autor na podstawie rozmów ze swoimi przewodnikami po historii i miejscach związanych z Malą wyciąga wnioski o charakterze bardziej ogólnym, które nie zawsze wydają się trafne. Np. twierdzi, że o ile Żydzi, którzy pozostali po wojnie w Europie, przeważnie latami nikomu nie opowiadali swoich historii, to ci, co trafili do Izraela, zachowywali się inaczej i bez przerwy dzielili się swoimi przeżyciami (str. 444). Tymczasem z wielu opracowań wiadomo, że tak nie było. Do procesu Eichmanna imigranci ze wschodniej Europy byli często traktowani z pogardą, nikt nie chciał ich słuchać, więc woleli zachować milczenie. Częściowe odblokowanie nastąpiło wiele lat po wojnie.

Losy Mali, a nie piszę tu o szczegółach, bo nie wypada zdradzać faktów składających się na wręcz sensacyjną fabułę, skłaniają i autora, i czytelnika do zastanowienia się nad wieloma problemami, wcale nieoczywistymi i niebanalnymi. Ja chciałbym zwrócić uwagę na jeden – co było głównym powodem, który pomógł Mali przetrwać i to właśnie w ten wyjątkowy sposób. Złożyło się na to połączenie trzech czynników. Po pierwsze, wygląd Mali – niebieskookiej blondynki, co nadawało jej urok i było dalekie od stereotypu żydowskiej dziewczynki. Po drugie, bezbłędna znajomość polskiego, w tym poezji, i podstaw religii katolickiej, a do tego zdolności językowe, dzięki którym znając jidysz, szybko „przekształciła” go w niemiecki. Nawiasem mówiąc, jak doszło do tego, że dziewczyna z chasydzkiej rodziny, mieszkająca w żydowskiej dzielnicy, przyswoiła sobie takie umiejętności, jest samo w sobie niezwykle ciekawe. Wreszcie jej charakter: wcześnie nabyta samodzielność, śmiałość, przedsiębiorczość, paradoksalnie też otwartość na ludzi, co, wydawałoby się, nie powinno było przynosić w tym wypadku korzyści. Na pewno dziewczynie łatwiej było ukryć swoje pochodzenie niż chłopcu, choć van Os przytacza kilkakrotnie przykład Solomona Perela, któremu się to udało, a o którym Agnieszka Holland nakręciła film „Europa, Europa” (notabene źle oceniony przez van Osa).

„Już nie chcę być człowiekiem” otrzymało w Holandii szereg nagród, w tym najważniejsze tamtejsze nagrody za reportaż i książkę historyczną. Kiedy czytałem polską wersję, trudno było mi się przestać dziwić. Książka jest napisana wyjątkowo złym językiem, pełna sformułowań brzydkich, niezręcznych, czasami wręcz niepoprawnych. Jest oczywiste, że winić trzeba przede wszystkim tłumaczkę, Iwonę Mączkę, ale nie mogę mieć pewności, czy tylko ją. Tego się raczej nie dowiem, nie znam holenderskiego, a nagrody raczej bronią autora. W każdym razie polski język książki jest niezgrabny, niespójny, w trakcie lektury nieustannie mnie irytował, pozbawiając przyjemności czytania.

Polskie wydanie jest niestety również bardzo niechlujne i to już jest sprawa redakcji i korekty. Masę literówek, błędów w nazwiskach, nazwach, niedokładności. Nie chce mi się ponownie wertować liczącej prawie 500 stron książki, ale np. na jednej stronie 443 (posuwam się od końca) mamy dwa zdania, oba z błędami w odmianie nazw ulic (wytłuszczenie moje):

„To, że Mala nie powróciła już nigdy do życia, jakie toczyło się na Miłej, Dzikiej i Nowolipek, było w części spowodowane postawą władz Izraela”.

„Pierwszy prezydent Izraela Chaim Weizman powiedział dosłownie: Nasz narodowy dom nie może być modelowany na wzór Dzikiej i Nalewki”.

Na stronie 418 zamiast „UNRRA” jest „UNNRA”.

