Nasze śmieci domowe

Już prawie rok się zbieram, by napisać o ”Książce o śmieciach” Stanisława Łubieńskiego, i nie wiem, jak się do tego zabrać. Rzecz w tym, że nie ma w niej prawd objawionych, nieznanych, a jednak działa odświeżająco na umysł. Nie tylko porządkuje wiedzę o zaśmiecaniu świata, ale też zwraca uwagę na skalę problemów, jakie mamy ze śmieciami. Przy czym pojęcie to autor rozumie szeroko, jako wszystkie niepotrzebne już wytwory cywilizacji ludzkiej pozostawiane przez nią –  na ziemi, w powietrzu, w wodzie, gdziekolwiek.  Łubieński, ptasiarz, interesuje się oczywiście tym, w jaki sposób przyroda (ale i nasz organizm) reaguje na nasze odpady. Pozwala mu to zauważyć także procesy, które ludzie bagatelizują, bo nie mają one pozornie aż takiej skali i bezpośredniego na nas wpływu jak choćby wzrost stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze, z drugiej strony opisuje zachowania przystosowawcze ptaków czy owadów.

Wiem np. o szkodliwości ołowiu, o tym, że zakazano produkcji farb ołowiowych, że wycofano się z produkcji etyliny, zastępując ją benzyną bezołowiową, a to, że myśliwi używają amunicji śrutowej, uważałem za problem głównie etyczny. Nie wiedziałem jednak, że śrut myśliwski jest głównym źródłem przedostawania się ołowiu do środowiska. Okazuje się, że polujący na ptaki w UE co roku pozostawiają w przyrodzie 50 tys. ton ołowiu. Zatrucie ołowiem – a często wystarczy niewielka ilość tego pierwiastka w krwi – prowadzi do ciężkich schorzeń i śmierci.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że lawinowy wzrost odpadów jest następstwem gwałtownego rozwoju gospodarczego, który się nasilił w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Coraz większa produkcja różnych dóbr skutkuje wyrzucaniem tego, co już niepotrzebne. Jednak tak naprawdę rewolucyjne znaczenie miała dopiero wykreowana w latach dwudziestych XX wieku idea stałego dążenia do nowości, zastępowania jeszcze działających urządzeń, nadających się do noszenia ubrań, użytecznych sprzętów nowszymi modelami. Do tej pory trwałość była zaletą, a szacunek do tego, co się posiada, cnotą. Bez wylansowania czegoś, co Łubieński za autorami zachodnim nazywa „progresywną dezaktualizacją”, produkcja nie mogłaby się tak szybko zwiększać, a popyt by jej nie napędzał.  Szokująca jest nieznana mi historia, opisana przez autora  w rozdziale „Zmowa żarówkowa”. Prawie sto lat temu działające do dzisiaj firmy Philips, Osram i General Electric stworzyły kartel, którego celem było zwiększenie sprzedaży żarówek dzięki obniżeniu ich trwałości. Za wyprodukowanie takich, które świeciły za długo, trzeba było płacić kary! Tymczasem dotąd działa w siedzibie straży pożarnej w Livermore w Kalifornii żarówka wyprodukowana w roku 1901. Można obserwować ją przez kamerę na stronie http://centennialbulb.org/cam.htm , sprawdziłem. Nie trzeba dodawać, że dzisiejsze urządzenia AGD są nietrwałe, coraz trudniejsze do naprawy (tak są zresztą konstruowane, by naprawy utrudnić i uczynić je nieopłacalnymi), wszyscy o tym wiemy, a utylizacja elektrośmieci, nawet jeśli coraz sprawniej są zbierane, jest bardzo trudna. Łubieński przekonuje, że wprawdzie nowy, bardziej energooszczędny sprzęt teoretycznie sprzyja środowisku, ale jego produkcja wymaga czasem więcej energii, niż to urządzenie zużywa w czasie kilkuletniego użytkowania.

Jeśli opisany wyżej trend można nazwać przejściem do krótkotrwałości produktów, to jeszcze większy wpływ na wzrost liczby odpadów ma zalew jednorazowości. A to jest zjawisko, które powstało już za mojego życia. Wynika ono na pewno nie z jednego, a kilku powodów. Jednym jest rozpowszechnienie tworzyw sztucznych (za „moich czasów” był tylko bakelit, a później plastik), drugim dążenie do higieny, trzecim, co z czasem się już mniej sprawdza, chęć ułatwienia sobie życia, bo po co myć, czyścić, dbać o coś, jeśli można za grosze kupić rzecz jednorazową (np. naczynie) i ją po użyciu wyrzucić. Bardzo nie lubię argumentów typu „a pamiętam, że kiedyś”, ale w tym blogu mogę raz takiego westchnienia użyć. Otóż jeszcze nie tak dawno, przynajmniej z perspektywy mojego życia, nie baliśmy się aż tak brudu i zarazków, pieczywo braliśmy rękami, kładliśmy je na ladzie, wrzucaliśmy luzem do siatek, podobnie z owocami czy innymi produktami spożywczymi, słowem torebki plastikowe ani nawet papierowe nie były potrzebne. W domie epidemii brzmi to kiepsko, jasne, ale zarazę mamy od niedawna. Rzecz w tym, że jednorazowość ma chronić nasze zdrowie, ale paradoksalnie, tworząc globalne, nie dające się zutylizować śmieci, temu zdrowiu szkodzi.

Łubieński zajmuje się w swojej książce także problemami dużo bardziej subtelnymi, ja przywołałem tu tylko te najbardziej oczywiste, dające się łatwo opisać. Traktuję „Książkę o śmieciach” jako punkt wyjścia do naszego, warszawskiego gorącego tematu. Od kwietnia weszły w życie nowe zasady rozliczania kosztów wywozu odpadów. Dla zdecydowanej większości mieszkańców oznaczają one podwyżkę. Trudno zresztą, żeby było inaczej, jeśli ustawa regulująca gospodarkę śmieciami wprowadza zasadę, że samorząd nie może dopłacać do wywozu i zagospodarowania odpadów, a dotąd Warszawa  dokładała rocznie ponad 450 mln zł – tak twierdzi miasto. A więc musimy się złożyć na tę sumę. Pytanie więc, czy te koszty nie są za duże. Nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że nie. Dlaczego? Bo dzielnice tną wydatki ile wlezie. Segregacja, a o jej konieczności jestem przekonany, oczywiście kosztuje. Tymczasem firma BYŚ, która ma najnowocześniejszy (a inwestycje były drogie) system segregacji i utylizacji odpadków, przegrywa w konkurencji z innymi firmami warszawskimi, bo miejscy urzędnicy kierują się przede wszystkim ceną. Dochodzi do tego, że opłaca się wieźć śmieci przez pół kraju, nie troszcząc się o to, co tam z nimi zrobią.

„Książka o śmieciach” pokazuje, że odpady domowe są tylko jednym z wielu klocków, tworzących skomplikowany układ czynników szkodzących środowisku. Kiedy wykona się zaawansowane analizy, często okazuje się, że np. używanie wielorazowej torby ze sztucznego tworzywa jest z punktu widzenia globalnych kosztów korzystniejsze niż nietrwałego opakowania papierowego. Bywa więc, że nasze intuicje są błędne. Kiedy jednak myślę o tym, co możemy robić na co dzień, wydaje mi się, że na pewno dwie rzeczy: starać się minimalizować ilość odpadów i segregować śmieci. A znając skalę problemu, godzę się z tym, że koszty pozbywania się śmieci muszą być wysokie, choć rozumiem, że nie wszyscy są tego samego zdania.

Burza związana ze śmieciową podwyżką dotyczy głównie sposobu naliczania opłat – rozliczania rachunku na podstawie zużycia wody w półrocznym okresie z poprzedniego roku. Uważa się tę zasadę za niesprawiedliwą, bo jest oczywiste, że nie ma bezpośredniego związku między korzystaniem z wody i generowaniem odpadów. To prawda. Tyle, że inne metody, jakie dopuszcza ustawa, wcale nie są lepsze. Od powierzchni mieszkania? Przecież ilość śmieci  też nie zależy od tego, w jak dużym mieszkaniu się mieszka. Więc od liczby osób? To mogłaby być najlepsza metoda, ale obecnie nie ma już możliwości skontrolowania, ile osób mieszka na stałe w danym lokalu, trzeba by się zdać na deklarację mieszkańców, a to jednak wielkie pole do nadużyć, przede wszystkim do zaniżania danych, co może prowadzić do konieczności stałego wzrostu opłat dla wszystkich. Ostatnia dopuszczalna metoda rozliczania, od gospodarstwa domowego, jest w oczywisty sposób krzywdząca choćby dla starszych ludzi, mieszkających często samotnie. Metoda „od wody” jako jedyna faktycznie stymuluje do jakichś starań, by obniżyć koszty, jednocześnie zachęcając do oszczędności wody. Jasne, że naprawdę powinno się po prostu móc mierzyć objętość wyrzucanych przez każdego odpadków, ale nie ma dotąd u nas prostej, precyzyjnej i w miarę taniej metody pomiarów, zresztą wspomniana ustawa w ogóle takiej możliwości nie uwzględnia.

