Dowłatow

Wprawdzie już minął jakiś czas od zakończenia festiwalu Sputnik nad Polską, ale chyba nie tyle, by nie można napisać krótkiej notki opisującej wrażenia z tegorocznego edycji. Zresztą moje żale od kilku lat się nie zmieniają – brak jakiejkolwiek oprawy, dbałości o festiwalowy ceremoniał, a więc i o widza, powoduje, że czuję się zawiedziony. Czy naprawdę nikt z organizatorów nie rozumie, że jeśli się zaprasza na filmową imprezę, należy przed seansem przywitać widzów, zapowiedzieć film, przypomnieć zasady plebiscytu publiczności itp. Przestrzeganie takiego obyczaju jest absolutnym minimum, w przeciwnym razie nie można się nawet zorientować, że pokaz nie jest zwykłym, regularnym seansem repertuarowym.

Inna sprawa, że niewiele filmów w tym roku obejrzałem i nie było wśród nich nagrodzonych ani na pewno tych najważniejszych. Trudno z takiej perspektywy oceniać cały festiwal. Dlatego chciałbym napisać tylko o jednym filmie, nie docenionym przez jury, o „Dowłatowie” Aleksieja Germana jr. Jego bohater, rosyjski pisarz, który sławę zdobył dopiero na emigracji, bo wcześniej nie udało mu się niczego legalnie opublikować, nie znika nawet na chwilę z ekranu. Akcja rozgrywa się w Leningradzie w czasie, kiedy z chruszczowowskiej odwilży niewiele już zostało, a w reakcji na niepokoje w sąsiednich krajach pod koniec lat sześćdziesiątych reżim znowu stał się bardziej opresyjny, szczególnie w stosunku do inteligencji. w ważnym momencie dla życia obu,

Oglądając „Dowłatowa” często porównywałem go do znakomitego filmu Chrżanowskiego o życiu Josifa Brodskiego „Półtora pokoju”. Poeta jest tu zresztą jedną z głównych postaci, jako przyjaciel Dowłatowa, prowadzący z nim dość zasadnicze rozmowy, i uczestnik prywatnych spotkań literackich. To ważny moment dla obu, rok później Brodski na zawsze opuści kraj, Dowłatow uczyni to trochę później.

Podobne są realia obu filmów, choćby atmosfera zagraconej, tłocznej komunałki, w jakiej mieszka każdy z obu bohaterów tych obrazów, ale zupełnie inny styl. Forma nadaje właściwy ciężar znaczeniowy „Dowłatowowi”, podobnie było w przypadku „Półtora pokoju”.  Aleksiej German jr., reżyser „Dowłatowa”, pokazując 6 pierwszych dni listopada 1971 r. w Leningradzie, tworzy dla nas świat zamknięty i jakby zamrożony. Kolejne daty na ekranie znaczą upływ czasu, ale mamy wrażenie, jakby nic się nie zmieniało. Kamera krąży powoli po zamglonych ulicach, wypełnionych nieprzejrzystym powietrzem wnętrzach (intrygująca koncepcja operatorska Łukasza Żala), idąc krok w krok za trzydziestoletnim Siergiejem Dowłatowem. Nie do końca można się zorientować, czy to ranek, czy wieczór, czy w tym krążeniu po mieście jest jakaś logika. Dowłatow uważa się za pisarza, wszyscy w jego otoczeniu mówią mu, jak bardzo jest zdolny, jednak jego rękopisy utykają w wydawnictwach, a niezręczne próby skorzystania z protekcji czy zyskania przychylności osób podejmujących decyzje o kierowaniu książek do druku nic nie dają. Klimat to czysto kafkowski, bo na ogół na końcu drogi nie ma jednoznacznej odmowy, choć fruwające po podwórku tysiące kartek zapisanych przez niedoszłych autorów świadczą o tym, jak ich dzieła zostały potraktowane.

Zwykliśmy uważać tych „wyklętych” artystów rosyjskich z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku za dysydentów, tymczasem oni nie zawsze chcieli być łączeni z polityką czy jakimś rodzajem oporu. Często, i to jest przypadek Dowłatowa, nie mieścili się w obowiązującym kanonie formalnym albo też nie umieli się pogodzić z orwellowskim dwójmyśleniem, które zakładało przedstawianie świata w sposób całkowicie fałszywy, choć wszyscy wiedzieli, jak wygląda naprawdę. Bohaterowie filmu Germana walczą o to, co np. w Polsce było w tym czasie prawie normalnością, a więc o kontakt z zachodnią literaturą i sztuką, możliwość wpisania się w burzliwe przemiany kultury światowej, wyrwania się z zamknięcia, które zostało narzucone przez władzę. Książki, które u nas były dostępne, tam – tak wynika z filmu – zdobywało się w sposób pokątny albo narażając się na niebezpieczeństwo oskarżenia o rozpowszechnianie wydawnictw emigracyjnych. Mimo tego za napisanie „niewłaściwej” artystycznie książki nie groziło już, jak w czasach stalinowskich, zesłanie do łagru, choć i takie przypadki się zdarzały.

Dowłatow nie jest sam. Jego środowisko to dziesiątki artystów – malarzy, poetów, pisarzy tworzących w sposób, który państwowy system zarządzania kulturą nie może zaakceptować. Wszyscy więc zajmują się jakimiś pokątnymi aktywnościami, cierpią na brak pieniędzy i stabilizacji.

Filmowy Dowłatow zatrudniony jest w zakładowym, stoczniowym pisemku i nie potrafi się dopasować do obowiązujących w takim wydawnictwie zasad. Tak w rozmowach w redakcji, jak i w tekstach, które są mu zlecane, nie umie powściągnąć ironii, która jest jego główną bronią i sposobem radzenia sobie ze światem. Ironia jest równocześnie chwytem, który rozładowuje mroczną, egzystencjalistyczną atmosferę samego filmu – pozwala widzowi odnaleźć światło w dusznym powietrzu listopadowego Leningradu. Nie jest to opowieść o skrzywdzonym, cierpiącym artyście. Dowłatow, podobnie jak jego przyjaciele, prowadzi życie swoistej bohemy. Niestabilność dotyczy też jego życia prywatnego, stosunków z żoną i małą córeczką, którą wtedy, gdy się z nią spotyka, ciągnie po swoich codziennych szlakach. Jeśli więc odczuwamy sympatię do niego, to dzięki temu, że znajdujemy porozumienie z człowiekiem, który na każdym kroku widzi absurdy i zakłamanie wokół siebie, który, inaczej niż wielu innych, nie dał się uwieść „sprawie”.

 

 

 

 

Reklamy

Dziadek

Dzień 11 listopada 1918, który świętujemy dziś jako moment odzyskania niepodległości, w Kielcach zakończył się tragicznie. W sali teatru miejskiego spotkali się przedstawiciele różnych partii politycznych i stowarzyszeń, by wybrać kandydatów do samorządu żydowskiego. Był to czas dużych napięć społecznych, nie jest jednak jasne, co spowodowało wzburzenie części polskiej ludności. Wiadomo, że zebranie rozpoczęło się od podziękowania Bogu za wskrzeszenie państwa polskiego, mimo to w miasto poszła plotka mówiąca o tym, że Żydzi nie chcą Polski, co sprowokowało pogrom. Zginęły cztery osoby, ponad sto raniono. Jestem prawie pewien, że w pamiętnym wiecu uczestniczył mój dziadek, Józef Goldszajder, choć nie mam na to niezbitych dowodów.

W 1963 roku byłem pierwszy (i jedyny) raz w Izraelu. Chodząc po ulicach Hajfy czy Tel Awiwu czułem intuicyjnie, że mam do czynienia z jakimś rodzajem ciągłości polsko-żydowskiego losu. Jeśli nie pierwszy, to na pewno drugi zagadnięty przechodzień odpowiadał mi po polsku, nasz język rozbrzmiewał wszędzie – czasem idealnie czysty, czasem w wersji dla mnie egzotycznej, której, jako urodzony po wojnie, nie znałem.

Byłem tam z matką, pochodzącą z Kielc, i z zaskoczeniem i pewną fascynacją obserwowałem, z jaką serdecznością i wręcz czcią jest przyjmowana przez Kielczan, zarówno tych z jej pokolenia, jak i starszych. Jeden z nich zapytał mnie, czy wiem, kim był mój dziadek. Odpowiedziałem, że malarzem pokojowym. Ale kim był w Kielcach? Uświadomiłem sobie, że nie tylko o dziadku mi matka nie opowiadała, ale że właściwie nigdy nie rozmawialiśmy o jej przedwojennym życiu, domu, rodzinie. Jakiś czas później ten sam człowiek przyniósł mi oprawiony w czarne okładki mały notatnik. Okazało się, że przetłumaczył dla mnie kilkanaście stron z opracowanej przez Pinchasa Citrona i wydanej w Izraelu „Księgi Kielc”. Dotąd mam ten zeszycik, z pięknie wykaligrafowanym fragmentem książki, poświęconym dziadkowi.

Wszystko wskazuje na to, że moi dziadkowie pochodzą z Kielc. Do 1862 obowiązywał Żydów zakaz osiedlania się w tym mieście, choć dla niektórych robiono wyjątki. Po wydaniu przez cara ukazu równouprawniającego Żydów zaczęli szybko napływać z sąsiednich miasteczek i osad; w roku 1880 mieszkało ich już w Kielcach 2600. Bardzo prawdopodobne więc, że Józef Goldszajder tu przyszedł na świat mniej więcej w tym czasie. Jest zadziwiające, jak szybko, na fali emancypacji Żydów, następował w początkach XX wieku rozwój społecznej samoorganizacji tej grupy, prawie całkowicie w oderwaniu od tradycyjnych instytucji związanych z gminą. Kiedy powstała Polska, w Kielcach działy już liczne organizacje pomocowe, zawodowe, szkoły, bank, także partie polityczne. Pod koniec 1918 roku został utworzony żydowski Związek Rzemieślników Kieleckich, którego jednym z założycieli i najaktywniejszych działaczy był Józef Goldszajder.