Bardzo mnie razi dziwna, ale w zasadzie konsekwentna odmiana słowa kibuc, które w książce ma w dopełniaczu formę „kibuca”, a nie „kibucu” („Latem członkowie kibuca pracowali w polu”). Nigdzie się z taką odmianą nie spotkałem, no ale to już pewnie decyzja tłumaczki. Nawet nazwisko Amira Swaaba pisane jest jako Swab, co jest naprawdę dziwne. 

Krótko mówiąc, od strony wydawniczej „Już nie chcę być człowiekiem” prezentuje się kiepsko. Dziwne, że recenzenci tego nie zauważają.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

O polskich filmach w kontrze

Wiem, że są teraz sprawy ważniejsze niż filmy i że o tym trzeba by pisać. Ale co ja mogę dodać do tego, co się codziennie ukazuje w setkach relacji? Do tego, co napisali już mądrzy publicyści? Pewnie warto by też głośno krzyczeć w obronie rosyjskiego „Memoriału”, któremu grozi zamknięcie i rozwiązanie, i myślę, że jeszcze o tym napiszę. Na razie jednak wybrałem temat filmowy, bo jednak trochę dla mnie łatwiejszy. Choć nie do końca. Chcę bowiem opowiedzieć o dwóch polskich filmach niejako w opozycji do dominujących ocen.

Bo we mnie jest seks.

Są dwie główne zalety tego filmu: rola Marii Dębskiej jako Kaliny Jędrusik i sam pomysł, tzn. konwencja, w której utrzymany jest film. Kalina, zgodnie chyba ze scenariuszem, jest jedyną w miarę pełną postacią i Dębska świetnie się tu sprawdza. Znajduje równowagę między cechami, które są przypisywane powszechnie Jędrusik – te cechy aktorka wyraźnie zarysowała, w pewnym sensie szerokim gestem – a próbą dodania czegoś bardziej prawdziwego, rodem z dramatu psychologicznego, którym ten film nie jest. „Bo we mnie jest seks” zachowuje lekkość, dystans do świata, ucieka od dosłowności, a dzięki piosenkom świetnie śpiewanym przez Dębską chwilami skręca w stronę musicalu, choć jest to raczej tylko flirt z tym gatunkiem. Jednak flirt ważny, bo wprowadza dodatkowy nawias. Kiedy już w pierwszej scenie manekiny na wystawie sklepowej zaczynają się poruszać i rozmawiać z sobą, dostajemy sygnał, że nie będzie to zwykły film biograficzny

Konwencja, o której tu mówię, oparta jest na szkicowości i grze z zachowanymi do dziś kliszami. Wszystkie inne postaci poza Kaliną stworzone są z takich klisz, pewnych obiegowych wyobrażeń. Dotyczy to głównie tych znanych dobrze z imienia i nazwiska: Dygata, Konwickiego, Kutza, Przybory i Wasowskiego (tych dwóch ostatnich może mniej to dotyczy), ale też osób, które niejako reprezentują tylko pewne funkcje – dyrektorzy, szatniarz, sprzedawczynie itp. Przy czym w przypadku ludzi ze środowiska artystycznego autorki scenariusza wykorzystują tylko te wzorce, które są w środowiskowych anegdotach związane z postacią Kaliny Jędrusik. Skądinąd np. Tadeusz Konwicki znany jest przecież także, a nawet przede wszystkim, z całkiem innych przedstawień niż tylko jako codzienny rozmówca Dygata.

Podobne jest podejście autorów do scenografii i sposobu ukazania warszawskiego życia początku lat sześćdziesiątych. Niby rekwizyty przypominają autentyczne, podobnie z wyglądem wnętrz, ale i tak czuje się pewną stylizację, brak dosłowności, inscenizacyjność.

„Bo we mnie jest seks” jest filmem stworzonym przez kobiety: scenarzystki Patrycję Mnich i Katarzynę Klimkiewicz, która jest też reżyserką, autorkę zdjęć Weronikę Bilską, kostiumografkę Annę Imielę-Szcześniak,  dekoratorkę wnętrz Annę Bieniek. Nie dziwi więc aż tak, że wszyscy mężczyźni pokazani są z pewną niezłośliwą zresztą ironią, służą tu głównie do stworzenia czytelnego środowiska, w którym porusza się Kalina.