Wiem, że już się za bardzo rozpisałem, ale muszę jeszcze chociaż wspomnieć o moich codziennych doświadczeniach ze śmieciami, bo nie są budujące. Po długim czasie rozbudowano u nas altanę śmietnikową i teraz nie ma już żadnych problemów z dostępem do kontenerów, wszystkie są odpowiednio oznakowane widocznymi naklejkami, poszczególne rodzaje śmieci są regularnie wywożone i tylko czasami pojemniki którejś z frakcji są przepełnione. Jest wreszcie porządek. Porządek, który jednak część mieszkańców świadomie torpeduje. Jestem w stanie jakoś zrozumieć niechęć do domowej segregacji, bo przecież wymaga pewnego wysiłku. Jednak właściwie zawsze do pojemników na papier wrzucane są butelki plastikowe i szklane, do plastików kartony itp. To nie może być przypadek, bo często dotyczy kontenerów odległych od wejścia, do których trzeba specjalnie podejść. Rozumiem, kiedy ktoś wrzuca worek ze wszystkimi swoimi śmieciami do pojemnika ma odpady niesegregowane, ale działanie wcześniej opisane jest raczej demonstracją, celowym postępowaniem. Po co wrzucać rozkładające się resztki jedzenia do konteneru na papiery, jeśli pojemnik bio stoi otwarty, tuż przy wejściu do altanki? Właściwie za każdym razem, gdy tam idę, nie mogę się powstrzymać, by nie przerzucić takich niewłaściwie umieszczonych butelek czy puszek do przeznaczonych na nie pojemników, choć grzebanie w czasie epidemii w śmieciach nie jest może najlepszym pomysłem. Zresztą i tak niewiele to zmienia. Zastanawiam się, jaka jest motywacja tych, którzy się w ten sposób zachowują. Pewnie jednym z powodów jest chęć zademonstrowania sprzeciwu wobec wszelkich władz, które narzucają nam różne regulacje dotyczące życia codziennego. Innym  – może – jest obowiązujące przekonanie, że dbanie o środowisko jest powiązane z ideologiami lewicowymi, generalnie że jest jakoby motywowane światopoglądowo czy nawet politycznie. Bo to, że ktoś nie wierzy, by wstępna segregacja śmieci rzeczywiście ułatwiała późniejsze ich zagospodarowanie i przetwarzanie, nie wyjaśnia tak ostentacyjnego przeciwstawiania się wysiłkom najbliższych sąsiadów. Zresztą Stanisław Łubieński szczegółowo opisuje, jak działa nowoczesny zakład przetwarzania odpadów i poszczególne procesy, którym mógł się sam przyglądać, dość przekonująco rozwiewając wątpliwości sceptyków. Segregacja ma sens. Chociaż tyle.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

O matce, co nie odeszła

Mało książek zrobiło na mnie ostatnio takie wrażenie jak „Bezmatek”.  Mira Marcinów pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, skończyła studia filozoficzne, jest doktorem psychologii, napisała  kilka dzieł naukowych, a wieku 35 lat zadebiutowała jako autorka czegoś, co ona nazywa powieścią, a dla mnie raczej powieścią nie jest, natomiast literaturą, i to dobrą,  jak najbardziej.

Książka składa się z niewielkich, kilkuzdaniowych, czasem kilkuakapitowych fragmentów. Są to sceny, dialogi, a najczęściej refleksje narratorki. Forma, z którą spotykam się ostatnio bardzo często. Jednak skrajna zwięzłość wymaga specjalnych umiejętności, każde słowo musi mieć swój ciężar. Jeszcze ważniejsze jest skomponowanie całości, bo przecież nie ma w tego rodzaju książce linearnej opowieści, a mimo tego czytelnik musi zrozumieć, co łączy poszczególne kawałki i na jakiej zasadzie oparta jest ich kolejność.

Narratorka opowiada o matce, o bardzo silnym z nią związku. Narzuca się wręcz określenie o „związku toksycznym”, co Marcinów w którymś z wywiadów wyśmiewa; w końcu jest psychologiem, a oni nie lubią stosować do siebie tego samego aparatu pojęciowego, który wykorzystują w swej pracy zawodowej. Do siebie? No tak, skąpo rozsiane po książce dane dotyczące narratorki pokrywają się tak dokładnie z tym, co wiadomo o autorce, że trudno te dwie figury nie utożsamiać z sobą. Zresztą Marcinów nie ukrywa, że pisała o sobie i swojej matce, ale przestrzega przed traktowaniem „Bezmatka” jako książki dosłownie autobiograficznej.

Najkrótsze streszczenie może być takie: matka jest, jest niezwykle ważna, potem choruje, umiera i zostaje, nie odchodzi.

„Matki nie odchodzą. Nie od córek. Może od synów matki odchodzą? Od autorów? Od Różewicza matka odchodzi. Ode mnie nigdy nie odeszła.  Tylko umarła mi. Matka umarła. Matki nieumarłe są trudne. Te martwe nie chcą stać się ani trochę łatwiejsze.”

Znakomity, wielowarstwowy akapit. Po pierwsze, narratorka odnosi się do tak nadużywanego eufemizmu, który kiedyś był metaforą. „Odeszła”, żeby broń Boże nie powiedzieć „umarła”. Tak się pisze w nekrologach – odszedł, odeszła. Dla narratorki matka umiera, ale nie odchodzi, zostaje. Bo związek z matką nie staje się przez śmierć mniej silny. Jeśli był tak bardzo intensywny, że nawet w jakimś sensie chorobliwy, to i po śmierci trudno go rozerwać.

„Matka – substancja silnie uzależniająca. Za jej życia wielokrotnie lądowałam na odwyku. Chciałam nauczyć się żyć bez niej. Bez nałogów. Nie wytrzymywałam długo. Góra dwa, trzy dni. A teraz – pełna abstynencja.”

Matka nieumarła, tak bliska, była trudna. Zawierała małżeństwa, rozwodziła ze swoimi nieudanymi mężami, walczyła zawsze o samodzielność. Piła. Zmagała się z życiem. Była inna, wyjątkowa.

„Sama [matka] robiła pasztet z kurzych skór. Jak je dostawała za darmo w mięsnym, mówiła ekspedientce, że to dla psa. Ale dla jej suczki były kurze łapy. Skóry były dla nas, uwielbiałam ten pasztet.

– Kanapki z pasztetem zrobiłam wam na drogę.

Tylko iść nie było gdzie.”

To jest cały rozdział. Krótki, ale gęsty od słów i treści. O skrajnym ubóstwie, ale też o tym, jak ubóstwo można zmitologizować, odrealnić tak, że staje się – wątpliwą – wartością. O matce, która jest  na swój sposób zaradna, ale ta jej zaradność jest nie tak odległa od bezradności. O dzieciństwie, w jakiś sensie dobrym, ale zamkniętym, bez perspektyw. Wszystko w pięciu zdaniach.

„Bezmatek” jest tekstem bardzo emocjonalnym, wręcz na granicy ekshibicjonizmu. Wśród zarzutów mu stawianych pojawia się często ten, że jak na książkę tak intymną autorka posłużyła się zbyt wyrafinowaną, wypracowaną formą, która zabiła autentyczność przekazu. Moim zdaniem właśnie to połączenie „literackości” z siłą bezpośredniej wypowiedzi powoduje, że „Bezmatek” wywiera tak mocne wrażenie.

Bałem się, że znowu będę czytał książkę kobiecą, tzn. kobiecą ostentacyjnie, w której autorka wprost albo pośrednio daje do zrozumienia, że pisze o czymś, czego mężczyźni nie są w stanie zrozumieć, bo nie mają podobnych doświadczeń. Jest trochę taka, co mnie jednak nie razi, a często wydaje się  ujmujące. Przykład? Proszę bardzo: pierwsza część zaczyna się od porad matki dotyczących tego, jakie wybierać rajstopy i jak się z nimi obchodzić, oraz sceny, w której matka się maluje, a córka się tej procedurze uważnie przygląda. Do tego fragmentu nawiązuje początek części trzeciej, pośmiertnej, opis malowania twarzy matki tuż po jej zgonie. Bo narratorka nim zabierze się do załatwiania formalności, wezwania lekarza, by wystawił akt zgonu, zaczyna od starannej tanatokosmetyki. Każda z jej czynności jest wymieniona, opisana, na koniec córka mówi na głos: „Wyglądasz młodziej ode mnie, mamo.” Zabiegi wykonuje kobieta, która zna dobrze tę, której robi makijaż. A potem wybór stroju i wyobrażona rozmowa z matką: „- W życiu bym tego nie włożyła! – A po życiu, mamo? – Tym bardziej nie.”

Oprócz pokazania, że związek matki z córką opiera się na bardzo wyjątkowych fundamentach, mamy tu przykład wręcz poetyckiego stosunku do języka, do jego wieloznaczności, przykład sposobu, jak przy pomocy języka obłaskawiać śmierć. Podobne chwyty  Marcinów stosuje wielokrotnie, zawsze wydaje mi się, że nie po to, by uwodzić czytelnika, ale by powiedzieć coś ważnego.

W pierwszej części książki autorka buduje postać matki. Wieloznacznej, kobiecej, zaznaczającej zawsze swoją odmienność i samodzielność. Charakterystyczny jest rozdzialik, w którym wykorzystuje do opisu matki jej stosunek do kuchni:

„To nie kotlety schabowe, tylko kurczak w sosie curry, jeśli matki redukować do smaku ich potraw. (…) Nigdy nie było mdło. Wręcz przeciwnie: bywało za ostro.” Tu dwuznaczność słów tworzy metafory, ale metafory bardzo przyziemne, życiowe. A potem:

„- A jak smakuje twoja matka?

– Moja ostro. Ale też bez przesady. Z wiekiem złagodniało. Dodawała mniej chili do dziecięcych potraw.”

Wstępna część „Bezmatka” jest w sumie pogodna, odwołuje się do dzieciństwa, ale co jakiś czas pojawiają się wzmianki o tym, że matka nie żyje: „nie zdążyła osiwieć”, „może 16 marca 2017 roku, w pierwszą rocznice diagnozy, nie umarłaby tak naturalnie”, „Nie doczeka tego lata, kiedy wszyscy się dowiedzieli, że Ziemię uduszono plastikiem”.

I mocna fraza: „Ulegać matce, zaprzyjaźniać się z matką – to słaby interes. Umrze przed nami. Zostawi. Zrani. Odejdzie. Nie ukrywajmy: nasze mamy nie będą z nami do końca, to nie tak.”

Wreszcie zdanie, które jest syntezą dzieciństwa, widzianą z perspektywy kogoś, kto już jest sam:

„To było w dawnych czasach, gdy na świecie panowała wszechobecna radość, a matki nie umierały.”