Dziadek był ceniony w mieście jako znakomity fachowiec. Pisze Citron w swojej barwnej opowieści o międzywojennych Kielcach: „Był biegłym w swoim zawodzie. Pragnął się nazywać malarzem-artystą. Mawiał: malarstwa uczyłem się w Szwajcarii.” Gdzieś słyszałem, że ozdobił freskami główną miejską synagogę, ale nigdzie nie udało mi się tego potwierdzić. Tak czy inaczej, dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że ma zmysł piękna, dobry gust, więc angażując go, zdawano się na ogół na jego poczucie ładu i doświadczenie. Według Citrona ludzie „nie targowali się z nim. Dawali mu, ile żądał, uważając, że godny jest otrzymać wysokie wynagrodzenie, dlatego że włożył w swoją pracę dużo sił, energii, a także wydatki.”

Józef Goldszajder nigdy nie związał się z żadnym ruchem o charakterze politycznym. W związku rzemieślników był tym, który łagodził wybuchające często spory, jako że większość członków zarządu miała zdecydowane poglądy polityczne. Związek organizował kursy zawodowe, odczyty, udzielał zapomóg i porad prawnych, a duża sala w Klubie Rzemieślniczym w siedzibie zarządu przy ulicy Koziej 2 służyła za miejsce codziennych spotkań i czytelnię. Rzemieślnikom ówczesnym rzadko się dobrze powodziło, więc wsparcie związku było bezcenne, a dziadek traktował swoją funkcję jako ważne posłannictwo. W marcu 1919 został wybrany radnym miejskim, a w 1927 stał się ponownie członkiem rady miejskiej, tym razem, to już wiem z dokumentów archiwalnych, kandydując z ramienia Żydowskiego Bloku Gospodarczego.

Goldszajdera zapamiętano jako człowieka ogromnej uczciwości, jego udział w komitecie nadzorującym działalność Żydowskiego Banku Ludowego był gwarancją, że zarząd będzie właściwie kontrolowany i że nie znajdą się w nim ludzie, którzy będą przedkładać osobiste interesy nad te służące ogółowi.

Dziadek traktował nieufnie ideologię syjonistyczna. Był bardzo związany z Kielcami, z miejscową społecznością. Córkę posłał do gimnazjum Stefanii Wolmanowej, szkoły dla żydowskich dziewcząt, która miała prawa gimnazjum państwowego, a językiem wykładowym był polski. Kiedy jednak pod koniec lat dwudziestych sytuacja gospodarcza zaczęła się pogarszać, dał się namówić swojemu szwagrowi i postanowił sprawdzić, jak mu się żyje w Ameryce. Wyruszył więc, sam, do kanadyjskiego Edmonton. Nie wiem, jak długo trwało, nim stwierdził, że amerykański (kanadyjski) raj nie jest dla niego. Nic mu się tam nie podobało, wszystko było inne, ale najbardziej zniechęcało go tempo życia. Uznał, że Ameryka nie pozwoli mu zachować indywidualności i własnej osobowości. Co może jednak najważniejsze, nie znalazł tam takiej zbiorowości, takich lokalnych więzów, jak w Kielcach. Wrócił więc do domu i oznajmił rodzinie, że nie zamierza nigdzie wyjeżdżać. Nie mógł wiedzieć, że w ten sposób podpisał wyrok na swoich bliskich. Sam jednak zmarł przedwcześnie, niedługo po swojej wielkiej podróży. Jego pogrzeb zgromadził wielkie tłumy. Citron pisze, że „miejscowy rabin i przywódcy społeczności wychwalali zmarłego, wyrażając żal z powodu śmierci działacza o tak nieposzlakowanej uczciwości, który poświęcił serce i duszę sprawom wspólnoty”.

Dziś nie ma niestety śladu po zdecydowanej większości grobów na cmentarzu na Pakoszu, nie ma też grobu dziadka. Przestała istnieć tak liczna dawniej i aktywna żydowska zbiorowość. Myślę, że warto jednak pamiętać, że nowo powstałe państwo polskie stworzyło ramy prawne i przestrzeń dla legalnej działalności instytucji i organizacji samorządowych i społecznych. Mimo różnych konfliktów i trudnego okresu w końcu lat trzydziestych dzięki II Rzeczpospolitej mniejszość żydowska miała szansę uczestniczyć w tej nauce i praktyce społeczeństwa obywatelskiego.

Po 34. Warszawskim Festiwalu Filmowym

Tegoroczny Warszawski Festiwal Filmowy przyniósł mi mniej satysfakcji niż zwykle. Tego rodzaju przeglądy polegają na codziennym poszukiwaniu nowych wrażeń, na ciągłym oczekiwaniu olśnień, odkryć. W przypadku WFF jest to trochę ruletka, bo filmy są na ogół prawie nieznane, twórcy pochodzą z najróżniejszych, mało jeszcze znaczących na mapie filmowej miejsc. Choć przyswajamy sobie coraz to nowe kinematografie i te kiedyś egzotyczne są obecnie traktowane na równi z tworzącymi przez lata dominujący na ekranach nurt, to jednak różnorodność repertuaru jesiennego festiwalu jest jego ważną cechą. Rzadko mi się zdarza, żebym w ciągu tygodnia obejrzał filmy pochodzące z Kazachstanu, Izraela, Wietnamu, Tajlandii, Ukrainy, Portugalii… Taki wybór mógłby być ciekawy, ale niósł z sobą oczywiste ryzyko – czasem trudno odczytać obce kody kulturowe, polubić od razu nieznaną estetykę, zrozumieć pokazywane problemy, ale też zbliżyć się do sposobu widzenia świata przez ludzi o innej mentalności. Miałem takie trudności choćby oglądając tajskiego „Diabła morskiego” czy wietnamską „Trzecią żonę”. W filmie tajskiego twórcy Phuttiphonga Aroonphenga młody rybak odnajduje w nadmorskim lesie pochodzącego z mniejszości Rohingya ciężko rannego uciekiniera z Mjanmy i troskliwie się nim opiekuje, przy czym ten drugi przez cały film nie wypowiada ani jednego słowa – nie wiemy, czy dlatego, że nie może się porozumieć, czy nie chce. Trudno było mi się zorientować zarówno w niuansach społecznych, jak i politycznych. Nawet gdy wydawało mi się, że coś pojąłem, nie byłem pewny, czy się nie mylę. Dość podobne kłopoty miałem z „Trzecią żoną”, choć to film bardzo klasyczny w formie, a historia rozgrywa się w drugiej połowie XIX w., więc ogląda się go jak ekranizację realistycznej powieści. Ciekawe, że po wielu latach poznawania np. filmów japońskich nie mam już poczucia obcości w stosunku do dzieł tamtejszych twórców, co nie znaczy, że jakaś bariera między moim a ich światem nie istnieje.

Jest też druga strona medalu. Otóż są to filmy tak nieoczywiste, że różnice w ich odbiorze bywają wręcz diametralne. Weźmy np. portugalskie „Diamantino”, dla mnie kino wręcz odpychające i głupie. Czarna komedia, groteska z elementami kina sensacji i science fiction, czyli dziwna mieszanka gatunkowa. Postacie, rzecz jasna, całkowicie jednowymiarowe uproszczone do granic możliwości, akcja, która z natury jest absurdalna, tylko że dla mnie z tego absurdu żadna wartość nie wynika. Jestem na takie kino kompletnie niewrażliwy. Film dostał w tym roku w Cannes główną nagrodę Tygodnia Krytyki i właśnie przeczytałem, że został nominowany wraz z dwoma innymi do Europejskiej Nagrody Filmowej w kategorii „Najlepsza komedia”. W ciekawej recenzji redaktora portalu FilmWeb Marcina Stachowicza czytam: „Kto nie kochałby takiego filmu jak Diamantino? To ten rodzaj kina, którego potrzebujemy teraz i prawdopodobnie będziemy potrzebować zawsze. Nowoczesna baśń, wirtuozerski opis szaleństwa, kocioł wypełniony po brzegi kiczem i anarchią” . No więc ja nie potrzebuję.

Co w takim razie mi się podobało? Było kilka takich pozycji, ale najciekawszy wydał mi się debiut ukraińskiej trzydziestodwuletniej reżyserki Marysi Nikitiuk. „Kiedy padają drzewa” zrealizowała w koprodukcji z polską firmą i przy wsparciu PISF, z udziałem operatora Michała Englerta. Tu też mamy połączenie różnych konwencji, ale nie czuje się pęknięć między nimi. W pewnym stopniu jest to zasługa autora zdjęć, utrzymanych w kolorystyce przypominającej dawną taśmę ORWO – trochę brudne, mało wyraziste barwy współgrają z tym, jak widzi Nikitiuk swoich bohaterów, a przede wszystkim otoczenie, w jakim żyją. Wydaje się, że ze zła i beznadziei nie ma wyjścia, ale główna bohaterka, Larysa, wpatrzona w młodego, związanego ze środowiskiem kryminalnym „Szramę”, nie ustaje w rozpaczliwym pragnieniu, by zmienić coś w swoim życiu, choć są to tęsknoty pozbawione dalszych perspektyw, przypominające krzyk naiwnego dziecka. W gruncie rzeczy jest to przede wszystkim dążenie do wolności, choć Larysa nie potrafiłaby chyba tego tak sformułować. Mnie ujął sposób, w jaki pokazane są poszczególne postacie. Żadna nie jest jednoznacznie zła, we wszystkich, nawet brutalnych bandytach, którzy zresztą mają na ogół za sobą przeszłość wojenną, szuka Nikitiuk cech ludzkich i powodów, które doprowadziły ich do tego miejsca, w którym są.  Film łączy realistyczne, obyczajowe obserwacje z sekwencjami onirycznymi ilustrującymi wyobraźnię pięcioletniej Witki, patrzącej otwartymi oczami na to, co się wokół niej dzieje. Reżyserka, która jest także autorką scenariusza, osadza swych bohaterów w dość tradycyjnym środowisku, pokazując jednocześnie, że ciągle kultywowane rytuały utraciły swoje znaczenie, uległy degeneracji i tylko siłą rozpędu jeszcze łączą ludzi. „Kiedy padają drzewa” są filmem przygnębiającym, przedstawiającym świat i moralnie, i estetycznie skarlały, a jednak jest to obraz fascynujący, bo stworzony ręką i okiem kogoś, kto nie jest chłodnym obserwatorem, ale czuje się członkiem opisywanej społeczności.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

 

 

 

 

 

 

„Okrągły Stół” nowa Jałtą?