Pomyślałem sobie, że ten sposób pokazania krótkiego fragmentu biografii Jędrusik był dobrym pomysłem. Z potraktowania tej historii na serio pewnie nic by nie wyszło, zresztą fabuła filmu jest wręcz szczątkowa, chodzi raczej o przedstawienie fenomenu Kaliny, kim była w zderzeniu ze swoimi czasami. I to, jak mi się wydaje, nieźle się udało.

Oczywiście, można sobie zadać pytanie, czy ta strategia uproszczeń nie jest rodzajem uniku albo, co gorsza, dowodem nieudolności. Moim zdaniem nie, ale jestem w stanie zrozumieć tych, którzy mają inne zdanie.

Wszystkie nasze strachy

Rozczarowanie. Przede wszystkim wątłością dramaturgii, jednostajnością emocjonalną. Dobrzy aktorzy, dobry Dawid Ogrodnik, ale niewiele ma do grania, bo jego bohater jest od początku określony, szybko poznajemy, co myśli, co jest dla niego najważniejsze i później już nic się w nim nie zmienia z wyjątkiem tego, że traci trochę wiarę w skuteczność tego, co robi, i opanowuje go rozczarowanie.

Film jest oczywiście ważny w polskim kontekście i w jakimś sensie oryginalny, bo eksponuje trudne połączenie: współzależność na równych prawach bycia gejem z odczuwaniem głębokiej wiary. Taki bohater, w dodatku mieszkający na wsi, jest, według powszechnego przekonania, skazany na ostracyzm. Jego pierwowzorem był Daniel Rycharski, artysta mieszkający w niewielkiej wsi Kurówko (tak naprawdę w Kurówku mieści się jego pracownia). Dawid Ogrodnik opowiada, że kiedy spotkał się z prawdziwym Danielem (a autorzy „Wszystkich naszych strachów”, tworząc główną postać filmu,  nie zmienili nawet jego imienia i nazwiska) stwierdził, że to ktoś zupełnie inny niż człowiek, który został opisany w scenariuszu, więc nic mu ta znajomość w jego zadaniach aktorskich nie pomoże. Być może zresztą chodziło mu o to, że dziś jest kimś innym, że dziś myśli już inaczej. Tak czy inaczej Rycharski, którego opisał w swoim intrygującym reportażu trzy lata temu Mariusz Szczygieł, rzeczywiście niewiele przypomina filmowego Daniela. Przede wszystkim ten pierwszy jest w Kurówku kimś bardzo ważnym i akceptowanym. Wciągnął sąsiadów do swoich działań, a oni są dumni z jego twórczości. Sołtys mówi: „ Jak Daniel zaczął tworzyć, to gdy go nie było we wsi, musiałem ja przyjezdnych oprowadzać po dziełach. Nawet mnie ludzie jakoś nazywali, jakimś słowem, ale zapomniałem jakim.(…) Tu ludzie wymierają, gospodarstwa sprzedają, oddają, zaniedbują. Była wieś rolnicza, a zostało tylko trzech rolników. A mimo to wieś w zapomnienie nie idzie, bo gdzie nie pojadę, to mnie o sztukę w Kurówku pytają. Więc ja mu nie mogę stwarzać problemów.” Na pytanie autora reportażu, czym uwiódł miejscowych, Rycharski odpowiada: „Namalowałem ze sto murali ze zwierzętami hybrydami. Na przykład „królikolisa”, a mój ulubiony to „lisając”. I każdy gospodarz chciał mieć na swojej stodole takiego zwierzaka, porównywali, czyj ładniejszy. Założyłem we wsi ogród zimowy, w którym zebrałem nieużywane maszyny czy narzędzia rolnicze i spawałem je w formy kwiatowe. Malowałem intensywnymi kolorami i to jest trochę metafora odrodzenia kulturalnego w Kurówku.” Krótko mówiąc, Daniel Rycharski nie jest w Kurówku kimś pogardzanym i niechcianym, tak jak to pokazano w filmie. Jego aktywna, bardzo kreatywna działalność artystyczna na miejscu, w wiejskim środowisku jest podstawą akceptacji faktu, że jest gejem, ale także tego, że warto np. jakoś upamiętnić wymordowanych podczas wojny Żydów.