Bo potem, gdy matka choruje na nowotwór, radość, albo inaczej – chęć korzystania z życia – nabiera charakteru histerycznej kompensacji. Zaczyna się jeszcze całkiem niewinnie: „W dniu, w którym moja matka zaczęła umierać, piłam cappuccino w Bunkrze Sztuki i karmelowe latte w Tekturze. W tamtym czasie wybierałam pieczywo z czarnuszką”. Czasem rozpaczliwa ucieczka w zabawę i seks bywa wprost związana z matczynym umieraniem. Narratorka mówi w sposób jednocześnie brutalny i poetycki o zjawisku, które może się wydać szokujące:

„Onkodziwka to osoba, która uprawia seks w zamian za leczenie onkologiczne dla bliskiej osoby lub rzadziej dla siebie. Onkodziwka wykorzystuje atrakcyjność seksualną w celu otrzymania pomocy medycznej, gdy lekarze mówią o braku rokowań. Próbuje w ten sposób wydłużyć życie członka rodziny o rok i jeziora, pierwsze słowa wnuczki oraz owoce morza.”

Mamy tu refleksję o relacji między śmiercią a witalnością i seksem, które są reakcją na rozpacz, ale też chęcią odwrócenia losu. Chwilę później po tym rozdziale, który początkowo brzmi jak bezosobowy opis pewnego procederu, narratorka pisze już wprost, od siebie: „To się czasem zdarza. Perwersyjna [obrona], bo niektórzy obiecują leczenie onkologiczne w zamian za seks. To mi się zdarzyło.”

Nie byłoby nic odkrywczego w dostrzeżeniu związku między śmiercią a erotyką, gdyby nie to, w jaki sposób został tu ujęty. Dosadność i rozpacz. Także seks jako ucieczka od śmierci, jako forma miłości do życia, bo – jak stwierdza narratorka – obie, matka i córka, mylą czasem tę miłość z fascynacją mężczyznami. I kobietami, dodaje, mówiąc już o sobie.

Jeśli nie można w ten sposób uchronić od śmierci, można dać jeszcze trochę życia, parę przyjemności. „Lubiłam dogadzać matce, córeczka mamusi, matka na chemioterapii miewa zachcianki, na sterydach ma apetyt, więc już kupuję jej krewetki w sosie malinowo-winnym…” Ale potem, w ostatnich tygodniach życia, zostaje tylko opieka – nad matką i małą, nie tak dawno urodzoną córeczką: „Karmię je na zmianę – łyżka dla matki, łyżka dla córki”.

Fascynująca jest następna część „Bezmatka”, odnosząca się do wszystkiego, co się robi po śmierci bliskiej osoby. Łączy się tu rzeczowość opisu z czułością, ale też z trzeźwą oceną własnych reakcji w tak trudnych momentach. I kolejne już w ostatnim czasie literackie spojrzenie na świecki pogrzeb, z którym nie bardzo dajemy sobie rady, bo nie umiemy się oderwać od tradycji religijnego obrządku. Autorka podsumowuje to zwięźle i autoironicznie: „Cieszyłam się z tego deszczu tak bardzo, że zaintonowałam jej ulubioną pieśń żałobną. Ale żeby było spójnie ze świecką ceremonią pogrzebową, brzmiało to tak: ‘Dobry jeżu, a nasz panie, daj jej wieczne spoczywanie’.”

Wreszcie przychodzi czas żałoby, który nie chce się skończyć. Matka nie odchodzi.

Tyle było w tym wpisie cytatów, że pozwolę sobie na koniec przytoczyć jeszcze jeden. Wydaje mi się, że tylko cytując i te przytoczenia komentując, mogę pokazać, w którą stronę ten utwór prowadzi czytelnika. Jak konkret staje się czymś więcej.

„O tym, że moja matka jest nieśmiertelna, dowiedziałam się dopiero po jej śmierci. I skąd to niby miałam wiedzieć? Że matki będzie więcej teraz i tak naprawdę nigdy nie umrze. I skąd to miałam wiedzieć?”

Motto:

Bezmatek – rodzina pszczela pozbawiona matki pszczelej.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Kawiarnia

Zastanawiam się często, co mi zabrał ten pandemiczny rok, czego mi najbardziej żal. Wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista. Nie ograniczenia w poruszaniu się, brak spotkań z ludźmi, bo to są tylko poważne utrudnienia, które jednak w różny sposób można przełamywać.  Za tę oczywistość przyjmowałem, trochę bezrefleksyjnie, zamknięcie kin. No bo jak pokonać kinomański nałóg, jeśli się mu ulegało przez sześćdziesiąt lat? Od marca byłem w kinie dziesięć razy, wyłącznie na seansach w ramach dwóch festiwali filmowych: Docs Against Gravity Film Festivalu i Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Chcąc nie chcąc, obejrzałem kilkanaście filmów w telewizorze (nie w komputerze), ale to się nie liczy, nie będę kolejny raz tłumaczyć mojego stosunku do niekinowych projekcji. Tylko że z kinem jest ten problem, że idzie się tam, by obejrzeć film, konkretny film. A jeśli filmów nie ma, jeśli zamiera przemysł filmowy, to i apetyt zanika.  Przez czas postu straciłem kontakt z tym, co się działo w produkcji, i teraz, kiedy już w zasadzie można do kina pójść, zupełnie się nie orientuję w repertuarze, nie wiem, co warto obejrzeć, a co nie. Jak bym przyjechał do obcego, egzotycznego kraju, gdzie grają jakieś lokalne, trochę dla mnie obojętne przeboje.

Naprawdę najbardziej brakuje mi kawiarni. Kawiarni jako miejsca spędzanie czasu, od momentu przejścia na emeryturę codziennego rytuału. Kawiarni jako miejsca, do którego się wchodzi w sposób niezobowiązujący, czasem będąc z kimś umówionym, a jeszcze częściej samemu.

Tak rozumiana kawiarnia jest dla mnie zaprzeczeniem komunistycznej codzienności. Oczywiście, przed rokiem 1989 były kawiarnie. Wielokrotnie mniej liczne i na ogół trzeba było się do nich specjalnie wybierać, a jeśli się już trafiła ta gorszej kategorii, była mało atrakcyjna. W bardziej ekskluzywnych elegancja była w stylu dość staromodnym i namaszczonym, a kawa czy herbata mało miały wspólnego z jakością, której mógłby się spodziewać, oceniając wnętrza, przybysz ze świata. Długo nie było nowoczesnych ekspresów do kawy, o dobrej herbacie mało kto słyszał, tylko desery były – w pewnych, znanych lokalach – na poziomie.

Że kawiarnie mogą być atrakcyjnym miejscem, przekonałem się w latach sześćdziesiątych w Paryżu. Dopiero tam zobaczyłem, że przeciętny klient bywa w kawiarni codziennie, często częściej niż raz, że tu się wpada na szybką kawę albo na śniadanie, że kawiarnie mogą być otwierane gęsto jedna obok drugiej, a ludzie obsiadają stoliki wystawione na chodnikach, z krzesłami zwróconymi w stronę ulicy i można z tego miejsca obserwować barwny tłum przechodniów. Wtedy jeszcze pijałem głównie herbatę, podobało mi się, że kelner przynosił ją zawsze zaparzoną w imbryczku, z którego nalewałem sobie niewielkimi porcjami, zawsze gorącą, do filiżanki.

Po zmianie ustrojowej zaczęły powstawać także w Polsce liczne kawiarnie, często sieciowe, ale przecież nie tylko. Dopiero w ostatniej dekadzie jednak nastąpiła prawdziwa zmiana jakościowa. Postawiono na specjalizację, za punkt honoru stawiając sobie zaproponowanie własnej, oryginalnej koncepcji, związanej ze specyficzną ofertą czy wystrojem. Ileż to różnych rodzajów kawy i herbaty, żeby już tylko przy tym zostać, można było skosztować! W Warszawie kawiarnie były o każdej porze pełne, choć na ogół nie aż tak, by brakowało w nich wolnych stolików. Z biegiem czasu z miłośnika herbaty stałem się kawoszem, choć kawę pijam wyłącznie z kawiarniach, bo tylko tam można dostać kawę odpowiednio mocną i dobrze zaparzoną. Lubiłem odkrywać kawiarnie nieznane, które mnie czymś zainteresowały, szukać takich, w których dają dobrą kawę. Lubiłem obserwować ludzi i słuchać, siadać w ogródkach, ale też chodzić do takich kawiarni, które stały się moje, gdzie obsługa mnie rozpoznawała, a ja też czułem się już zadomowiony, do pewnego stopnia zaprzyjaźniony z personelem. No i kawiarnia stała się dla mnie idealnym miejscem do czytania i pisania, a także uczenia się. Na ogół potrzebuję absolutnej ciszy, ale kawiarnia jest wyjątkiem – jeśli tylko nie gra zbyt głośna muzyka, dźwięki i hałasy mi nie przeszkadzają.

Kawiarnia, nie restauracja, bar, klub czy siłownia, jest dla mnie ważnym symbolem swobodnego życia, tego spokojnego stylu bycia, który mi się na starość podoba. Za czasów mojej młodości, kiedy się chciało z kimś spotkać, pogadać, było jakoś niezręcznie umawiać się w kawiarni, odpowiednim miejscem był tylko dom; może w starszym pokoleniu było trochę inaczej. Teraz się to do pewnego stopnia zmieniło, nie ma nic niewłaściwego w umawianiu się w kawiarni. Kawiarnia może być przystankiem w spacerze, miejscem schronienia przed mrozem czy deszczem albo przeczekania przerwy między kolejnymi obowiązkami danego dnia.