Skończyły się długie i gorące  wakacje. Wydawałoby się, że oddalenie od spraw publicznych powinno na mnie wpłynąć kojąco, tzn. że pozwoli nabrać dystansu i sprawić, by bulwersujące informacje stały się mniej bulwersującymi. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Kiedy stykam się na co dzień z kolejnymi przejawami medialnej agresji, absurdalnymi poglądami, które nie nadają się do polemiki, generalnie z tą postępującą paranoją, tworzę w odruchu samoobrony psychiczny parawan, dzięki któremu utrzymuję równowagę psychiczną i mało co mnie z niej wytrąca. Ot, jeszcze jeden incydent, jeszcze jedna wypowiedź, jutro będą następne. Spokój, spokój, obronić się przed nienawistnymi uczuciami.

Niestety, po urlopie trochę trwa, nim parawan rozłożę, a tymczasem ciśnienie skacze. Choćby w reakcji na wypowiedź prezesa IPN Jarosława Szarka w trakcie uroczystości poświęconej rocznicy porozumień sierpniowych, 31.08 w Sali BHP Stoczni Gdańskiej. Nie udało mi się znaleźć nigdzie pełnej treści jego przemówienia, więc posługuję się materiałem PAP. Otóż, jak wiadomo, prezes Szarek mówił tak: Jeżeli w porządku międzynarodowym symbolem porozumienia ponad narodami jest Jałta, to w porządku wewnętrznym jest to „Okrągły Stół”. Tak to trzeba oceniać: porozumienie ponad Polakami. (…) Z Jałty wychodziliśmy pół wieku, z Okrągłego Stołu wychodzimy blisko trzy dekady i wyjdziemy. A chwilę później: Nie można budować niepodległej Polski, nie można świętować 11 listopada 2018 r. na pępowinie z państwem komunistycznym. To są dwie nieprzystające rzeczy. PRL i Polska niepodległa są nie do pogodzenia.

Gdyby nie ostatnie zdania, można by się zastanawiać, na czym ta zdrada narodu (porozumienie ponad Polakami) miałaby polegała. Być może na tym, to częsty zarzut, że mało kto pojmował wtedy, jak głęboka zmiana ustroju gospodarczego nas czeka, jak bardzo daleko idące i dla wielu bolesne konsekwencje przyniesie. Jednak stwierdzenie kończące cytat wyjaśnia intencje p. Szarka. Według niego „Okrągły Stół” nie zerwał z komunizmem, z PRL, co uważa za niedopuszczalne – na taki kompromis naród nie wyraził zgody.

W takim razie czym był komunizm, a dokładniej realny socjalizm? Władzą ludzi, którzy nazywali siebie komunistami? Też, ale przede wszystkim systemem. Systemem gospodarczo niewiarygodnie wręcz niewydolnym. Politycznie opartym na kontroli wszystkich aspektów życia prze jedną, funkcjonującą ściśle hierarchicznie partię. Pozbawionym choćby namiastki demokracji zarówno w strukturach politycznych, jak i w innych obszarach. Z życiem podlegającym nadzorowi, cenzurą, reglamentacją paszportów, zależnym od władzy sądownictwem, a każdy człowiek, pełniący jakąś funkcję, mógł zostać ze stanowiska odwołany przez tzw. czynnik partyjny. Generalnie mieliśmy do czynienia z wszechwładzą państwa.

Ludzie przy władzy się w tym systemie, nie tylko zresztą w Polsce, zmieniali, trafiali się mądrzejsi i głupsi, bardziej lub mniej uczciwi; w gruncie rzeczy nie miało to wielkiego znaczenia. Trzeba było czasu, by zrozumieć, że walczyć trzeba właśnie z systemem, nie z ludźmi. Dokonywać w nim kolejnych wyrw, powodować jego erozję. Lata 1980-81 były znakomitą lekcją takiego działania. Nie było wątpliwości, że celem strajków są rozmowy i wymuszanie od władz ustępstw, a przecież powstanie związku zawodowego „Solidarność” było i ustępstwem, i odstąpieniem od reguły, że władze kontrolują każdą działalność. To co działo się w latach 1988-89, mimo doświadczeń z poprzedniego okresu, było logiczną kontynuacją tej strategii. „Okrągły Stół” wypracował kolejne rozwiązania systemowe, prawda, że nie idące jeszcze bardzo daleko, bo w tym momencie trudno było o więcej. Mimo zmian dokonywanych za wschodnią granicą przez Gorbaczowa, u nas państwo, choć przeżywało bardzo głęboki kryzys gospodarczy, wcale się jeszcze nie waliło. Może jednak ważniejsza była idea, że walczymy z systemem, a nie z ludźmi, że dążymy do demokracji, którą trudno zbudować, zaczynając od ograniczenia praw 2 mln ludzi (tyle mniej więcej należało do PZPR w 1989 roku). A kiedy reglamentowana demokracja przekształciła się w demokrację prawdziwą, uznano, że karać można tylko za łamanie obowiązującego prawa.

Tezie, że naród został zdradzony, że nie zaakceptował ustaleń „Okrągłego Stołu” przeczy dobitnie entuzjazm, z jakim przystąpiono do pierwszych, tylko częściowo demokratycznych wyborów w czerwcu 1989, i ich wyniki. Być może prezes Szarek sugeruje, że w Magdalence podpisano jakieś tajne ugody, to jednak należy już do kategorii fantastycznych teorii. Warto pamiętać, że w „Okrągłym Stole” uczestniczyło ze strony społecznej, łącznie z doradcami i ekspertami, kilkaset osób, z bardzo różnych odłamów i prądów opozycyjnych. To nie były tajne negocjacje z udziałem grupki delegatów. Tak więc mówiąc o pępowinie łączącej dzisiejszą Polskę z państwem komunistycznym, prezes IPN ma na myśli jednak ludzi, a nie elementy systemu, choć kto go tam wie. Przecież rządowa propaganda twierdzi, że –paradoksalnie – podporządkowywanie kolejnych instytucji rządzącej partii jest właśnie zrywaniem następstwami komunizmu.

No dobrze, co mnie więc aż tak oburza? Po pierwsze, czuję się osobiście dotknięty, bo przecież w ten sposób podważany jest sens ważnego etapu w moim życiu i niewątpliwy sukces dużej części mojego pokolenia. To, że udało się doprowadzić do bezkrwawego przejęcia władzy przez szeroko rozumiana opozycję związaną z ruchem „Solidarności”, w krótkim czasie stworzyć działający system demokracji liberalnej, wreszcie przebudować gospodarkę tak, że mogła się dynamicznie rozwijać, mimo wszelkich zastrzeżeń, jest, moim zdaniem, osiągnięciem imponującym. Jednak jeszcze ważniejsze jest, że w taki sposób wypowiada się o bądź co bądź niezwykle ważnym wydarzeniu historycznym prezes instytucji, mającej największy w Polsce wpływ na rozumienie historii, albo jak to się obecnie określa –  kształtowanie polityki historycznej. Kiedy mówi coś takiego polityk, połykam jego słowa prawie bezboleśnie. Nawiasem mówiąc, na tej samej uroczystości przemawiał premier Morawiecki i jako że wypowiadał się trochę z perspektywy osobistej, a trochę jako reprezentant PIS-owskiej koncepcji ideowej, więc choć się z nim nie zgadzam, jakoś mieści się to w dopuszczalnym dla mnie porządku rzeczy. Kiedy jednak prezes IPN traktuje ustalenia „Okrągłego Stołu” jako „porozumienie ponad Polakami”, a więc fałszuje historię, interpretuje jeden z najważniejszych momentów naszych nowożytnych dziejów w taki sposób, że nie ma on oparcia w znanych faktach, jest to działanie nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Gdybym podchodził do jego wypowiedzi na chłodno, powiedziałbym, że mamy kolejny raz do czynienia z podejściem ahistorycznym, nie uwzględniającym warunków i świadomości przeważającej w danym momencie. Tyle że nie mam złudzeń – prezes Szarek nie wypowiada się jako historyk, ale jako funkcjonariusz partyjny.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

O rzeczach, matce i języku.

Książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy ma formę coraz częściej spotykaną. Trudno ją nazwać precyzyjnie, choć jedno nie ulega wątpliwości – na pewno nie jest to beletrystyka. Przedstawione fakty dotyczą autora i jego rodziny, ale sama materia literacka tworzona jest z refleksji, przemyśleń, obserwacji, które raz po raz ogniskują się w punktującym rzecz zdaniu – ironicznym, wydobywającym paradoks życia, życia bardzo tutejszego.

Wicha opowiada o swojej matce, o tym, co mu zostaje po jej śmierci, o rzeczach, wspomnieniach, zawiłości wzajemnych stosunków, o pokoleniowych różnicach. Śmierć matki jest tu impulsem, inspiracją tych krótkich tekstów, co pewien czas nieco od głównego tematu odchodzących, ale mających z nim ścisły związek. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, można wydobyć z tej książeczki szereg oddzielnych wątków interesujących dla autora, ale i dla mnie jako czytelnika. Są tu, co oczywiste w przypadku kogoś, kto zajmuje się grafiką, sądy na tematy estetyki naszego otoczenia, jest nieustannie, może nawet obsesyjnie powracający motyw żydowskości, bo jak opowiada komuś matka Powiedziałam mu, że obie babcie (ta „pół-połowiczność” ma chyba znaczenie).