Oczywiście, film fabularny nie ma żadnego obowiązku, by się trzymać rzeczywistości, nawet gdy pozornie odwołuje się do historii autentycznej postaci, w dodatku żyjącej i będącej w pełni sił twórczych. Jednak muszę przyznać, że Rycharski, o którym czytałem i którego prace oglądałem na wystawie, robi na mnie dużo większe wrażenie niż ten filmowy. Jego prawdziwa historia podważa twierdzenie o niedających się naruszyć wiejskiej homofobii, antysemityzmie.

Nie rozumiem twierdzenia, spotykanego w niektórych wypowiedziach dotyczących filmu, że jest to obraz, który budzi nadzieję, że jakoś łączy, a nie dzieli. Niczego takiego nie zauważyłem. Owszem, matka dziewczynki, która popełniła samobójstwo, kobieta, która odpycha Daniela, bo uważa, że to on  budował w córce świadomość bycia lesbijką i w tym sensie jest odpowiedzialny za jej śmierć, w jednym z końcowych ujęć filmu zmienia swoje do niego nastawienie. Dlaczego? Nie ma tu jednoznacznego wyjaśnienia, ale sekwencja obrazów sugeruje, że zrobiło jej się Daniela żal, że dochodzi do wniosku, że jest traktowany niesprawiedliwie i może to w sumie dobry chłopak. No cóż, to dość sentymentalna i mało krzepiąca przemiana. Daniel Rycharski nie dlatego jest akceptowany w Kurówku, że jest „biednym, dobrym chłopcem”.

Dla mnie „Wszystkie nasze strachy” zbudowane są z oczywistych prawd. Pewnie na polskim gruncie ważne jest, by o tych prawdach głośno mówić, ale niewiele można z filmu czerpać inspiracji.  Jednak największym problemem jest dla mnie inna rzecz. Pisałem już, że coraz częściej rozjeżdża się moje widzenie sztuki filmowej z widzeniem ważnych i cenionych przeze mnie krytyków. Muszę przyjąć, że coś złego dzieje się ze mną, że zatraciłem wrażliwość, że nie dostrzegam tego, co inni. Film Rondudy i Gutta dostał najwyższą nagrodę na festiwalu Gdyni i ten werdykt został przyjęty przez publiczność i krytyków z aprobatą. Tymczasem dla mnie „Wszystkie nasze strachy” jest filmem bez reżysera. Miałem wrażenie, że został zrobiony na zasadzie: mamy scenariusz, dialogi, ustawimy gdzieś kamerę i poprosimy aktorów, by zagrali to, czego się nauczyli. Aktorzy są świetni, ale nie za bardzo mają co grać. Wątek babci, w interpretacji Marii Maj, mógłby być bardzo ważny, ale jest ledwo zarysowany. Montaż nic do historii nie wnosi, nie buduje żadnych nowych sensów, nie dynamizuje filmu. Krótko mówiąc, warsztatowo jest to robota nieudolna. Niestety, wygląda na to, że już sam scenariusz był bardzo przeciętny, niedopracowany, więc efekt jest, niestety, rozczarowujący. Autorzy koncentrują się na konsekwencjach samobójczej śmierci nastolatki, lesbijki. Ponieważ jednak nie pokazują jej dramatu, więc i usiłowania Daniela, by mieszkańcy wioski (Daniela nie wyłączając) uznali swoją winę  i przyjęli, że cierpienie Jagody da się przyrównać do cierpienia Chrystusa, tracą swoją emocjonalną siłę. Szkoda, zmarnowana szansa na znaczący, ważny społecznie film.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Byłem jurorem

Spotkałem kilka dni temu znajomego, trochę ode mnie starszego krytyka filmowego, namiętnego fana kina. Gadamy sobie, oczywiście o filmach, co widzieliśmy ostatnio, wreszcie on mówi: mniej już oglądam, bo mam problemy z pamięcią. Kiedyś pamiętał nazwiska, tytuły, przebieg akcji, sceny, był wręcz fenomenem, przez wszystkich podziwianym.