No i tego mi właśnie brakuje, fizycznie i psychicznie. Ciągle jeszcze prawie codziennie wypijam espresso z jednorazowego kubeczka, bez dodatkowej wody (mieć obie ręce zajęte to przesada), dyskretnie zdejmując maseczkę na te parę sekund, które potrzebuję, by wychylić gorący łyk. I czekam, aż znowu wrócą kawiarnie. Niestety, nie mam nadziei, że wszystko będzie jak wcześniej. Chodząc po mieście widzę, jak dużo lokali padło. Nie tylko nie można już nawet kupić tam czegoś na wynos, ale wnętrza są zdezelowane, a w witrynach wiszą kartki z informacją o możliwości wynajęcia pomieszczeń. Tym bardziej to przygnębiające, że obok są otwarte sklepy, na pewno w nie najlepszej kondycji ekonomicznej, ale jednak działające. Sytuacja epidemiczna znowu się pogarsza, ale może z wiosną dałoby się chociaż kawiarniane ogródki otworzyć? Taki mały kroczek ku normalności.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Bardzo proszę, już czas ustąpić.

Kolejny raz uciekam w swoją blogową niszę, nie chcąc wchodzić w publiczne polemiki, w których się źle czuję. Ostatni czas przyniósł zresztą jakieś nowe nieprzyjemne wiatry – skrajną nietolerancję dla poglądów, które kwestionują stanowiska akurat w tym momencie uznawane za słuszne. Wydawałoby się, że to żadna nowość, ale jednak nie. Dotychczas granice między polskimi światami były dość wyraźnie wyznaczone i mógłbym się narazić tylko w sytuacji, gdybym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, Morawieckim i im podobnym. Teraz powstały nowe linie podziału: między pokoleniami, między płciami i wiele innych. Trzeba uważać, bo każda nieostrożna wypowiedź nie spotka się już z ostrą polemiką, ale grozi od razu wyrzuceniem z własnego obozu. Powiedzą ci „wypierdalaj dziadersie” i nie masz powrotu.

No to ja sobie w tej bezpiecznej przestrzeni poopowiadam o wulgaryzmach. Jako jeszcze jeden staruszek, w końcu o tym jest ten blog – o stopniowym odpływaniu z głównych nurtów życia społecznego. Oczywiście, wulgaryzmy nie rażą mnie ze względów, nazwę to tak, bezpośrednio etycznych. Mają one swoje miejsce w języku. Teraz to miejsce opuściły i to jest w pewnym stopniu niepokojące. Te tradycyjne miejsca, w których „brzydkie słowa”, używane zresztą na ogół bezrefleksyjnie, żeby nie powiedzieć prawie nieświadomie, to były przede wszystkim środowiska, gdzie panuje hierarchia, kult siły, maczyzm, a więc wojsko, więzienia, szeroko rozumiane męskie kręgi sportowe. Jasne, że to jest już daleka przeszłość, ale ten fakt jest istotny. Ciekawe i chyba charakterystyczne, że zdecydowana większość wulgaryzmów ma źródło w określeniach odnoszących się do życia seksualnego i to związanych z męskim i raczej przemocowym sposobem traktowania seksu. Kiedy byłem w jednostce wojskowej albo kiedy chodziłem na zajęcia sportowe, wulgaryzmy wydawały mi się tam tak naturalne, że nawet trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Co więcej, właściwie traciły jakąkolwiek wyjątkowość. To zresztą naturalne, że wulgaryzm ma moc, staje się istotnym narzędziem tylko wtedy, gdy jest zgrzytem, łamie pewien zwyczaj językowy czy konwencję. Kiedy jest stosowany powszechnie, traci na znaczeniu.

Jaki mam w ogóle problem i dlaczego warto o tym rozmawiać i pisać? Chodzi o konwencję językową i konsekwencje jej nieprzestrzegania. Wulgaryzmy w sztuce, w różnych gatunkach literackich (nawet w poezji), w kinie, w plastyce, w piosence, we wszystkim, co jest dziełem, mają swoje prawa i zwalczanie ich jest anachronizmem. Najkrócej dlatego, że są elementem utworu, a nie bezpośrednim komunikatem nadawcy do odbiorcy. W sztuce, w moim pojęciu, w zasadzie wolno wszystko, choć to bardzo ryzykowne stwierdzenie.

Jak jest w przestrzeni publicznej? Kiedy pojawiły się zastrzeżenia dotyczące haseł na protestach, przypomniałem sobie od razu demonstrację KOD-u w 2016 roku. Na estradzie na Placu Starynkiewicza Władysław Frasyniuk w emocjonalnym przemówieniu opowiadał, jak w stanie wojennym więźniowie krzyczeli przez okienka: „jebać komunę!”, a inni wtedy odpowiadali: „jebać, jebać i się nie bać”. Nietrudno zrozumieć, że takie działanie miało siłę i sens, a i tamto wystąpienie jednego z przywódców dawnej Solidarności, choć dla mnie wtedy trochę szokujące, niosło istotne przesłanie.

W jakimś sensie hasła Strajku Kobiet też odegrały swoją rolę, ale dość szybko spowszechniały. Zatraciły wprawdzie swoją siłę, za to stały się cechą identyfikującą ostatnie protesty. Jeśli ktoś ma do tych haseł zastrzeżenia, automatycznie ustawia się po drugiej stronie. Gorzej, nawet powściągliwość w ich używaniu staje się trochę podejrzana. Pani profesor Płatek pisze tekst, w którym używa słowa „kurwa” jako wzmocnienie swojego przekazu, wydzielając je grzecznie, zgodnie z zasadami interpunkcji, przecinkami. Przypuszczam, że jeszcze miesiąc wcześniej nie przyszłoby jej to do głowy. Mówi się, że ten język jest naturalny dla najmłodszego pokolenia, które wyszło na ulicę, pozwala mu się zidentyfikować z protestami i niejako odciąć od tych starszych, którzy w jego oczach się zużyli i skompromitowali. Więc kto z młodymi rewolucjonistami, ten musi porzucić swoje hamulce. Przy okazji te wszystkie „spieprzaj dziadu”, „mordy zdradzieckie” czy gest Lichockiej w parlamencie zyskały automatycznie legitymizację; oburzać się na nie byłoby dziś hipokryzją.

Czy więc zastrzeżenia do wulgaryzmów mają sens? Moim zdaniem mają. Można sformułować różne tezy dotyczące tego, skąd się bierze konwencja zabraniająca używać pewnych słów publicznie. Z wielu tłumaczeń najważniejsze wydaje mi się to, zgodnie z którym przekleństwa brutalizują język, a więc też stosunki między ludźmi. Językowy savoir vivre nie jest tylko przejawem staroświeckości, ale troską o to, by konflikty – wszelkie konflikty, niekoniecznie polityczne czy społeczne – nie przeradzały się w akty przemocy.

Zajmuję się trochę mową nienawiści, bo walka z nią jest jednym z głównych pól działalności Otwartej Rzeczpospolitej. O ile w teorii dość łatwo jest zdefiniować, czym jest mowa nienawiści, w praktyce są z tym poważne problemy. Pytanie, czy w konkretnym przypadku jakiś tekst lub wypowiedź mieści się w granicach prawa do wolności słowa, jest często trudne do rozstrzygnięcia. Nasze zgłoszenia skarżące autorów takich nienawistnych sformułowań prokuratury i sądy najczęściej odrzucają. Oczywiście obrzucenie kogoś wyzwiskami nie da się bezwzględnie zakwalifikować jako mowę nienawiści (choć osoba znieważona ma prawo wystąpić z powództwem cywilnym, a nawet zgłosić oficjalną skargę – „Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze graniczenia wolności”.) Niemniej uznanie, że wulgaryzmy są uprawnionym i właściwym sposobem wyrażania się w przestrzeni publicznej zwiększa, moim zdaniem, prawdopodobieństwo, że także mowa nienawiści przestanie nas razić. A historia uczy, że mowa nienawiści jest wstępem do rozwiązywania różnych konfliktów, także miedzy jednostkami, w sposób przemocowy.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Nasza piłka nożna

Ostrzegam – tekst niszowy. O piłce nożnej. Nie liczę na znalezienie czytelników, ale potrzebuję się wygadać na ten temat.

Mecz reprezentacji Włoch i Polski w Pucharze Narodów był rzeczywiście kuriozalny. Ale moim zdaniem wcale aż takim ewenementem nie był. Według oficjalnych statystyk w pierwszej połowie Włosi wykonali 35 tzw. niebezpiecznych ataków, a nasi 2. Jak obserwatorzy te dwie polskie akcje zauważyli, tego nie wiem, ale niech tam. Polacy ani razu nie strzelali w kierunku bramki, nie było mowy nawet o żadnej próbie, żadnych uderzeń zablokowanych, po prostu ani razu nikt z nich nie znalazł się w sytuacji, by mógł kopnąć w kierunku bramkarza Donnarummy. Od lat nie widziałem tak jednostronnego meczu, nie tylko międzynarodowego.

A przecież skończyło się wynikiem 2:0. Tylko. Nawet przy tak ogromnej przewadze można w piłce nożnej wygrać bardzo nisko. W tej dyscyplinie sportu wynik końcowy wcale niekoniecznie mówi coś o tym, jaka jest różnica między drużynami, ani o tym, jak wyglądała gra. Złości mnie, że ten fakt jakoś umyka większości obserwatorów, nawet takich, którzy dobrze się znają na futbolu. Powiedzenie „liczy się końcowy rezultat, a nie styl, w piłce nie przyznaje się not za wartości artystyczne” jest pewną prawdą, która fałszuje rzeczywistość. Pisałem już kiedyś, że w piłce nożnej, jak w rzadko którym sporcie, wyniki bywają dość przypadkowe. Wszystko dlatego, bo bramki padają rzadko, w wielu meczach jedna albo dwie, a często w ogóle nie ma goli. Czytałem kiedyś, że z tego właśnie powodu trudno przekonać do futbolu Amerykanów, rozkochanych w koszykówce czy baseballu. Oni nie rozumieją, jak można oglądać starcie dwóch drużyn, z których czasem żadna nie zdobywa ani jednego punktu.