Jest też kwestia języka, dla mnie najciekawsza. Język jest jednym z najważniejszych bohaterów „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Zresztą już pierwszy akapit „Wstępu”  zapowiada: To jest historia o rzeczach. I jeszcze o gadaniu. Czyli – o słowach i przedmiotach. Tak naprawdę jeśli o gadaniu, to o tym, jak się gadania używa, co ono skrywa, co na jego podstawie można się dowiedzieć o człowieku. A także jak słowa funkcjonują, dlaczego jedne akceptujemy, a innych nie lubimy, jak słowa potrafią brzmieć fałszywie i oszukiwać.

Muszę przyznać, że w tych delikatnych potyczkach, które na stronach książki toczy autor ze swoją matką, staję po jej stronie. Ona reprezentuje moje pokolenie, choć trzy lata, o które jest ode mnie starsza, są czasem istotne, np. ja nie pamiętam śmierci Stalina, a ona tak. Od razu się jeżę, gdy wyczuwam ironię w rozdziale, w którym Wicha pisze, że matka chciałaby pewnie przeczytać powieść o swojej generacji. A kiedy już wymieni różne hipotetyczne składniki tego dzieła, podsumowuje: …wątpię, czy coś takiego dałoby się czytać. Wyszłaby z tego tandeciarska powieść z kluczem. Epicki donos albo kolejna encyklopedia samozachwytu, właściwego jej pokoleniu. Jest jednak jedna rzecz, która na pewno łączy narratora z matką – wyczulenie na język. Jeśli syna rażą mające trochę uwznioślić zmarłą zwroty świeckiego mistrza ceremonii pogrzebowej, to także dlatego, że już w szkole matka zwalczała w jego wypracowaniach konwencjonalne związki frazeologiczne i banalne przymiotniki. Więc teraz, gdy po jej śmierci trafia w propozycji przemowy na sformułowania „lubiana sąsiadka”, „niezastąpiony członek rodziny”, nie tylko z jego smakiem językowym one nie współgrają, ale odczuwa je od razu jako sprzeniewierzenie się pewnemu porozumieniu rodzinnemu (Przez chwilę korci mnie, żeby się zgodzić. Ciągle jeszcze jestem na nią wściekły. No ale są jakieś granice).

Oboje są nieufni wobec słów. Wicha twierdzi, że w pokoleniu matki to pokłosie stalinizmu. Że dlatego jej rówieśnicy mówiąc, starannie dobierali (dobieramy?) wyrazy, zawsze z pewną ironią w tle. Że ta cecha zanikała w języku pisanym, który tracił swobodę, stawał się sztywny, ceremonialny. I jeszcze – i to jest też trafna uwaga – że za tym sposobem traktowania języka szła pewna niedojrzałość, niechęć do dorośnięcia, przekroczenia stanu młodzieńczości. Zastanawiam się, czy ta cezura stalinizmu, rok 1956, mógł mieć naprawdę takie znaczenie. Ja skończyłem wtedy 7 lat, Joanna Wicha 10, to nadal wczesne dzieciństwo. Pamiętam, że jako pięciolatek wygłaszałem długie przemówienia, składające się w całości ze słów zasłyszanych na partyjnych i związkowych zebraniach. Myślę teraz, że być może moje oracje nie miały wcale mniej sensu niż te oryginalne, utkane ze sformalizowanej nowomowy. Więc może jednak?

Wątek żydowski i język często się spotykają na polu, które mnie zawsze sprawia trudność. Kiedy mówimy dziś o antysemityzmie w Polsce, mamy na myśli głównie język. W skrajnych przypadkach są to sformułowania wyrażające nienawiść, ale najczęściej chodzi o pewne antysemickie klisze, w dodatku nie zawsze łatwo jest odróżnić, czy użyte świadomie, czy nie. A jeśli to jest tylko pewien, kulturowo nabyty, rodzaj wyższości? Wicha trafnie to pokazuje, cytując kogoś, kto lubił opowiadać anegdotę zaczynająca się od słów „Miałem wątpliwą przyjemność widzieć Bergen-Belsen nazajutrz po wyzwoleniu i te małe Żydóweczki…”. Matka narratora gwałtownie w tym miejscu protestuje, na co gość się dziwi, bo „jak powiedzieć, że Żydóweczka jest małego wzrostu?” Ładnie jest tu uchwycone językowe rozejście się dwóch światów, z którym mamy przecież często do czynienia także w kontekście innych drażliwych kwestii. Tylko że, na co zwraca uwagę autor, w tym przypadku nie chodzi wyłącznie o słownictwo używane w codziennych sytuacjach. W PRL z języka oficjalnego  wyraz Żyd został wyparty przez eufemizmy, elipsy, najróżniejsze akrobacje lingwistyczne. W rozdziale „Tablica” Wicha opowiada, jak w latach osiemdziesiątych „zakazane” słowo stopniowo przywracano do życia. Symbolem pewnego jeszcze niezdecydowania jest dla autora treść tablicy, która została w roku 1983 wmurowana w ścianę dawnej synagogi w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą (wisi tam do dzisiaj). Irytuje go sformułowanie „obywatele polscy narodowości żydowskiej” i że są to „byli mieszkańcy wymordowani przez okupanta hitlerowskiego”. Tak, ja też słyszę w użytym w napisie określeniu, jak „to słowo” jest ostrożnie obchodzone. Im trudniej jest powiedzieć coś wprost, tym dłuższych trzeba używać fraz. Jak pisze Wicha z rozdrażnieniem i ironią: Tamten inny, niedopuszczalny, rzeczownik byłby jak kleks. Balon z farbą ciśnięty o ścianę z białego kamienia. O mur kina. Byłej synagogi. Dla wyjaśnienia – wtedy w kazimierskiej synagodze mieściło się kino. Potem jednak słowo wróciło, a w 2003 roku dawna bożnica zmieniła przeznaczenie.

Na koniec zostawiłem rozdzialik, który mówi w przewrotny sposób o naszych stereotypach, może fiksacjach językowych, których sobie nie uświadamiamy. Przytoczę go tu prawie w całości, więc jeśli ktoś z moich czytelników jeszcze nie czytał „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, a poczuł się zachęcony, najlepiej żeby w tym miejscu skończył.

Pewnego dnia moje dziecko spytało:
– Dlaczego była zagłada?
Niby wiedziałem, że kiedyś to pytanie padnie, ale dlaczego już teraz? Dlaczego tak wcześnie?
– Wiesz – zacząłem. – Ludzie. Ludzie czasami.
– Ludzie?
– Niektórzy ludzie.
– Więc to przez ludzi?
– Przez ludzi. Tak. Ludzie ludziom. Znaczy. Czasami. W grupie. Ludzie. Czasami.
– Nie przez meteoryt?
– Meteoryt?
– Nie myślisz, że dinozaury wyginęły przez meteoryt?
– Oczywiście, że przez meteoryt.

Piękne, prawda?

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

Docs Against Gravity Film Festival. Jaka jest Rosja?

Kiedy wybieram filmy festiwalowe, nie stosuję żadnej określonej strategii. Czytam streszczenia, rzucam okiem na recenzje, do których są linki w bazie iMDB, patrzę, jakie dany film otrzymał nagrody, czasem oglądam zwiastun. Zajmuje to wszystko dużo czasu, a efekty i tak są bardzo niepewne. I jakoś zawsze tak jest, że dużą część mojego zestawu tworzą filmy dotyczące Rosji. Sam jestem potem tym zdziwiony, bo nie wynika to naprawdę z jakiegoś założenia, zresztą wydają mi się, że interesują mnie bardzo różne tematy. Jednak Rosja widocznie we mnie siedzi, choć się jej boję, nigdy tam nie byłem i wcale mnie nie ciągnie, by pojechać. Rosjanie wydają mi się zupełnie inni od mnie, a z drugiej strony nieporównanie bardziej zrozumiali niż ci z krajów Zachodu. Nigdy nie udało mi się uwolnić od przemożnego wpływu rosyjskiej muzyki, poezji, literatury i filmu, to siedzi we mnie bardzo głęboko.

Na tegorocznym festiwalu obejrzałem pięć filmów o tematyce rosyjskiej, a doliczając jedną z części składowych „Okupacji 1968” (o inwazji na Czechosłowację) nawet sześć. Używam sformułowania „filmy o tematyce rosyjskiej”, bo jest bardzo znaczące, że żaden z nich nie został zrealizowany przez rosyjskiego producenta, przy czym z małymi wyjątkami nie pada w nich ani jedno słowo w języku innym niż rosyjski. Twórcy są spoza kraju, ale to nie są ludzie, którzy całkiem przypadkowo postanowili przyjechać do Rosji. Jessica Gorter, holenderska autorka „Czerwonej duszy”, od lat robi filmy wyłącznie o Rosji, jej rodaczka Aliona van der Horst urodziła się w Moskwie, miała matkę Rosjankę, w Rosji mieszka jej rodzina, o której opowiada w filmie „Można kochać ziemniaki”. Jeszcze inne związki z Rosją mają pozostali reżyserzy. Zresztą bardzo trudno zrobić film dokumentalny o Rosji komuś, kto jest całkiem z zewnątrz, jeśli efektem nie miałby być publicystyczny obrazek. Nie da się ukryć, bo widać to w prawie wszystkich filmach, jak bardzo trudno przekonać tu ludzi, że filmowcy-obcokrajowcy mają czyste intencje, że nie chcą Rosji oczerniać, a z drugiej strony bardzo często pojawia się obawa, że jakaś nieostrożna wypowiedź zamieszczona w filmie zostanie uznana za niepatriotyczny postępek, który przysporzy później kłopotów. Mam wrażenie, że ten sposób myślenia jest w Putinowskiej Rosji coraz silniejszy – przekonanie o tym, że zagranica jest niejako z założenia Rosji wroga, nie wolno obcym ufać, a o ojczyźnie, tak jak dawniej, nie można powiedzieć niczego, co miałoby negatywny wydźwięk. Trudno ocenić, ile jest w tym szczerego przekonania, budowanego przez propagandę, a ile strachu. Zresztą o tym m.in. opowiadają właściwie wszystkie filmy. W „Czerwonej duszy” autorzy rozmawiają m.in. z ludźmi mieszkającymi w pobliżu Morza Białego, gdzie były obozy Gułagu i gdzie ogromne obszaru skrywają kości masowo chowanych więźniów. Dwie starsze kobiety opowiadają o historii matki, która trafiła w 1937 roku w wyniku absurdalnego donosu jednego z członków rodziny (miała rozpowszechniać jakąś broszurę, a była analfabetką) do obozu Jagrinskiego, który stał się zalążkiem dzisiejszego miasta Siewierodwińsk. Ich opowieść jest bardzo powściągliwa, nikogo za dramat matki (i ich samych) nie winią, było trudno, ale takie były czasy. Matka została zrehabilitowana, jednak nikt o tym nie wie, dostały papier, ale o tym się milczy. Na końcu głośno się zastawiają, czy ich słowa powinny się znaleźć w filmie, czy nie powiedziały czegoś przeciw swojej ojczyźnie (słowo „rodina” pada w tych filmach wyjątkowo często).