No i znowu wracam do tego samego problemu. Nie chodzi o to, by się skarżyć, ale by zaświadczyć, że coraz częściej obcowanie z kulturą staję się dla nas, dla mnie, ciągłą walką z ułomnością pamięci, by przyjemność nie kończyła się w momencie zamknięcia książki, wyjścia z koncertu czy sali kinowej. Trzeba więc nieustannie wspominać, notować, rozmawiać.

Co do kina mam jeszcze jeden staruszkowy kłopot. Mam wrażenie, że mój sposób widzenia filmów, powiedziałbym nawet system wartości, stopniowo oddala się od dominujących w przestrzeni kultury głosów ludzi z młodszych generacji, tych, którzy wyznaczają główne nurty rozwoju kina. To pewnie nie do końca precyzyjne sformułowanie, po prostu przez wiele lat czułem, że płynę w głównym nurcie, że kinematografia się zmienia i rozwija, ja tym przekształceniom towarzyszę, rozumiem je, nie odstaję. Teraz jest inaczej.

Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy nadarzyła się okazja, by zostać członkiem Jury Międzypokoleniowego na warszawskim festiwalu filmów dokumentalnych Millenium Docs Against Gravity. Festiwal ma wiele sekcji programowych, oprócz profesjonalnego jury oceniającego filmy uczestniczące w konkursie głównym (w tym roku przewodniczyła mu Agnieszka Holland) są też inne konkursy, a werdykt w jednym z nich, na najlepszy debiut, wydaje skład amatorski, w którym współpracują z sobą nastolatki i ludzie w wieku, nazwijmy to, bardzo słusznym (ja byłem, rzecz jasna, najstarszy). Bardzo byłem ciekaw rozmów z młodymi ludźmi. O tych z mojego pokolenia jakoś w ogóle nie myślałem. Ostatecznie była nas piątka, w tym dwie licealistki.

Mieliśmy do obejrzenia 12 filmów na seansach zaplanowanych podczas pierwszych czterech dni festiwalowych, w różnych kinach śródmiejskich. Wyobrażałem sobie, że będzie okazja, aby pogadać między kolejnymi projekcjami, zależało mi na tym, ale kiepsko się składało. Jedna z nastolatek na ogół mi umykała, z drugą udało mi się ze dwa razy powymieniać uwagami i wrażeniami, i to było bardzo sympatyczne. Bałem się jednak, że kiedy już dojdzie do obrad jury, a były zaplanowane po naszym ostatnim seansie, o dziesiątej wieczorem, to przeważy chęć, by jak najszybciej wypełnić obowiązek wybrania najlepszego filmu i skończyć. A ja chciałem rozmawiać. No więc w miarę możliwości, w przelotnych rozmowach, starałem się chociaż zorientować, co się komu podoba i dlaczego, a co nie wzbudza entuzjazmu. Oczywiście byłem trochę zawiedziony, że ani razu nie udało się wspólnie pójść gdzieś na kawę, zintegrować, bliżej poznać, jak najszybciej wyjść poza relacje oparte wyłącznie na tym, że mamy tu na festiwalu określoną funkcję. Mimo wszystko trochę udało nam się wcześniej poznać, czegoś o sobie nawzajem dowiedzieć, tak więc w poniedziałek 6. września wieczorem, kiedy usiedliśmy przy stole w pustym już hallu kina Muranów, atmosfera nie była na szczęście aż tak oficjalna.