Różnica między trafieniem w słupek lub do bramki tuż obok słupka jest przecież minimalna, a może być decydująca. Ciekaw jestem, ile razy na dziesięć strzałów dobry napastnik wceluje w słupek ze stojącej piłki z odległości, powiedzmy, dwudziestu metrów. Trzy? Dwa? Zmierzam do tego, że w futbolu pewna przypadkowość ma duże znaczenie, ale jednak temu przypadkowi trzeba pomagać. I tu właśnie warto zwrócić uwagę na umiejętności i ten styl, za który nie przyznają punktów.

Piłka nożna jest sportem zespołowym, a jednak wielu obserwatorów skłonnych jest widzieć na boisku nie drużynę, a jedenastu poszczególnych piłkarzy. Po takim meczu, jak ten ostatni, większość komentujących twierdzi, że wszyscy nasi reprezentanci zagrali bardzo słabo. Ja uważam, że to drużyna zagrała słabo. Co więcej, wcale niespecjalnie słabiej niż we wcześniejszym meczu towarzyskim z Ukrainą, wygranym 2:0. Tamten wygraliśmy bardzo szczęśliwie, co przyznał zresztą sam trener Brzęczek, ale nie to jest najważniejsze. Z Ukrainą mieliśmy dokładnie te same problemy co z Włochami. Przeciwnicy grali pressingiem, choć nie tym tzw. wysokim. Polegał na tym, że wszyscy polscy piłkarze byli odcinani od podań, nieatakowani byli tylko dwaj stoperzy, którzy mogli sobie spokojnie wymieniać wolno piłkę między sobą albo z bramkarzem, ale nic więcej. Obaj boczni obrońcy byli na tyle wysunięci do przodu, że nie można było im podać piłki po ziemi – zawsze któryś z przeciwników stał na linii podania – a jeśli jakoś piłka do nich dochodziła, to wtedy, gdy byli zwróceni do własnej bramki i mając rywala za plecami, musieli oddawać piłkę z powrotem. Tak było z obrońcami, wiec tym bardziej z pomocnikami, bardzo statycznymi, przy czym, co zupełnie niezrozumiałe, nikt z nich nie próbował się cofnąć i po prostu wspomóc stoperów. Widać było gołym okiem, przy słusznej zresztą doktrynie organizowania gry od tyłu, bez dalekich wykopów bramkarza, które tylko czasami pozwalają na wywalczenie piłki, że taka organizacja gry jest kompletnie nieefektywna.

Niestety, dokładnie to samo działo się podczas meczu z Włochami z tą różnicą, że tym razem przeciwnicy często nawet stoperom nie dawali czasu, by ci swoim zwyczajem mogli sobie swobodnie pograć. Tak jak z Ukrainą nasi pomocnicy ani się nie cofali (dopiero w drugiej połowie trochę się to zmieniło), ani nie potrafili się znaleźć w miejscu, do którego można by im było bezpiecznie podać piłkę. Kiedy się patrzyło na grę, widać było, że przy organizacji ataku Włosi zawsze mieli co najmniej jednego, a najczęściej więcej, wolnego, niepilnowanego zawodnika przed linią piłki, a w przypadku Polaków w zasadzie nigdy. Jedyną szansą były więc dryblingi, które przy dobrej asekuracji włoskich zawodników niewiele dawały.

Oczywiście, można zawsze oceniać poszczególnych graczy, ale jaki jest sens pisać, że np. Lewandowski zagrał źle, jeśli nie dawało się przeprowadzić prawie żadnego poważnego ataku? Prawdą jest, że grają zawodnicy, a nie trener, jednak czasem w tak zespołowej dyscyplinie jak piłka nożna koncepcja jest ważniejsza od tego, w jakiej formie są gracze. Ci od pewnego momentu byli tak sfrustrowani tym, co się działo na boisku, że po prostu przestali rozumieć, dlaczego nie są w stanie niczego zrobić, skąd się bierze ich bezradność, w końcu są zawodnikami dobrych klubów europejskich, w tym włoskich.

Często spotykam się z opinią, że Polacy na ogół mają problem z atakiem pozycyjnym, ale za to dużo lepiej wychodzą im szybkie kontrataki. Brzmi to jak delikatna krytyka, ale podtekst jest taki, że atak pozycyjny to nuda, a my wszyscy, kibice, lubimy przecież efektowne wyjścia do przodu. Rzecz w tym, że istotą dzisiejszej piłki jest ten tzw. atak pozycyjny. Oceniam, że ok. 90% akcji zaczyna się w momencie, gdy przeciwnicy są odpowiednio ustawieni i przygotowani, by zareagować. Aby w takiej sytuacji coś zdziałać, wszyscy zawodnicy drużyny atakującej, z obrońcami włącznie, muszą wiedzieć, co robić, być z góry przygotowanymi, jak zagrać, rozumieć, jak trzeba się poruszać, generalnie być w ruchu. Obliczono, że druga bramka dla Włochów, ta zdobyta z bliskiej odległości od bramki, była wynikiem akcji składającej się z trzydziestu podań. Aby taki atak przeprowadzić, trzeba zawsze mieć wybory, zawodników, do których można podać piłkę, no i pomysły na jej rozegranie. Krótko mówiąc, mieć dobrze zorganizowaną drużynę. Korci mnie, by wysnuć z tego wnioski wychodzące trochę poza boisko piłkarskie, ale się powstrzymam. W końcu sport jest tylko sportem.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Trochę politycznej statystyki

Chciałoby się zająć głowę sprawami innymi niż publiczne, ale na razie jest to trudne. Pomyślałem więc, że uzupełnię poprzedni wpis o wnioski z badania opinii publicznej, które przedstawił w Gazecie Wyborczej z 4 listopada Andrzej Machowski. Mnie się wydaje, że są to bardzo ważne informacje, a jednak pozostały bez prawie żadnego odzewu.

Autor analizuje trzy badania preferencji wyborczych przeprowadzone przez IBRIS w dniach 2,16 i 30 października br. Wyniki oczywiście były publikowane, ale jak zwykle w formie, która pomija procentowy udział osób deklarujących zamiar niegłosowania. Dowiedzieliśmy się więc, że w ciągu jednego miesiąca PiS zanotował spadek notowań z 41,6% do 29%, a druga pod względem poparcia KO wzrost z 22,1% do 24%. Jednak w rzeczywistości Koalicja Obywatelska straciła potencjalnych 14% wyborców, czyli, uwzględniając liczbę uprawnionych do głosowania, prawie 500 tysięcy głosów.

Jak to się stało? Otóż ekstrapolując wyniki badania na wszystkich uprawnionych do głosowania, między 2 a 30 października liczba osób, które prawdopodobnie nie wzięłyby udziału w wyborach, wzrosła o ponad 3 mln, a tych wahających się, kogo poprzeć, o ponad 700 tysięcy. W ciągu jednego miesiąca! Na pewno pewien wpływ mają na to nastroje spowodowane pandemią, ale oczywiście nie da się w ten sposób wytłumaczyć skali zjawiska. Wspominałem kilka dni temu o nieufności w stosunku do partii i polityków, wyrażanej przez protestujące na ulicach kobiety i w ogóle młodych ludzi związanych z tym masowym ruchem. Z badań IBRIS wynika, że problem ma szerszy zasięg. W październiku straciły wszystkie partie z wyjątkiem będącej poza parlamentem nowej partii Hołownia 2050. Ostatni tydzień przyniósł jednak i tutaj zmiany – ruch Hołowni, na którego chciało 30.10 głosować 14,9% aktywnych wyborców, w badaniu z 5.11 ma już tylko 11,3%, co jest znaczącym spadkiem. Mogę się tylko domyślać, że jego powodem było za mało zdecydowane poparcie Hołowni dla Strajku Kobiet i fakt, że były kandydat na prezydenta postrzegany jest jako ktoś związany z Kościołem, cóż z tego, że nie stroniący od jego krytykowania.

Wydaje mi się, że nieufność do polityków niezależnie od opcji, jakie reprezentują, niewątpliwie zresztą usprawiedliwiona, przeradza się w niepojący kryzys zaufania do demokracji parlamentarnej. Coraz silniejsze jest przekonanie, że wybory niczego nie zmieniają, że dyskusje w sejmie nie mają sensu, a jeśli w ogóle obywatel może coś osiągnąć, to zdecydowanymi akcjami protestacyjnymi, bez oglądania się na opozycję i bez przestrzegania jakichś reguł. Hamulcem jest tylko bezpieczeństwo i to jest niewątpliwe dziedzictwo polskiej tradycji aktywistycznej ostatnich pięćdziesięciu lat.

Tu jedno zastrzeżenie – opieram się na danych zamieszczonych w artykule Machowskiego. Wyniki badań IBRIS, zamieszczone na ich stronie internetowej, nie zawierają liczby badanych, którzy odpowiedzieli, że nie zagłosowaliby w wyborach. Takie dane ma na pewno zleceniodawca, czyli w tym przypadku Wirtualna Polska, ale ich nie publikuje. Podobnie jak informacji o przepływie elektoratu między poszczególnymi ugrupowaniami, jaki zaobserwowano w sondażach, a to też jest interesujące. Według Machowskiego wzrost notowań ruchu Hołowni w październiku (ostatniego badania z 5. listopada artykuł nie mógł jeszcze uwzględnić) nastąpił w zdecydowanej większości kosztem PiS, a tylko w bardzo niewielkim stopniu partia przejęła wyborców KO.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Inne święto

To będzie tekst w tonie pierwszolistopadowym. O czasie, który ucieka szybciej niż możliwości adaptacji do zmian w krajobrazie społecznym, choć ma przecież dziś także drugie oblicze – czasu martwego, niezwyczajnego.

Dziwne to uczucie przeżywać święto listopadowe inaczej niż zwykle, nie wśród nagrobnych świateł, bez szukania właściwego autobusu jadącego na „mój” cmentarz. Mimo pięknej pogody na ursynowskich ulicach prawie pusto, czasem tylko spotyka się pary z twarzami zakrytymi maseczkami. Spokój po burzliwym tygodniu, po wielkiej demonstracji.