Właściwie od lat trudno pojąć, że nawet ludzie, którzy wiele przecierpieli w czasach stalinowskich, wzdragają się przed jednoznacznym potępieniem systemu. Ci z pokoleń młodszych również, ale przyjmują różne strategie. Na ogół wszelkie pytania tego dotyczące wywołują w nich irytację. Nie chcą pamiętać, nie chcą mówić, zaprzeczają nowym świadectwom historycznym, traktując je jak propagandę. Zarzuty wobec Stalina i jego reżimu są odbierane często jako próba pomniejszenia roli Rosji w historii i zohydzenia im własnego kraju. Taki obraz współczesności wyłania się też z niemieckiego filmu „Kołyma – droga kośćmi usłana”, zrealizowanego przez polskiego reżysera Stanisława Muchę, którego dziadek zesłany do GUŁagu trafił do Magadanu i przeszedł prawie całą drogę kołymską. Reżyser powtarza tę trasę przemierzając ją już samochodem, rozmawia z różnymi ludźmi, w tym z byłym oficerem wojsk MON, który jako dziesięcioletnie dziecko uciekł ze swojego domu na wsi w rejonie Tarnopola i po wielodniowej tułaczce został złapany 3000 km od domu. On akurat twierdzi, że niczego się nie boi, ale ze sposobu, w jaki to mówi, widać, że traktuje swoją postawę jako ostentacyjną zuchwałość.

Ze wszystkich „rosyjskich” filmów największe wrażenie zrobił na mnie holenderski „Można kochać ziemniaki”. Historia tu opowiedziana ma wyjątkowy ciężar. Alionie van der Horst wystarczyło być cierpliwą i uważnie wysłuchiwać swoich kuzynów i ciotki, by powstał obraz, w którym przeszłość łączy się z czasem dzisiejszym w trudny, skomplikowanym węzeł. Matka reżyserki, jedna z sześciu sióstr urodzonych jeszcze przed wojną w kołchozowej wsi, poznała po studiach w Moskwie młodego Holendra i wyjechała z nim z kraju, stając się dla reszty rodziny kimś nie do końca godnym zaufania. Aliona przyjeżdża do wsi po śmierci babci, by dogadać się z kuzynami w sprawie spadku, którym jest w zasadzie stary, jeszcze przedwojenny domek. We wsi nadal mieszka najstarsza siostra matki Liza, jej syn Sasza i wnuki. Przyjeżdża też Tania, córka innej, nieżyjącej już ciotki Luby, byłej nauczycielki. Aliona wykorzystuje listy swojej matki do Luby, odnalezione przy porządkowaniu domu, by porozmawiać o latach trzydziestych. Matka pisze w nich o straszliwym głodzie, o tym, że dwoje jej starszego rodzeństwa zmarło jeszcze przed jej narodzeniem, a ona sama w czasach tuż powojennych krzyczała po nocach z głodu. Dowiadujemy się o nagłym znikaniu ludzi, obezwładniającym strachu. Dziewięćdziesięcioletnia Liza twierdzi, że nic takiego nie było, ona strachu nigdy nie czuła, nie pamięta ani głodu, ani aresztowań; jej siostra jak zwykle przesadza i fantazjuje. W jakimś momencie okazuje się, że z kolei Luba była fanatyczną, ideową komunistką, dla której Lenin był niedościgłym wzorem, a kiedy Związek Radziecki się rozpadł, zwróciła się równie żarliwie w stronę religii. Kuzynka Tania mówi z goryczą, że matka zerwała z nią wszelkie kontakty, bo nie mogła zaakceptować jej ateizmu, i dopiero na dwa tygodnie przed śmiercią Luba w pewnym stopniu się z nią pojednała. Inna, jeszcze żyjąca ciotka Aliony, nie zgadza się, by z nią rozmawiać, nawet telefonicznie, bo jej przecież właściwie nie zna, a z obcymi nie rozmawia. Aliona, która jest narratorką tej rodzinnej historii, nie próbuje udowadniać żadnej tezy, niemniej interpretuje zachowania sióstr jako różne sposoby radzenia sobie ze strachem i traumą – matka całe życie od nich uciekała, ale mimo miłości męża nie potrafiła być szczęśliwa, Liza wybiera zapominanie i zaprzeczanie, Luba ideologie. W pewnym momencie Aliona odtwarza Lizie i kuzynom nagranie rozmowy, którą przeprowadziła z babcią dwadzieścia lat wcześniej. Nagranie wstrząsające – babcia mówi m.in. o okolicznościach śmierci jej dzieci. Kołchozowy brygadzista przychodził wtedy i walił rano w okno, żeby szła do roboty, bo przecież dziecko może nawet kilka dni umierać, to nie powód, by uchylać się od pracy. W domu nie było niczego do jedzenia, wszystko trzeba było oddać.

Jednak moja uwaga koncentrowała się głównie na Saszy, człowieku pięćdziesięciokilkuletnim, którego dociekania Aliony drażnią, a to, czego doświadczyli rodzice i dziadkowie, bagatelizuje. Czasy były, owszem, trudne, ale kraj musiał się przygotować do wojny, więc wszystko trzeba usprawiedliwić. Zresztą, nie było tak strasznie, nieprawda, że musiało się chodzić boso nawet w zimie. A kiedy Liza pod wpływem wysłuchanego nagrania przyznaje, że po zmarłych dzieciach się nie płakało, matka nigdy im nie okazywała czułości, a ojciec po powrocie z wojny nie przestawał pić i wszystkich bić, Sasza pointuje – miłość do dzieci? Miłością były nie czułości, ale ziemniaki ugotowane na następny dzień. Sasza okazuje się człowiekiem pragmatycznym, przejmuje cały dom babci, pewnie za jakąś drobną odpłatą, bo nie byłoby sensu go dzielić, i wkrótce obok powstaje współczesny, typowy wiejski budynek, przylepiony do resztek starego, który po przebudowie w niczym już nie przypomina domu rodzinnego, gdzie tyle się zdarzyło. Nawet wiśnia, na której całymi dniami siadywała w dzieciństwie Tania, pada ofiarą nowego. Widz ma poczucie, że przeszłość została na dobre zamknięta, zatarta, nie warto jej żałować ani się nią zajmować.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

 

 

Docs Against Gravity Film Festival. Sieciowe wyzwania.

Tegoroczny festiwal z mojej perspektywy, bo przecież wybór filmów jest zawsze w dużym stopniu losowy, wydał mi się bardzo interesujący. Właśnie ten przymiotnik jest chyba najbardziej właściwy, jako że nie zawsze poziom artystyczny czy nawet warsztatowy decyduje o tym, że chce się po seansie rozmawiać o tym, co się obejrzało. Toteż pisząc notatki, często w pośpiechu, między kolejnymi projekcjami, trochę bezwiednie skupiam się na problemach, który twórcy poruszają, a o samych wrażeniach bywa, że zapominam wspomnieć. Oczywiście, nie zawsze, ale jednak to, co dowiaduję się na temat współczesnego świata, staje się w pewnym momencie najważniejsze. Kiedy indziej film nawet niczego nie odkrywa, a jednak skłania do refleksji, zatrzymania się na chwilę, by rzecz przemyśleć.

Tak było choćby z „Czyścicielami internetu”, filmem debiutującego niemieckiego tandemu Hans Block, Moritz Riesewieck. Oryginalny tytuł brzmi „Cleaners”, polskie tłumaczenie, jak często na festiwalu, dopowiada jakiś szczegół, nie pozostawiając wątpliwości, czego mamy się spodziewać. Autorom udało się dotrzeć do byłych, a też kilku aktualnych pracowników firmy, której Facebook zleca moderowanie treści pojawiających się w tej sieci społecznościowej. Firma mieści się na Filipinach, a opowieści „kontrolerów treści” są osią filmu. Pojawiają się też wypowiedzi innych osób, takich, które przez jakiś czas pełniły ważne funkcje w Google, Twitterze i innych gigantach internetowych. Wszystko to jest zmontowane dość chaotycznie, próby nadania pewnej formy wizualnej zarejestrowanym obrazom bardzo nieprzekonujące, niemniej to film ważny i potrzebny. W gruncie rzeczy mamy do czynienia z katalogiem problemów związanych z treściami umieszczanymi w sieci i ich kontrolą. Chyba warto przedstawić tutaj ten rejestr, bo składa się niewątpliwie z ważnych kwestii.