Przyjęliśmy dobrą, moim zdaniem, formułę, że będziemy rozmawiać tylko o 3-4 filmach, które wcześniej wspólnie uznamy za najbardziej interesujące. Dyskusja pokazała, że na dwa z tych czterech wybranych filmów patrzymy różnie, przy czym źródłem różnic jest przynależność do dwóch różnych pokoleń. Świetnie, o to właśnie chodzi, tego oczekiwałem i tego chciałem. Założyłem sobie wprawdzie, że jeśli naprawdę dojdzie do poważniejszego sporu, poprę młodych, bo to ich spojrzenie powinno się liczyć, ale to tylko moja wyobraźnia tak pracowała, w rzeczywistości kontrowersji wielkich nie było. Dziewczynom podobał się polski film, który był rodzajem kroniki pierwszego pandemicznego roku. Był to wyraźnie temat im bliski, ważny, z ich życia. Łatwo było jednak wykazać, że kronika jest niepełna, powierzchowna, w ogóle nie dotyka głównych problemów, w tym sensie więc rozczarowująca, jest zaprzepaszczoną szansą powiedzenia czegoś istotnego. Nas, starych, poruszył krótki film oparty na rejestracji rozmów petersburskich emerytów z telefonistką centrum pomocy. Też pandemiczny, ale pokazujący w sposób dyskretny i oszczędny skalę tragedii, skalę nieprzygotowania i niewydolności systemu pomocy społecznej, owszem w Rosji, ale przecież nie tylko. Dla dziewczyn ten film był zbyt monotonny, nużący, w tej litanii skarg, żalów, nieszczęścia, ale też w sposobie realizacji – w obrazie widzimy po prostu mury starych, zniszczonych petersburskich kamienic. Szkoda, że nie było czasu dłużej porozmawiać, bo jest to chyba tematyka nadająca się do dyskusji w międzypokoleniowym gronie. Tak czy inaczej nie mieliśmy wątpliwości, że najlepsze są dwa inne filmy, tu kontrowersji nie było. Ostatecznie nagrodziliśmy „Czarnego Jezusa”, niemiecki film włoskiego reżysera Luki Lucchesiego.

O samych filmach festiwalowych napiszę, mam nadzieję, oddzielnie. Tu wspomnę tylko, że bardzo się cieszę z naszego wyboru. Uważam, że „Czarny Jezus” jest nie tylko ciekawą, oryginalną, wielowątkową opowieścią, ale przede wszystkim przewyższał inne filmy z naszej sekcji pod względem warsztatowym. Świetny montaż, zdjęcia, muzyka, sposób wykorzystania tej muzyki, konstrukcja; oglądanie go sprawiło mi wielką przyjemność. Żadna z moich jurorek nie podnosiła wprawdzie tego rodzaju atutów, ale może film po prostu tak działa na widza, że niekoniecznie trzeba dostrzegać, jak np. porusza się kamera. Producentem nagrodzonego filmu jest Wim Wenders i wydaje mi się, że jego wpływ jest w obrazie widoczny. Nasza nagroda koresponduje w pewnym sensie z Grand Prix konkursu głównego, animowanym duńskim dokumentem „Przeżyć”. Tematem obu filmów jest problematyka związana z imigrantami i uchodźcami. Pewnie wydając werdykt nie myśleliśmy o tym, co się dzieje na wschodzie Polski, a jednak gdzieś w głowie to wszystkim siedziało.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Olimpiada w Tokio

Zaczęła się olimpiada. Z opóźnieniem, w trudnych, nietypowych warunkach, ale zawodnicy już konkurują. Trudno mi nie wspomnieć poprzednich igrzysk tokijskich, tych z roku 1964. Przed imprezą kupiliśmy pierwszy telewizor. Nie pamiętam już jakiej marki, chyba Rubin. Stanął w dużym pokoju, który był jednocześnie sypialnią rodziców, więc nie bardzo mogłem oglądać transmisji w nocy, a i rano też nie, bo trzeba było iść do szkoły. Cztery lata później podczas olimpiady w Meksyku było już inaczej, mama nie żyła, a ojciec pozwalał mi śledzić zawody ze ściszonym dźwiękiem, nawet gdy sam zasypiał. Nim pojawił się telewizor, sport go zupełnie nie interesował, ale gdy ja oglądałem transmisje, trochę się wciągnął. Olimpiadę w Tokio poznałem jednak raczej nie z bezpośrednich przekazów.