Zastanawiam się, jak się w tym odnaleźć. To, co się dzieje, jest rzeczywiście czymś jakościowo innym niż wszystko, w czym dotychczas uczestniczyłem. Gdzie jest moje miejsce?

Pisze Piotr Głuchowski: Pamiętacie dawne protesty Komitetu Obrony Demokracji? Panie w wielu balzakowskim zostawiały swoje eleganckie samochody jedną lub dwie przecznice od miejsca demonstracji, potem grupki znajomych (zazwyczaj sytych pięćdziesięciolatków) odnajdywały się w tłumie, by pogadać o dzieciach, o dolegliwościach, o pieniądzach itd. Z podwyższenia ktoś nawijał o prawach obywatelskich i innych wzniosłych rzeczach. Mój najstarszy syn (reprezentant grupy Studenci) ujął to krótko: „wieje chujem”. To na pewno niesprawiedliwe słowa, ale dobrze wyrażają stosunek ruchu, który właśnie się rodzi, do nas. Rozumiem, że to jest ruch rewolucyjny. Strajk Kobiet napisał wczoraj, że w planowanej Radzie Konsultacyjnej znajdą się także „osoby z dawnej opozycji, które znają się na wymianach rządów ;)”. Dziś ogłoszono wstępny skład Rady i owszem, są tam Barbara Labuda i Michał Boni, a nawet nasi Kod-owi koledzy Kinga Łozińska i Jacek Wiśniewski, ale w komentarzach przeważają zdecydowanie głosy krytyczne – rewolucja nie chce nikogo, kto choćby się otarł o politykę, a nawet należał do dotychczasowej opozycji ulicznej.

Dla mnie największą niespodzianką było, że tak szybko, po dwóch dniach, protesty przestały być skierowane przeciw wyrokowi TK i przy okazji Kościołowi (bo to Kościół nie tylko jest źródłem światopoglądu, na podstawie którego TK tak właśnie może interpretować zapis konstytucyjny – „RP zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia” – ale też jest konsekwentnym zwolennikiem rozwiązań prawnych, narzucających wszystkim ten światopogląd), a przekształciły się zdecydowanie w ruch antyrządowy i antysystemowy.

Tak, rewolucja jest antysystemowa. Mam wrażenie, że hasło „wypierdalać” nie odnosi się tylko do PiS i obozu rządzącego. Jeśli mam rację, nie jest prawdą twierdzenie – wyrzut, że młodzi nagle przejrzeli na oczy, a przecież mogli tej władzy nie ignorować, mogli zagłosować przeciwko niej. Dla nich dalej demokracja liberalna nie jest żadną wartością. Nie chcą partii, polityków, rozmów, kompromisów, wszystkiego, co tworzy tkankę demokracji. Jak to rewolucja, nie obchodzi ją, czy reprezentuje większość, czy nie, nie zajmuje się zagospodarowaniem przyszłości, bo chce działać natychmiast. Jak każda rewolucja stawia żądania niezbyt realistyczne, jak choćby przeznaczenia na służbę zdrowia 10% budżetu państwa i to zaraz, bezzwłocznie.

Rewolucja rządzi się emocjami i ja tym emocjom ulegam. Bo w takiej sytuacji można być tylko za albo się schować. Jestem za, bo wiem, że to coś wielkiego i ważnego, niezależnie od tego, jakie będą konsekwencje, tym bardziej, że trudno je dziś przewidzieć.

Ale to jest jednak ich rewolucja, tych młodszych o dwa pokolenia. Kiedy w 2015 protestowałem przeciw sprzecznemu z konstytucją przejęciu przez PiS mediów publicznych, chodziło mi o obronę tego ustroju, który został stworzony w wyniku obalenia PRL. Nie o pozbawienie władzy prawicy, która wygrała wybory, ani tym bardziej o zmiany w strukturach państwa. I dotąd te struktury, choć niedoskonałe, choć tylu, pewnie nawet pokaźna większość społeczeństwa, uważa je za nieistotne, są dla mnie wątłą, ale jednak niezbędną gwarancją demokracji. A powstanie rzeczywistej demokracji jest – nadal tak uważam – czymś najważniejszym, co się stało za mojego życia w otoczeniu społecznym. Przez pięć lat rządów PiS demokracja nie tylko była konsekwentnie rozmontowywana, ale systematycznie odstępowano od jej praktyki. Sposób procedowania ustaw w sejmie, traktowanie wszelkiej opozycji i krytyki jako przejaw wrogości wobec rządzących, a nie niezbędny element „docierania” i korygowania decyzji, stosunek do NGO-sów, zamiana mediów publicznych w kanały propagandowe, wszystko to, co jest codziennością demokracji, w której nie tylko obóz, który wygrał wybory, ma prawo realizować swoje cele, zostało niejako ideologicznie zanegowane. W efekcie muszę przyznać rację rewolucji – to jest system do zmiany, przestał być demokratyczny. Tyle że zwycięska rewolucja bardzo często jest kiepska w tworzeniu czegoś nowego.

Powstawanie Rady Konsultacyjnej jest bardzo ważnym elementem rozwoju sytuacji. To już jest coś, co należy do polityki. Nie umiem dziś sobie wyobrazić, co z tego wyniknie. Czy część młodzieży się zniechęci, bo uzna, że odtąd nie oni będą siłą sprawczą ruchu, a inni, bo uznają, że się nie identyfikują z niektórymi, pewnie bardziej niż wcześniej wyważonymi postulatami? Czy Strajkowi Kobiet uda się przekonać większość swoich zwolenniczek, że utworzenie Rady jest posunięciem potrzebnym i konstruktywnym? Jak zareagują władze? Zaczną się aresztowania?

Epidemia jest na razie tylko tłem wydarzeń. Jest jednak cieniem, którego nie można lekceważyć i to z obu stron. Demonstracje będą chyba miały wpływ na wzrost zachorowań, choć trudno powiedzieć, jak wielki. Z drugiej strony rząd może prawie dowolnie operować statystykami i wprowadzać restrykcje usprawiedliwione sytuacją epidemiczną.

Jutro, w poniedziałek, kolejne blokady. Trzeba iść.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Na festiwalu Docs Against Gravity Film Festival. Notatki.

To, że niewiele filmów obejrzałem na wrześniowym (wyjątkowo, bo zwykle impreza jest w maju) festiwalu, miało tę zaletę, że mogłem robić codziennie notatki. Zwykle od pewnego momentu zaczynam się ograniczać do kilku zdań, a to jest stanowczo za mało w tym ważnym dziele wspomagania własnej pamięci. A tak coś dla mnie istotnego zostanie. Nie wiem, czy to z tych notatek wynika, ale wszystkie obejrzane przeze mnie filmy są warte docenienia, może poza ostatnim. Największe wrażenie zrobiły na mnie „Euforia istnienia” i wielokrotnie nagradzany, m.in. w Cannes, a także nominowany do Oscara „Dla Samy”. Gdy się ogląda takie filmy, na dalszy plan schodzi czysto artystyczna ocena, ważniejsze są bezpośrednio przemawiające do widza obrazy i treści.

A teraz już notatki.

Ośmiornica, nauczycielka życia. Reż. Pippa Ehrlich, James Reed; RPA

Craig Foster, z zawodu reżyser i operator, przeżywa kryzys życiowy, przestaje wierzyć w sens tego, co robi, i postanawia wrócić do miejsca, gdzie spędził dzieciństwo, na atlantyckie wybrzeże RPA. Chce, jak dawniej, nurkować w przybrzeżnych, zimnych wodach. Pewnego dnia napotyka dziwnie zachowującą się ośmiornicę. Zwierzę przyciąga jego uwagę, zaczyna mu się przyglądać i dość szybko decyduje wykorzystać do swoich obserwacji kamerę. I tak, systematycznie, codziennie odwiedza te same miejsca pod wodą, dokumentując życie ośmiornicy. Trwa to prawie rok, bo tyle żyje ten gatunek ośmiornic.

Dla widza film ma niejako dwa poziomy. Pierwszy to klasyczny film przyrodniczy, koncentrujący się na obserwacji natury. Wchodzimy do podwodnego lasu, gęsto zamieszkanego przez najróżniejsze gatunki, poznając przede wszystkim życie ośmiornicy, co w samo w sobie jest dość wyjątkowe, bo ten mięczak okazuje się być fascynująca istotą. Uczymy się tego, jakie ma sposoby poruszania się, jak poluje, jak unika niebezpieczeństw, co mu grozi, generalnie jak się zachowuje i jak reaguje na różne naturalne bodźce.

Jednak drugi poziom jest dla twórców filmu i jego bohatera dużo ważniejszy. Dotyczy stosunku człowieka do przyrody i jego uczuciowego zaangażowania w relację z dziko żyjącym stworzeniem. Najprościej można to nazwać historią przyjaźni człowieka z ośmiornicą, ale to daleko idące uproszczenie. Craig Foster mówi, że zachowując wszelkie możliwe rygory, nurkując bez pianki, wyłącznie w okularach i z rurką, mógł się w pewnym momencie stać częścią podwodnego świata, a nie jego zewnętrznym obserwatorem, i że to jest wyjątkowe poczucie. Z drugiej strony cały czas pamiętał, że nie powinien w żaden sposób ingerować w to, co się na dnie morza dzieje.

Mam zawsze w głowie przestrogi różnych mądrych biologów, żeby nie antropomorfizować zwierząt, bo to istoty bardzo od człowieka różne, nawet jeśli nam się wydaje inaczej. Teraz tendencja jest inna – pokazuje się, że człowiek nie jest aż tak inny, że nasza domniemana wyższość jest przejawem pychy. Zresztą jak mówić o uczuciach w relacji ze zwierzęciem, nie odwołując się do pojęć, które znamy z naszego, ludzkiego życia? Tu sytuacja jest o tyle zaskakująca, że bohaterem jest ośmiornica, a więc stworzenie w powszechnym pojęciu stojące na niskim poziomie rozwoju, gdzie mu tam do ssaków. A jednak Foster pokazuje nam, że „jego” ośmiornica się boi, uczy, wreszcie oswaja z człowiekiem w tym sensie, że przezwycięża strach i zaczyna mu ufać. Z jednej strony naprawdę mamy okazję przyjrzeć się tej istocie na wolności, w podwodnym lesie, i wierzyć lub nie interpretacjom narratora, z drugiej jednak jest to bardzo intymna opowieść kogoś, kto twierdzi, że regularne nurkowanie i kontakt z ośmiornicą wyciągnęły go z depresji i pokazały ważne prawdy życiowe.