Otóż moderatorzy dysponują regułami, zgodnie z którymi pewne treści trzeba usuwać, dotyczy to np. pornografii, ale też wizerunków nagich dzieci. Zasady są sformalizowane, w związku z tym nie ma miejsca na takie niuanse, jak kontekst w którym coś występuje, choćby to, że obraz może mieć charakter artystyczny, nieść ważną informację itp. Nie wiadomo, gdzie powinna być ustawiona granica między uzasadnioną różnego rodzaju szkodami cenzurą (bo trudno się nie zgodzić, że ogólnodostępna pornografia, przedstawienia aktów przemocy czy mowa nienawiści są lub bywają destrukcyjne) a wolnością słowa. Kontrolerzy często śledzą konta użytkowników pochodzących z zupełnie innej kultury, nie zawsze orientują się w niuansach obyczajowych i politycznych, które są istotne w życiu tych mało im znanych krajów. Przechodzą wprawdzie kursy, ale nie wymaga się od nich specjalistycznego wykształcenia. Dość fundamentalną kwestią jest, czy choć mamy do czynienia z firmami prywatnymi, mającymi teoretycznie prawo wyznaczać u siebie własne zasady, to ze względu na ogromny, globalny zasięg (facebook ma np. 2 miliardy użytkowników) i realny wpływ na procesy społeczne należy tym korporacjom pozostawić całkowitą niezależność przy kontrolowaniu treści. W filmie zwraca się uwagę, że firmy, ze względu na swoje interesy, ulegając naciskom politycznym, zawierają kompromisy z rządami, tak jak Google w Turcji, gdzie dla użytkowników z IP z tureckich domen zablokowane zostały pewne treści, uznawane przez tamtejszy rząd za nielegalne. Podczas konfliktów wojennych, takich jak w Syrii, internet jest najczęściej jedynym źródłem komunikacji i informacji na temat tego, co dzieje się w odciętych od świata miejscach walk, o zbrodniach, przebiegu starć, tymczasem wiele z tych treści jest systematycznie usuwanych albo z paragrafu „okrucieństwo”, albo dlatego, że jakiś udział mają w nich organizacje uznane za terrorystyczne i umieszczone na odpowiedniej liście.

Równoległym wątkiem filmu są problemy moderatorów, będące skutkiem stałego kontaktu z drastycznymi obrazami, przy czym wielu z nich specjalizuje się w konkretnej tematyce, co z jednej strony pozwala łatwiej i szybciej podejmować decyzje, czy dane przedstawienie usunąć, czy zachować, z drugiej jednak rujnuje psychikę, często doprowadzając do głębokich zaburzeń. Realizatorzy nie odmówili sobie satysfakcji, by zderzyć wysiłki ludzi działających w imię pewnych norm moralnych z wystąpieniami prezydenta Filipin Dutarte, który zwalcza w swoim kraju przestępczość, w szczególności handel narkotykami, niezwykle drastycznymi środkami, uważanymi na Zachodzie za pozaprawne i zbrodnicze, jako że często sprowadzają się do zwykłych zabójstw. A poza tym, to już dla mnie wręcz niesmaczne, umieścili w tym miejscowym kontekście sceny ilustrujące głośny i bulwersujący w naszej cywilizacji zwyczaj wielkanocnego krzyżowania ochotników, odtwarzających losy Chrystusa. Bez żadnego komentarza, a to przecież rytuał całkiem świeży, który pewnie w tych kilku wioskach, gdzie się odbywa, szybko by zanikł, gdyby nie olbrzymie zainteresowanie turystów i dziennikarzy ze świata, którzy specjalnie się tam zjeżdżają, by go oglądać. Dyscyplina myślowa nie jest mocnym punktem Blocka i Riesewiecka.

Tak się złożyło, że film oglądałem w sali wypełnionej warszawskimi licealistami, a po seansie odbyła się dyskusja, prowadzona bardzo mądrze przez Karolinę Szczepaniak, reprezentującą Fundację Panoptykon. Rozmowa równie ciekawa jak film, bo jest ważne, jak patrzą na media społecznościowe i własną w nich obecność ludzie młodzi, najczęściej jeszcze nie uwikłani w podziały społeczne i polityczne. Rozrzut głosów był wielki od takich, żebyśmy się nie wtrącali do Facebooka, bo to prywatna firma i ma prawo robić, co chce, aż do żądań wprowadzania daleko idących regulacji, efektywnego usuwania niepożądanych treści. Ktoś wyraził zdziwienia, że film zajmuje się takimi sprawami, a przecież dużo bardziej niebezpieczne jest wykorzystywanie internetu do handlu ludźmi, uwodzenia nieletnich, rekrutowania do organizacji ekstremistycznych.

Zdziwiło mnie, że tak niewiele osób na sali przyznało, że wiedzą, co to są bańki informacyjne. W „Czyścicielach internetu” pojawiają się wypowiedzi zwracające uwagę na to, jak łatwo i bezkarnie rozpowszechniają się fałszywe informacje właśnie w tak tworzonych środowiskach internetowych, ponieważ w ramach „bańki” jesteśmy bardziej skłonni wierzyć w to, co czytamy, niż w przestrzeni całkiem otwartej. M.in. za gwałtowny wzrost nienawiści do Rohingya w Mjanmie i poparcie dla polityki rządu w stosunku do tej mniejszości miał być odpowiedzialny facebook, którego mechanizmy spowodowały, że trudno było się przebić ze sprostowaniami fałszów. Generalnie jednak zarówno twórcy filmu, jak i dyskutanci nie przedstawili żadnych realnych pomysłów, jak poradzić sobie z problemami, które tworzą media społecznościowe. A moim zdaniem efekt baniek informacyjnych dałoby się trochę osłabić. W przypadku facebooka jest to rzeczywiście trudne, bo jego koncepcja oparta jest na „znajomych” i różnego rodzaju grupach. Niemniej dlaczego algorytmy nie mogłyby działać tak, żeby w polu widzenia użytkownika pojawiało się więcej postów publicznych spoza tych grup, i to nie tylko postów sponsorowanych? Podobnie powinny funkcjonować wyszukiwarki, oczywiście kosztem wygody nas wszystkich, tzn. zdecydowanie mniejsze znaczenie trzeba nadać historii wyszukiwania i historii aktywności w sieci. Pewnie jestem naiwny, ale ja naprawdę nie wierzę w to, że Mark Zuckerberg, Sundar Pichai, Susan Wojcicki i inni dążą wyłącznie do jak największych zysków i mają gdzieś wszelkie problemy świata. Jest prawdą, że sieci społecznościowe i narzędzia internetowe stworzyli inżynierowie i informatycy, którzy nie spodziewali się, że będą musieli zmierzyć się z tak złożonymi zagadnieniami z całkiem obcych im dziedzin. Świat stał się bardziej złożony, m.in. dzięki nim, i trzeba naprawiać to, co się da.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

Pan nie jest dla mnie autorytetem

Wziąłem udział, jako obserwator i słuchacz, w debacie organizowanej przez Otwartą Rzeczpospolita i Teatr Polski, zatytułowanej „Czy potrzebujemy autorytetów?” Impreza była dedykowana niedawno zmarłemu Jerzemu Jedlickiemu, stąd nazwa została dopełniona frazą …”czyli o rolach i zadaniach współczesnej inteligencji”, jako że miejsce i znaczenie polskiej inteligencji w procesach historycznych ostatnich dwóch wieków były wybitnemu socjologowi wyjątkowo bliskie. Temat był tyle razy przedmiotem publikacji i sporów, że w zasadzie trudno było się spodziewać, by miały się pojawić podczas dyskusji jakieś nowe, odkrywcze wątki. Nie do końca tak było, choć z drugiej strony paneliści: Aleksandra Gliszczyńska-Grabias, Leszek Jażdżewski i Joanna Kurczewska tak bardzo przyjmowali perspektywę własną, wynikającą z ich osobistych zainteresowań, że nie wchodzili z sobą w polemikę i mimo wysiłków prowadzącego każda z wypowiedzi szła trochę własnym torem. Muszę przyznać, że czasem miałem problem ze zrozumieniem nawet głównych idei w nich przedstawianych, szczególnie dotyczyło to p. prof. Kurczewskiej. Jeśli miałbym zdefiniować najważniejszą myśl pani profesor, byłaby nią teza o istnieniu zamiast jednej, ogólnie uznanej elity, wielu elit, dość monotematycznych, odpowiadających różnym potrzebom społecznych. A co do autorytetów osobowościowych sprowadzają się do pewnych idei wyciągniętych z biografii jednostek.

Dużo jaśniejszy był wywód Leszka Jażdżewskiego, który przede wszystkim starał się podważyć przekonanie o wyjątkowej roli inteligencji zarówno w spojrzeniu historycznym, jak i tym bardziej obecnie. Przy okazji próbował pokazać, jak destrukcyjnie wpływa na inteligenta aktywny udział w polityce, przy czym często taki człowiek bywa w tej roli po prostu niebezpieczny. Jeśli jednak jest tak – a jest – że inteligencja schodzi na margines, to coś, co nazywa się etosem inteligenckim, powinno zostać zachowane. Nie ma powodu, by etos nie przechował się wśród ludzi prowadzących np. niewielkie firmy czy innych, zajmujących się działalnością, która niekoniecznie kojarzy się z klasycznie rozumianymi zawodami inteligenckimi.

Tak więc, jak napisałem na wstępie, nie włączałem się do dyskusji, szczególnie po tym, gdy odezwał się prof. Łukasz Turski, zadając panelistom pytanie, czy uważają Alberta Einsteina za autorytet. Jak twierdził, powtórzył tylko to, co zrobił podczas podobnej dyskusji dwadzieścia pięć lat wcześniej. Po tonie głosu pana profesora można było poznać, że pytanie było prowokacją, a jako że sformułował je fizyk, więc zakłopotanie na scenie było zrozumiałe. Prowadzący, nie mogąc się uchylić od odpowiedzi, w końcu przyznał, że tak, Einstein jest (był) autorytetem, na co Turski: zwracam uwagę, że Einstein prawie we wszystkich swoich twierdzeniach się mylił, nie chciał się z nich wycofać, pisał do kolegów obraźliwe listy, oszukiwał żonę. Krótko mówiąc, tak naprawdę nawet nie próbujemy zdefiniować pojęcie autorytetu. Przyjmujemy, że autorytetem jest ten, kogo za autorytet uważamy. W domyśle – taka dyskusja nie spełnia kryteriów logicznej ścisłości.