Wtedy olimpiada była ciągle jeszcze imprezą, w której mogli startować wyłącznie amatorzy, zgodnie z pierwotną ideą Pierre’a de Coubertina. Wszyscy wiedzieli, że sportowcy z krajów „obozu” amatorami nie są, jednak patrząc z dzisiejszej perspektywy, ich status był daleki od zawodowstwa, tak jak go rozumiemy aktualnie. Polscy sportowcy byli zatrudnieni na lewych etatach, jakieś tam nagrody za sukcesy dostawali, pewnie część z nich żyła trochę lepiej niż przeciętny rodak, ale to nie były fortuny. Owszem, czasem przydzielano im niewielkie mieszkania, co już było dużo. Zarabiali na wyjazdach. jednak raczej nie mogli podczas swojej kariery odłożyć tyle pieniędzy, by po jej zakończeniu żyć z oszczędności. Dziś zawodowy sportowiec może zawrzeć umowę z klubem czy z profesjonalnym zespołem (kolarze), ma kontrakty reklamowe, sukcesy są opłacane według z góry zdefiniowanych stawek (tenisiści, lekkoatleci, pływacy). Krótko mówiąc, peerelowscy sportowcy byli bardzo amatorskimi zawodowcami.

Związki między zawodowcami a amatorami układały się kiedyś w sporcie bardzo różnie. Były konkurencje, w których te dwie kategorie zawodników nigdy ze sobą nie rywalizowały, np. w kolarstwie, boksie, koszykówce. W innych, choćby w piłce nożnej, żadnego rozdziału nie było, tylko na Igrzyskach Olimpijskich wprowadzono w pewnym momencie zasadę, obowiązującą do dzisiaj, że w drużynach mogą występować wyłącznie zawodnicy do lat 23 (z niewielkimi odstępstwami) i to było obejście problemu zawodowstwa. Pewne dyscypliny, od pewnego momentu zdominowane przez zawodowców, takie jak tenis, przez długi czas na olimpiadę nie dopuszczano, a w koszykówce zawodowcy dostali prawo wstępu nie tak dawno. Dzisiaj idea olimpijskiego amatorstwa właściwie całkiem upadła, pozostały jej nieliczne relikty. MKOL będzie musiał się zmierzyć z innym problemem – kto może być dopuszczony do rywalizacji kobiet. Czy w ogóle da się utrzymać podział na dwie płcie w czasach, gdy taka koncepcja jest coraz silniej kwestionowana?

W pierwszych dwóch dniach tegorocznych igrzysk obejrzałem kolarskie wyścigi szosowe mężczyzn i kobiet i ich przebieg wzbudził we mnie kilka refleksji, pośrednio związanych z odmiennością rozwoju amatorskiej i zawodowej wersji tych konkurencji. W czasach mojej młodości pasjonowaliśmy się Wyścigiem Pokoju, a wielkie zawodowe wyścigi, takie jak Tour de France, można było śledzić wyłącznie w sportowych gazetach, czytając rubrykę z wynikami. W wyścigach amatorskich na równi z indywidualnymi sukcesami liczyła się klasyfikacja drużynowa. W Wyścigu Pokoju na wynik drużynowy składały się rezultaty trzech pierwszych zawodników z danego zespołu na kolejnych etapach. Na bieżąco obliczaliśmy w pamięci różnice czasów drużyn, związane z tym, którzy zawodnicy są w poszczególnych grupkach w trakcie etapu. W pewnym sensie na pewno ulegaliśmy  indoktrynacji, niemniej rywalizacja naszych kolarzy z Rosjanami czy z Niemcami była dla nas jeszcze bardziej ekscytująca niż sukcesy poszczególnych kolarzy.