Foster przejmuje się niebezpieczeństwami grożącymi ośmiornicy, przeżywa dramatycznie momenty, gdy atakują ją silniejsze od niej drapieżniki, ale też z codziennych obserwacji wyciąga wnioski dotyczące tego, jak jego „przyjaciółka” rozwiązuje swoje powszednie, ale też widziane w dłuższej perspektywie problemy. Foster nie tylko komentuje z offu, ale co jakiś czas pojawia się na ekranie, mówi wprost do widza, żebyśmy mogli, patrząc mu w oczy, wejść w jego świat i zrozumieć jego emocje. Jeśli odbiorca zachowa się dostatecznie empatycznie, może przeżyć coś i dla siebie ważnego.

Andriej Tarkowski, w świątyni kina. Reż. Andrey A. Tarkovsky; Włochy, Rosja, Szwecja

Film skomponowany przez syna Tarkowskiego konsekwentnie i spójnie, choć bardzo prosto. Realizator omawia kolejne filmy i wykorzystuje liczne komentarze ojca, każdy rozdział (bo film podzielony jest na rozdziały) rozpoczynając wierszem swojego dziadka, Arsenija Tarkowskiego, czytanym przez autora. Tym razem ten patetyczny, rosyjski sposób czytania poezji bardzo mi przeszkadzał, bo to wiersze liryczne, osobiste, w których patos jest właściwie sprzeczny z ich sensem. Z drugiej strony w jego synu też było coś patetycznego.

Trzeba przyznać, że Andriej Tarkowski, co mi ten film uświadomił, miał bardzo uporządkowany, mocno ugruntowany, a dla mnie trudny do przyjęcia światopogląd, zdecydowanie zdominowany przez religię i duchowość. Kultura, ale nie tylko ona, nie istniała dla niego bez tych dwóch wartości. Według Tarkowskiego prawdziwy artysta musi być religijny i duchowy. Dlatego sam patrzył na naszą cywilizację z troską i pesymizmem. Pod koniec życia znalazł się na Zachodzie, ale twierdził, że nie był to jego wybór, został właściwie do niego zmuszony, bo po tym, jak została przyjęta w Moskwie „Nostalgia”, zrozumiał, że w ojczyźnie już żadnego filmu nie zrobi. Jednak z jego punktu widzenia odchodzący od religii Zachód nie był wymarzonym miejscem do życia. Według Tarkowskiego zachodnie społeczeństwa zmierzały ku nieuchronnemu samounicestwieniu. To Rosja, w której obserwował oznaki odrodzenia duchowego, dawała mu nadzieję. Swoją drogą jest dla mnie zdumiewające, jak przez siedemdziesiąt lat bezwzględnej i brutalnej ateizacji rosyjskie prawosławie nie tylko przetrwało, ale odzyskało swoją żywotność i wpływ na ludzi. A przecież o odrodzeniu religijnym Rosji mówi Tarkowski na początku lat osiemdziesiątych, jeszcze daleko przed rządami Gorbaczowa.

Wczoraj przeczytałem felieton Tadeusza Sobolewskiego, w którym autor przytacza cytat z Eliadego dziwnie blisko korespondujący z tym, co napisałem wyżej: „Sacrum nie ginie. Ono nie przestaje się manifestować. Wciąż upada i się odradza. Nawet najbardziej areligijny człowiek odczuwa rytm kosmosu – źródło sakralności. Sacrum to źródło sensu. Przeciwieństwo chaosu. Kultura.” Sobolewski dodaje trzeźwo: „Pięknie mówi Eliade, choć wiemy też, że to atawistyczne sacrum potrafi zabijać, prześladować, wykluczać.”

Komentarze Tarkowskiego do poszczególnych filmów obracają się wokół posłannictwa sztuki. A sztuka jest formą modlitwy, oddania Bogu (tak jak twórczość tych, co kiedyś pisali ikony). Kiedy ostatni człowiek odwróci się od Boga, skończy się cywilizacja. Ludzie bez religii są tylko zwierzętami, nie mogą znać sensu życia. Prawdziwa sztuka jest formą poezji, czegoś, co nie podlega do końca interpretacji. Krytycy, próbujący tłumaczyć jego filmy, zawsze go irytowali, uważał, że go nie rozumieją, komplikują coś, co jest proste.

Uderzyła mnie konsekwencja reżysera dokumentu. Ważna jest dla niego postawa ojca, to co myślał o życiu i swojej twórczości. Bardzo niewiele natomiast dowiadujemy się szczegółów biograficznych, właściwie tylko przy okazji „Zwierciadła”, filmu zainspirowanego dzieciństwem Tarkowskiego, pojawiają się pewne informacje o rodzicach, siostrze, ich wojennych losach, wreszcie o tym, że ojciec opuścił rodzinę, gdy Andriej miał zaledwie 3 lata. Mimo to autor „Dziecka wojny” zawsze utrzymywał, że Arsenij miał wielki wpływ na niego, jako człowieka i artystę.

To w sumie interesujący film, choć konstrukcyjnie prosty. Opowieść o człowieku, którego osobowość, sposób podejścia do świata jest mi obcy, trudny do przyjęcia. Jego filmy są dla mnie ważne, choć raczej te wcześniejsze, z lat sześćdziesiątych, no i „Zwierciadło”.

Forman vs Forman. Reż. Helena Třeštíková, Jakub Hejna; Czechy, Francja

Ciekawe było obejrzeć jeden za drugim filmy o Tarkowskim i Formanie. Wbrew pozorom mają z sobą dużo wspólnego. Rówieśnicy, bo Forman urodził się zaledwie dwa miesiące wcześniej, obaj przeżyli wojnę jako dzieci, a jako dorośli kręcili filmy najpierw w krajach komunistycznych, przeżywając w nich różne okresy – najpierw stalinowskiego ucisku, a potem odwilży, dzięki której mogli zadebiutować. Wreszcie obaj w pewnym momencie znaleźli się, w gruncie rzeczy z politycznych powodów, na Zachodzie. A jednak, mimo w pewnym sensie paralelnych życiorysów, byli zupełnie innymi ludźmi.

Film Třeštíkovej i Hejny o Formanie oparty jest o ten sam prosty schemat – jego konstrukcję tworzą odniesienia do kolejnych filmów reżysera. O ile jednak „Andriej Tarkowski, w świątyni kina” robi wrażenie statycznego w tym sensie, że mamy wrażenie, jakby opowieść dotyczyła ciągle tej samej, niezmiennej, od razu ukształtowanej postaci, to śledząc losy Formana widzimy człowieka w rozwoju, który jest świadkiem i uczestnikiem historii. Nie ukrywam, że jest mi bliższy niż Tarkowski, choć ten ostatni był również wybitnym artystą, a jego „Andrieja Rublowa” uważam za arcydzieło.

Ale teraz już porzucam Tarkowskiego na dobre. „Forman vs Forman” zbudowany jest z materiałów archiwalnych, w wielu przypadkach już znanych, bo dokumentów o Formanie było już kilka. Mimo to udało się ułożyć ciekawą i spójną historię życia i twórczości reżysera. Na pewno jest w tym też zasługa samego Formana, który potrafił żywo i zajmująco opowiadać, ale też jego osobowości, człowieka bezpośredniego, bez poczucia misji czy wyższości artysty. Oczywiście, inaczej robi się film o kimś żyjącym, z kim można porozmawiać, którego można podpatrzeć, wybierając wcześniej miejsca i czas. Tu dokumentaliści byli skazani na archiwum, ale dość zgrabnie z tego wybrnęli. Jestem im wdzięczny, że wydobyli na pierwszy plan najważniejszą dla mnie cechę twórczości Formana – jego przywiązanie do idei wolności człowieka i niezależności jednostki. Kiedy już trafił do Hollywood, starannie wybierał scenariusze i właściwie nigdy nie zrobił żadnego filmu, którego idea nie byłaby zgodna z jego przekonaniami. Nie przestraszył się nawet tak trudnego i kontrowersyjnego tematu, jak obrona powszechnie nielubianego wydawcy „Hustlera” Larry’ego Flynta. Do filmu „The People vs. Larry Flynt” bezpośrednio zresztą nawiązuje tytuł dokumentu o Formanie. Wojenne i komunistyczne doświadczenia reżysera „Lotu nad kukułczym gniazdem” każą mu się opowiadać za wolnością wypowiedzi nawet wbrew większości, która bywa temu prawu przeciwna. Był przekonany, że ten problem rozumie lepiej niż Amerykanie.

Forman zresztą wielokrotnie powtarza, że jego czechosłowacka przeszłość była kluczem do sukcesu w USA. Np. reżyserem „Lotu…” został dlatego, że bez wahania zgodził się przedstawić Michaelowi Douglasowi, właścicielowi praw do książki Keseya i producentowi filmu, jeszcze przed podpisaniem umowy szczegółowej koncepcji, jak film zrealizować. Zachodni filmowcy tak nie robią, ale dla Formana była to normalna praktyka, bo pomysły filmowe były w Czechosłowacji zawsze najpierw długo dyskutowane w zespołach twórczych. Oczywiście, Forman zdawał sobie dobrze sprawę, że artysta, a szczególnie reżyser filmowy, nigdy nie jest do końca wolny. Z ekranu pada dobrze znana teza Formana, że w państwie komunistycznym twórca podlega ograniczeniom ideologicznym, a w kapitalizmie komercyjnym, ale on z dwojga złego woli się podporządkować naciskom ekonomicznym niż jakiegoś niezbyt rozgarniętego aparatczyka. Trudno do końca wyjaśnić, dlaczego spośród tylu czechosłowackich filmowców-emigrantów tylko Formanowi udało się zrobić wielką karierę. Z drugiej strony nigdy nie wrósł na dobre w Amerykę, nie wtopił się w to społeczeństwo, tak jak zrobiło to tak wielu ludzi, którzy zdecydowali, że wyjeżdżają na dobre. On przez cały czas, nawet wiedząc, że nie może wrócić, był jedną nogą w ojczyźnie.