Prawie pięćdziesiąt lat temu, kiedy Łukasz Turski, wtedy młody doktor, był moim wykładowcą, też sprawiał wrażenie apodyktycznego i już wtedy się go bałem, zresztą chyba nie byłem jedyny. Jakoś mi to zostało. Przy czym nie mam wątpliwości, że był i jest znakomitym fizykiem. Bywają i takie autorytety, które wprawiają w zakłopotanie.

Ale ponieważ na moim blogu sam jestem gospodarzem, mogę bez obaw napisać to, czego nie powiedziałem. Zastanawiałem się mianowicie nad tym, co się zmieniło w ostatnim czasie, że autorytetów rozumianych jako pewne postacie cieszące się co najmniej powszechnym szacunkiem, już nie ma i że ich istnienie staje się coraz mniej możliwe. Nie chcę się zajmować pytaniem, czy są one potrzebne, bo to problem trudny do rozstrzygnięcia, zarówno z punktu widzenia zbiorowości, jak i jednostek.

Wydaje mi się, że jest wiele czynników, które nie sprzyjają autorytetom. Jednym z możliwych sposobów rozumienia autorytetu może być osoba, która konsekwentnie reprezentuje pewien system wartości. Tymczasem nie ma już jednego, dominującego systemu wartości etycznych. Być może dałoby się uzgodnić pewien bardzo wąski zakres takiego systemu, ale tylko na poziomie bardzo deklaratywnym – gdy przechodzi się do konkretnych jego zastosowań, rozbieżności są zasadnicze i prowadzą do ostrych konfliktów. Jeśli więc trudno sobie wyobrazić autorytet oparty na sferze moralnej, może więc mógłby być nim ktoś, kto jest ceniony za swoje osiągnięcia intelektualne. Tu też jest źle. Po pierwsze obserwujemy wyraźny kryzys zaufania do nauki. Wystarczy wymienić choćby zmieniający się stosunek do medycyny i jej zaleceń. Ludzie mają też wątpliwości dotyczące innych dziedzin – biologii, biotechnologii, zastosowań w rolnictwie (GMO itp.), tego, co dotyczy ochrony środowiska, podejrzliwie traktują nowoczesne technologie, często zresztą przyjmując je, paradoksalnie, z fascynacją. Możliwe, że w nauce jako takiej głębokiego kryzysu nie ma, ale w tym, jak jest społecznie odbierana, daje się odczuć wyraźny dystans i niepewność. Innym aspektem, niemniej ważnym szczególnie w Polsce, jest szeroko rozumiana polityka. Leszek Jażdżewski twierdzi, że polityka w ogóle nie powinna być terenem, na którym działają intelektualiści, nie mają oni czego tam szukać. Ja mam to samo zdanie, z tym że inaczej bym rozłożył akcenty. Póki ktoś pisze, wykłada, formułuje swoje poglądy, nawet dotykając problemów politycznych, można się z nim zgadzać lub nie, ale nie przeszkadza to, by wysoko oceniać jego intelektualne osiągnięcia. Myślę, że tak funkcjonowała elita intelektualna w PRL, także w latach 1970-1989. Władze komunistyczne traktowały wielu jej członków jak wrogów, ale nie było im łatwo podkopać autorytet swoich przeciwników. Kiedy jednak ktoś wchodzi do aktywnej polityki, a szczególnie kiedy uczestniczy w jakimś stopniu w procesie rządzenia, wtedy sytuacja się zmienia. Odpowiada za pewne decyzje, posunięcia, kompromisy i zawsze wtedy naraża się na niezadowolenie znaczącej części społeczeństwa. Tej, dla której przestaje być kimś, kto tylko myśli trochę inaczej, ale – w jej pojęciu – czynnie szkodzi. Więc się go odrzuca. Tak czy inaczej, polityka nieuchronnie niszczy autorytety. Jednak polityka polska w dwójnasób. Jako że rząd reformuje wszystko, poczynając od sądów, przez edukację powszechną i wyższą, zarządzanie kulturą, aż do wojska, a sposób sprawowania władzy spowodował głęboki podział społeczeństwa na dwie części, więc z jednej strony nie ma istotnej dziedziny życia, która nie miałaby znaczenia politycznego, a z drugiej prawie każda wypowiedź jest opowiedzeniem się po jednej ze stron. Jeśli więc ktoś zajmuje się np. edukacją, nieuchronnie jego teksty i publiczne wystąpienia będą analizowane pod kątem stosunku do reform ministrów Zalewskiej i Gowina. Jak w takiej sytuacji można zbudować autorytet, który byłby autorytetem „ponad podziałami”?

W dyskusji przywołano bardzo charakterystyczną w tym kontekście wypowiedź ministra Ziobry, który stwierdził ostatnio, że prof. Adam Strzembosz nie jest dla niego autorytetem. Dla mnie jest symptomatyczne, że Zbigniew Ziobro nie wyznał tego wcześniej, np. w czasie swojej pierwszej kadencji ministerialnej w latach 2005-2007, a właśnie teraz, chociaż jego podstawowy zarzut w stosunku do profesora Strzembosza odnosi się do okresu 1990-1998, czyli nie jest bezpośrednio związany z dzisiejszymi sporami. Panu ministrowi chodziło o to, że Adam Strzembosz jako pierwszy prezes Sądu Najwyższego nie dokonał czystki w środowisku sędziowskim, nie rozliczył sędziów z ich działalności w PRL. Pozostawiając na boku sprawę prawdziwości tego zarzutu, jestem prawie pewny, że słowa „pan nie jest dla mnie autorytetem” skierowane do profesora Strzembosza trzynaście lat temu przyjęte byłyby powszechnie jako wielki nietakt, a dziś nikogo nie dziwią.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

 

Cisi Czesi?

Zawsze było dla mnie interesujące, z czego wynikają różnice w usposobieniu reprezentantów poszczególnych narodowości, a przede wszystkim dlaczego jedni zachowują się w miejscach publicznych głośniej, a inni ciszej. I choć denerwują mnie generalizacje typu, że Niemcy są tacy, Polacy tacy, a Rosjanie inni, to jednak trudno od nich uciec, nawet gdy są oparte na wyrywkowych obserwacjach.

Reportaż Agaty Grabowskiej w „Dużym Formacie” z 30 kwietnia 2018 i komentarz do niego Mariusza Szczygła, ale jak moi czytelnicy mogą się domyślać, przede wszystkim fakt, że dotyczą one zwyczajów Czechów, zainspirowały mnie do podzielenia się jeszcze jednymi wspomnieniami. Cóż, powrotami do przeszłości ten blog się żywi nieustannie. Autorka tekstu twierdzi, że cechą Czechów jest umiłowanie ciszy, milczenia i negatywny stosunek do wszelkich hałasów. Przytacza też rozmaite hipotezy, sformułowane przez jej przypadkowych rozmówców, które ten stan rzeczy tłumaczą: od czeskiej (jakoby) powściągliwości i umiaru, przez niechęć do głębszych interakcji społecznych połączonej z szacunkiem do prywatności, aż po dziedzictwo historycznych traum. Mariusz Szczygieł łączy ciszę ze spokojem („klidem”), który tak u Czechów lubi.

Jeśli tak, to znaczy, że bardzo dużo się zmieniło. Moje doświadczenia są zupełnie inne. Dla mnie Czesi nie byli nigdy powściągliwi ani cisi, na pewno nie było tak w czasach mojej młodości, w latach 50-60. Skąd by się zresztą wzięła słynna czeska „kecanina”, tak ważna cecha pisarstwa Haška i Hrabala (i nie tylko ich), gdyby nie miała tak mocnego źródła w powszechnym stylu bycia? Nawet dzisiaj, kiedy wchodzi się do dowolnej gospody, poziom hałasu jest tam dużo wyższy niż w polskiej knajpie, bo u naszych sąsiadów przy piwie się bez przerwy dyskutuje. Zgoda, dawniej ten zwyczaj był jeszcze powszedniejszy, nie wypadało przysiąść się do stołu i nie włączyć do rozmowy. Co tam gospoda, nawet w zwykłej restauracji było głośno. Gdy byłem dzieckiem, raz na jakiś czas chodziło się na niedzielny obiad do słynnego praskiego secesyjnego Obecního domu, czyli inaczej Reprezentiaku, na sznycel cielęcy, przynajmniej ja zawsze domagałem się tego przysmaku. Żadnego „klidu” tu nie było. Kelnerzy biegali, udając, że się spieszą, przekrzykując się z klientami przez całą salę, atmosfera jak w Menzlowskiej adaptacji „Obsługiwałem angielskiego króla”. Co chwilę ktoś w tym ogromnym pomieszczeniu restauracyjnym krzyczał „pane vrchní, platit!” – nie wiem jak teraz, ale wtedy rachunek przyjmował oddzielny kelner, zawsze z wielkim portfelem, który energicznie wyciągał z tylnej kieszeni spodni, i na kartce podliczał szybko zamówienie, tak że trudno było się zorientować, czy czegoś nie dopisał. Ponieważ jednak nigdy mu się nie spieszyło do stolika, klienci, kiedy go dostrzegli, chcieli być bardziej przekonujący niż inni, więc wołali z daleka odpowiednio głośno. W Czechach jeszcze wiele lat po wojnie obowiązywał, pewnie już nienaturalny, jowialny stosunek do klienta, oparty na długich, wytwornych przemowach. W Polsce w tym czasie kelnerzy byli mrukliwi i nieuprzejmi, wiecznie niezadowoleni, a w restauracjach rozmawiało się półgłosem tak, aby przy sąsiednim stoliku nie było słychać.

Pisze Grabowska: „Marnowanie słów czy small talk nie leżą w czeskiej naturze.” No nie, co to się stało! To przecież w Czechach żadne zakupy nie mogły się obyć bez krótszej, a raczej dłuższej rozmowy ze sprzedawczynią. Ileż się nasłuchałem anegdotek i dowcipów opowiedzianych przez całkiem obcych ludzi. W przedziale kolejowym nie tylko nie było cicho, ale nawet należało do złego tonu rozmawianie gdzieś na boku – trzeba było uczestniczyć w ogólnej dyskusji, czyli najczęściej narzekaniu na różne życiowe utrudnienia, co przeplatało się z ironicznymi uwagami lub ilustrującymi temat historyjkami o członkach rodziny czy znajomych.