Podczas wielkich wyścigów zawodowców niby też prowadzono klasyfikację drużynową, ale w zasadzie nigdy nie przywiązywano do niej większego znaczenia. Dodawano po prostu końcowe wyniki najlepszych zawodników z ekipy, jednak chwałę drużynie przynosiło wyłącznie zwycięstwo indywidualne. Niemniej komentatorzy dzisiejszego kolarstwa, zawodowego, bo amatorskim mało kto się interesuje, nieustannie podkreślają, że jest to sport drużynowy. Na czym ta koncepcja polega? Ano na tym, że członkowie ekipy mają pomagać swojemu liderowi. Ściślej rzecz biorąc, w wyścigach wieloetapowych pomaga się temu liderowi podczas górskich, trudniejszych etapów. Na płaskich, co do których z góry się zakłada, że ich wyniki nie będą miały wpływu na końcowe wyniki, drużyna jedzie dla  sprintera, wyspecjalizowanego w wygrywaniu finiszu. Co ważne, decyzje, jak mają jechać poszczególni kolarze, podejmuje na bieżąco kierownik zespołu. To on wyznacza zawodników, którzy   mają nadawać tempo grupie albo odwrotnie – nie powinni się tym zajmować. On pozwala lub nie na ataki, wskazuje, kto ma pilnować w danym momencie lidera, a kto powinien zostać z tyłu i oszczędzać siły na kolejny etap. Nazwać tego typu taktyczne rozgrywki postępowaniem nie fair byłoby przesadą, ale mnie się takie podporządkowanie wszystkiego decyzjom kierownictwa drużyny nie podoba. Zawodnik, który jedzie w wyścigu jako pomocnik, choćby nawet był akurat w świetnej formie, na ogół nie może nawet próbować wygrać etap, poczuć przyjemność ze sportowej rywalizacji. Nie podoba mi się, że często świetni kolarze wożą się gdzieś pół godziny za główną grupą, bo już swoje zadanie wykonali, pilnując tylko, by nie przekroczyć wyznaczonego dla etapu limitu czasu.

Kiedyś kierownik drużyny, aby wydać polecenia swoim zawodnikom, przywoływał z  samochodu któregoś z kolarzy, a ten przekazywał rozkazy pozostałym. Od kiedy pozwala na to technologia, zawodnicy mają już umocowane do ucha słuchawki i zdalne komenderowanie działa o wiele sprawniej. Jednak podczas wyścigu olimpijskiego nie wolno używać słuchawek. Dlaczego – nie wiem, ale konsekwencje okazały się poważne. Kiedy w końcówce uciekł Richard Carapaz, kolarze z jadącej za nim grupy najwyraźniej nie wiedzieli co robić. Byli tam sami liczący się w stawce, świetni kolarze, pomocnicy zostali już z tyłu, a bez rozkazu nikt nie chciał zaryzykować i szarpać się, by stracić siły, które mogły się jeszcze przydać. W efekcie Ekwadorczyk wygrał bez problemu. Myślę, że w normalnych warunkach nie miałby szans. Ktoś by dostał zlecenie, by ostro poprowadzić, inny, by współpracować przy pościgu. W grupie tej był też Michał Kwiatkowski, nasz najlepszy obecnie kolarz, w 2014 roku mistrz świata, ale w zawodowej grupie Ineos Grenadiers nie mający statusu lidera. Olimpiada to obok mistrzostw świata jedyne imprezy, w których konkurują zespoły narodowe, a nie zawodowe teamy, więc Kwiatkowski mógł wreszcie jechać dla siebie. I jechał cały czas bardzo dobrze i aktywnie, ale kiedy przyszło do końcowej rozgrywki, przestał się liczyć. Może to tylko moja hipoteza, ale zastanawiałem się, jak zawodnik, który przez rok, a może dłużej, musiał odpuszczać ostatnie kilometry każdego odcinka, mógł być przygotowany do walki o medale.

Jeszcze dziwniejsza sytuacja zdarzyła się w wyścigu kobiet. Na samym początku uciekły trzy kolarki, wśród nich nawet Polka, Anna Plichta. Żadna z nich nie była faworytką. Jechały, pedałowały daleko z przodu, aż w końcu, dosłownie pięć kilometrów przed metą, jak to najczęściej bywa, dwie z nich zostały doścignięte przez czołową grupę. Trzecia, Austriaczka Kiesenhofer, trochę wcześniej zostawiła partnerki ucieczki i ostatecznie wygrała. Co więcej, zachowała na tyle dużą przewagę, że na krętej trasie nie była w zasięgu wzroku grupy pościgowej. Na ostatnich kilometrach wyrwała do przodu Holenderka Annemiek van Vleuten – Holenderki to zdecydowanie najlepsze obecnie szosowe kolarki – w euforii przejechała linię mety, przekonana, że wygrała. Nie mając słuchawek i kontaktu z kierownictwem drużyny, nie wiedziała, że przed nią na trasie była jeszcze jedna zawodniczka.

Tak bywa, kiedy jesteś przyzwyczajony, że za ciebie myśli i decyduje szefostwo, a ty jesteś tylko karnym pracownikiem.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.