Można by pomyśleć, że moda na „chatę” czyli podmiejską daczę, dziś już daleko nie tak powszechna, ale charakterystyczna dla okresu socjalistycznej stabilizacji, mogła być wyrazem ucieczki w prywatność. Nic z tych rzeczy. Genezą mody na chaty był jeszcze przedwojenny styl uprawiania turystyki, kiedy to budowano tzw. osady, czyli skupiska drewnianych, prymitywnych domków, umiejscowione gdzieś daleko od cywilizacji, ale życie zbiorowe tam kwitło – często wspólnie gotowano na ogniskach, bo w osadach nie było elektryczności, wodociągów itp., gadano do nocy, śpiewano. I te pierwsze, już za socjalizmu powstające chaty były podobne, bardzo skromne, jak wcześniej kultywowano sąsiedzką wspólnotowość. Czech, taki jakiego znałem kiedyś, nie wytrzymywał dnia bez pogawędki z sąsiadem czy przypadkiem spotkanym w gospodzie gościem, podobnie zresztą kobiety musiały się podzielić nowościami z jakąś dobrą duszą. Tak więc jeśli „small talk nie leży w czeskiej naturze”, to znaczy, że natura zmienną jest.

No dobrze, ale nie da się ukryć, że ogólnie obowiązujący pogląd, że południowcy są bardziej ekspresyjni i głośni, byłby trudny do obalenia, więc prawidłowości istnieją. Ja jednak myślę, że nie bez znaczenia dla zachowania ludzi są warunki społeczno-polityczne. Długi czas granicą między otwartością a powściągliwością, między rozgardiaszem a ciszą w przestrzeni publicznej była żelazna kurtyna. Po naszej stronie wyczuwało się, że ludzie są bardziej ostrożni, trochę mniej ufni, rzadko się uśmiechają. Warte odnotowania były też nasze wewnętrzne, „obozowe” zwyczaje. Odnosiłem wrażenie, że jak już ktoś wyjechał za granicę, do sąsiadów, szczególnie w większej grupie, to zaczynał się zachowywać głośniej, swobodniej, jak by chciał dać tym innym do zrozumienia, że my to się mniej boimy, jesteśmy trochę lepsi, mamy gdzieś jakieś ograniczenia. A z drugiej strony wystarczyło, że na ulicy albo w tramwaju pojawiła się taka umyślnie, choć niekoniecznie całkiem świadomie, głośniej zachowująca się ekipa obcojęzyczna, zaraz spotykały ją gniewne spojrzenia, które oznaczały „zamknij się, nie jesteś u siebie, my tu mamy inne zwyczaje” (nie muszę dodawać, że ostatnio obserwuję znowu taką mowę ciała).

Gdybym miał porównać zachowanie niegdysiejszych, bo sprzed pół wieku Czechów i Polaków na terenie w miarę neutralnym, np. na polach namiotowych w Bułgarii lub Rumunii, to ci drudzy, kiedy już zaczynał działać na nich alkohol, byli rzeczywiście wrzaskliwi i wulgarni, ale na co dzień, w trakcie powtarzalnych biwakowych czynności głośniejsi i gadatliwsi byli właściwie zawsze Czesi i Słowacy, im się buzia nie zamykała, ciągle mieli co do powiedzenia. A zresztą, czeskie filmy z tego okresu całkiem dobrze to dokumentują, to nie są wymysły scenarzystów. Jeśli więc dziś jest inaczej, oznacza to, że zadziałały jakieś nie do końca dla mnie zrozumiałe czynniki. Wątpię jednak, czy można ten proces wytłumaczyć historią, przynajmniej nie tą odległą.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.

 

Miloš Forman

Śmierć Miloša Formana odczuwam trochę jak koniec mojego kina. Tego, które mnie ukształtowało, z którym dojrzewałem, które było mi najbliższe w tym okresie życia, gdy sztuka wzbudza najsilniejsze uczucia. Tylko że Forman nigdy mnie nie zawiódł także później, kiedy kontynuował karierę w Ameryce. Dalej widziałem w jego filmach tego samego człowieka, którego naznaczyło wojenne dzieciństwo i młodość spędzona w stalinowskiej Czechosłowacji.

Gdybym miał sformułować najważniejsze dla mnie aspekty jego twórczości, byłyby to nieprawdopodobne wyczucie i zrozumienie dla żywiołu życia ludzkiego, ale przede wszystkim sens wolności, jako główny i najważniejszy temat. „Czarny Piotruś”, fabularny debiut Formana, był dla mnie objawieniem. To był film całkowicie różny od wszystkiego, co widziałem wcześniej. Bez reszty skupiony na obserwacjach, ale obserwacjach znaczących, odkrywczych do tego stopnia, że w sposób naturalny marginalizowały i tak dość wątłą fabułę. Młody chłopak, nieśmiały i trochę zagubiony, zderza się tu z regułami obowiązującymi w życiu społecznym i próbuje się w nim odnaleźć. Gdy po raz pierwszy oglądałem „Czarnego Piotrusia” byłem rówieśnikiem bohatera filmu i tak samo jak jego uderzyło mnie dziwne współistnienie bardzo konserwatywnej moralności głoszonej w rodzinie z rozmywaniem się tych norm w sferze publicznej, zjawisko tak charakterystyczne dla realnego socjalizmu. Ten fałsz był jednym z najbardziej dokuczliwych cech naszego ówczesnego życia, ale nikt go chyba nie pokazał w sposób tak naturalny i nienarzucający się jak Forman. Może dlatego, że przypatrując się ludziom, ma dla nich zrozumienie, co nie oznacza akceptacji. Rodzice Piotra są modelową robotniczą rodziną, dla której trwanie przy niezmiennych codziennych rytuałach jest wręcz sensem istnienia, dlatego też trudno im pojąć, że wokół zachodzą zmiany, nie chcą i nie umieją tych zmian dostrzec. I kiedy zamykająca film długa, wychowawcza tyrada ojca, który z kolejnymi zdaniami coraz bardziej się nakręca, kończy się odnoszącą się do życia zawieszoną frazą „To jest…”, czujemy, że mimo wszystkich ograniczeń Piotr i jego pokolenie będą już innymi ludźmi. I wcale nie takimi, jakimi chcieliby ich widzieć komunistyczni ideologowie.

Ciekawe jest porównanie „Czarnego Piotrusia” z pierwszym amerykańskim filmem Formana „Odlot”. Ukończony ostatecznie w roku 1971, jest mimo komediowego charakteru przenikliwym komentarzem do przemian wywołanych młodzieżowym buntem. Tutaj bohaterami są rodzice dzieci, które wybrały wolność, próbujący trochę niezdarnie, trochę pretensjonalnie poznać ich zwyczaje i sposób myślenia. Czescy rodzice takich ambicji nie mieli, ich świat był ograniczony i niejako zakonserwowany, nie podlegając aż tak silnym zewnętrznym wstrząsom, ale paradoksalnie skutek niewiele się różnił. Niemniej „Odlot” jest otwartą pochwałą dążenia ku wolności, czuje się w nim radość z obserwowania ludzi, którzy są skrępowani tylko własnymi słabościami i ograniczeniami. To moim zdaniem film znakomity, bardzo „czeski” i Formanowski, który jednak nie został zrozumiany w Ameryce. Tam ruchy młodzieżowe traktowano jako ważne zjawisko społeczne i polityczne, a wolność -wartość, która była najważniejsza dla Miloša Formana – stanowiła cechę dość oczywistą i wtórną.

W następnych filmach zrealizowanych w USA reżyser opiera się na solidnych, fabularnych scenariuszach, i wtedy jego intencje nie podlegają już wątpliwości. Czy jest to opowieść o szpitalu dla nerwowo chorych („Lot na kukułczym gniazdem”), czy o łamiącym wszelkie konwenanse genialnym muzyku i kompozytorze („Amadeusz”), czy celowo odmłodzonym w stosunku do oryginału powieściowego błyskotliwie inteligentnym uwodzicielu („Valmont”), zawsze chodzi o wolność i jej ograniczenia. Forman obdarza swoich bohaterów taką energią, witalnością, entuzjazmem, że choć ich historie nie kończą się szczęśliwie, widz pozostaje z uczuciem, że to Ikar, odrywając się od ziemi, miał rację.

Nie jest tak, że autor „Miłości blondynki” nie dostrzega ciemnych stron USA, że jest bezkrytyczny wobec swojej nowej ojczyzny. Widać to w wielu jego filmach, poczynając od „Hair”, ale nie dziwię się, że doświadczenia pierwszej połowy życia, kontrast między zachodnią demokracją a komunistycznym państwem czechosłowackim, nie mówiąc już o niemieckiej okupacji, spowodowały, iż swoboda jednostki stała się tym najważniejszym tematem. Dlatego też posunął się tak daleko, że w „Skandaliście Larrym Flyncie” (tytuł oryginalny „The People vs Larry Flynt” jest bardziej znaczący), nie ukrywając, kim jest jego bohater – wydawca pornograficznego „Hustlera” i właściciel wielkiego wydawnictwa rozpowszechniającego podobnego rodzaju publikacje – broni go zdecydowanie w imię wolności słowa. I znowu mamy tu pochwałę Ameryki, kraju, w którym o wolność można się otwarcie spierać, w którym wolność jest ważna.

Miloš Forman, choć niewątpliwie ceniony jako znakomity reżyser, w ciągu 49 lat spędzonych w USA zrobił zaledwie dziewięć filmów. Mogę tylko przypuszczać, że nie było mu łatwo przebić się ze swoimi projektami. Myślę o nim trochę tak jak o dużej części mojego pokolenia – że komuś, kto pół życia spędził w stanie zniewolenia, trudno się porozumieć z tymi, dla których wolność jest rzeczą naturalną. I choć może to brzmieć nieprzyzwoicie, jest dla mnie ważniejsza od równości społecznej, czasem i sprawiedliwości.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 10 obserwujących.