Zastanawiające, że autorzy dokumentu pominęli milczeniem ostatnie dwa amerykańskie filmy Formana. Bo że nie wspomnieli o zamykającej jego dzieło rejestracji musicalu Šlitra i Suchego „Dobře placená procházka“, jestem w stanie zrozumieć, ale „Duchy Goyi”? Dziwne.

Euforia istnienia. Reż. Réka Szabó; Węgry

Dość dla mnie nieoczekiwanie najmądrzejszy, najgłębszy i najbardziej wielowymiarowy film spośród tych, które na tegorocznym festiwalu obejrzałem. Éva Fahidi, węgierska Żydówka, jako młoda dziewczyna została z całą rodziną wywieziona do Oświęcimia, jako jedyna przeżyła. Dopiero po sześćdziesiątce zrozumiała, że musi opowiedzieć o swojej przeszłości, że to uwolni jej traumę. Napisała książkę, którą przeczytała reżyserka i tancerka Réka Szabó. Poruszona tą historią namówiła osiemdziesięciodziewięcioletnią Évę, by wspólnie z młodą tancerką Emese Cuhorką zagrała i zatańczyła w spektaklu zainspirowanym jej losami.

Film jest rejestracją powstawania tego spektaklu, dzisiaj już głośnego i nadal prezentowanego, nie tylko na Węgrzech. Éva Fahidi jest fantastyczną postacią. Imponuje jej sprawność fizyczna i umysłowa, ale jeszcze bardziej bijąca z niej, z tego co mówi i jak się zachowuje, siła osobowości. Éva nawet w tak późnym wieku jest otwarta na ludzi i na nowe wyzwania, jest w niej nieustanna radość życia, ta cecha, która według jej własnych słów spowodowała, że przetrwała obóz – dla niej zawsze samo istnienie było szczęściem. Éva akceptuje swój wiek, choć czuje się wewnętrznie bardzo młodo.

„Euforia istnienia” ma wiele wymiarów. Można by nazwać ten film feministycznym, gdyby nie bardzo tradycyjne rozumienie kobiecości przez Évę Fahadi. Dla niej dalej ważna jest kobiecość oparta na pięknie, uroku, zalotności, radości życia. A przecież wcale nie jest konserwatywna! Przyznaje się do tańczenia nago przed lustrem, gdy była nastolatką, mówi, że porno jest moralne, jeśli występują w nim piękni ludzie, z poczuciem piękna pokazywani. Natomiast brzydoty, także brzydoty starości nie należy eksponować, choć trzeba się z nią pogodzić. Aspekt przedstawiania siebie jako kobiety był dla Évy zawsze ważny, pojawia się też w opowieści o obozie, gdzie kobieta przestawała być kobietą.

Film stawia też ważne pytania dotyczące roli sztuki. Czy przez sztukę niewerbalną, taką jak taniec, można opowiedzieć, wyrazić swoje życie? Czy dzięki niej można oswoić, złagodzić traumę? Inna sprawa, że przedstawienie, o którym film opowiada, nie jest spektaklem czysto tanecznym, jest w nim też miejsce dla słów, które pozwalają zrozumieć, jaki jest sens ruchu scenicznego.

„Euforia istnienia” ma wielką siłę emocjonalną, także dlatego, że nad wszystkimi tragicznymi wątkami triumfuje witalność bohaterki filmu. Poruszające jest jej stwierdzenie, że nie potrafi płakać i że tego nauczyła ją matka. Stąd wielkie wrażenie wywiera scena, kiedy po próbie generalnej przedstawienia, pierwszej prezentacji z udziałem publiczności, obejmują się z Emese i ta, młoda kobieta, szlocha ze wzruszenia, a Éva ją obejmuje i głaszcze. Tak jakby przejmowała się nie swoimi, a cudzymi uczuciami.

Lekcja miłości. Reż. Małgorzata Goliszewska, Kasia Mateja; Polska

Po obejrzeniu tego filmu pomyślałem o piosence Młynarskiego „Polska miłość”. Autor formułuje w niej wprost tezę: miłość w naszych polskich piosenkach jest ciągle sentymentalna, czuła i promienna, a przecież w życiu jest na ogół pełna konfliktów, gwałtowności i problemów. Tak naprawdę „Bywa, że kuchennymi schodami / Z dzieckiem ucieknie do mamy, / Znienawidzi, na śmierć się pokłóci, / Z pazurami do oczu się rzuci.” Bohaterka filmu, dobiegająca siedemdziesiątki Jolanta Janus, mówi w pewnym momencie, że gdyby się rozejrzeć, to w Polsce połowa mężczyzn bije swoje żony. Ona sama postanawia po ponad czterdziestu latach małżeństwa i wychowaniu sześciorga dzieci zacząć życie na własny rachunek. Owszem, jest  może w trochę lepszej sytuacji niż przeciętna rówieśniczka – ma dom we Włoszech, kiepski, bo kiepski, ale jednak, w nim przemocowego męża pijaka, we Włoszech mieszkają jej dorosłe i już samodzielne córki, ale ona może wrócić do rodzinnego Szczecina i tu zamieszkać we własnym mieszkaniu. Z czego żyje na co dzień, nie wiemy, ale rozumiemy, że sobie jakoś radzi.

Jola jest wprawdzie prostą kobietą, ale bardzo wyrazistą postacią, ktoś taki staje się dla dokumentalisty prawdziwym skarbem, bo wystarczy ją obserwować, by skupić uwagę widza. Zresztą tak naprawdę Małgorzata Goliszewska, kiedy zaczęła przychodzić z kamerą na wieczorki taneczne dla starszych ludzi w kawiarni Uśmiech w Szczecinie, spodziewała się pewnie, że przede wszystkim uda jej się podpatrzeć różne interesujące sytuacje i relacje międzyludzkie, i że to będzie bardziej portret zbiorowości niż kogoś konkretnego. Na panią Jolę od razu zwróciła uwagę, ale dopiero po pewnym czasie zmieniła koncepcję filmu i wieczorki taneczne stały się tylko tłem dla historii jej bohaterki.

A jest to historia zanurzona w polskiej tradycyjnej obyczajowości. Pierwszy chłopak, ślub, ciąża, dzieci, alkohol, bicie. A jak ślub, to trzeba trwać przy mężu. Jola pyta siebie, ale też przyjaciółki i księdza: przed ołtarzem przysięga się, że będzie się z kimś na dobre i na złe, ale czy naprawdę ma się ten obowiązek, jeśli jest się przez całe życie krzywdzonym? Ten dylemat jej nie opuszcza, ale decyduje się na życie z innym, starszym od siebie mężczyzną bez rozwodu z mężem, bo ma też inny argument – nie chce na koniec prawnych przepychanek, nerwów, może i bijatyk.

„Lekcja miłości” jest filmem kobiecym w takim samym sensie jak „Euforia istnienia”. Jego bohaterka myśli o kobiecości w podobny sposób jak Éva Fahidi. Przywiązuje wielką wagę do swojego wyglądu, strojów, makijażu, chodzi zawsze na wysokich obcasach, strofuje córkę, że ta woli spodnie niż spódnicę, że ją nie obchodzi to, jak się ubiera. W swym nowym życiu rozkwita – uczy się śpiewać, chodzi na tańce, jest efektowną kobietą, łaknie komplementów i dobrego słowa, a jednocześnie, nawet wiążąc się z kimś, dba o zachowanie niezależności.

Film jest zaskakująco dobrze, jak na debiut, zrealizowany. Małgorzata Goliszewska jest absolwentką Szkoły Wajdy, dotychczas zrobiła tylko kilka krótkich filmów. Tu, wraz z Kasią Mateją, wykazały się nie tylko zmysłem obserwacji, ale umiejętnością opowiadania historii, co w dokumencie nie jest łatwe. Film ma dobry rytm, jest sprawnie zmontowany, a i od strony operatorskiej bardzo mi się podobał. Projekt był realizowany w ciągu kilku lat, choć tego właściwie nie widać. Miarą sukcesu jest trzecie miejsce w plebiscycie publiczności i nagroda miesięcznika „Zwierciadło”.

Dla Samy. Reż. Waad Al-Kateab, Edward Watts; Wielka Brytania

Jeszcze jeden film o tragedii Aleppo, a było już ich sporo Ten jest wyjątkowy, bo opowiadany z perspektywy matki, która urodziła dziecko w samym środku syryjskiej wojny, której Aleppo jest tragicznym symbolem. Mała Sama przyszła na świat przed końcowym oblężeniem wschodnich dzielnic miasta i ostatecznym pokonaniem sił przeciwnych rządowi Baszara Al-Asada. Dziennikarka Waad Al-Kateab spędziła w Aleppo cały czas od wybuchu arabskiej wiosny aż do ewakuacji ludności w grudniu 2016 roku na podstawie zawartego między stronami porozumienia. Film jest bardzo intymną opowieścią, z komentarzem skierowanym do córeczki, dla której ma być kiedyś wyjaśnieniem tego, co się zdarzyło w jej wczesnym dzieciństwie, w czym jej rodzice uczestniczyli i dlaczego. Komentarz jest bardzo istotnym elementem filmu, decyduje o jego sensie. Czasem zresztą autorka kieruje kamerę na siebie i te kadry z wypowiedziami zarejestrowanymi w tamtym, minionym już czasie, na gorąco, pełnią rolę zapisów w powstającym na bieżąco filmowym dzienniku.

Przekaz polityczny jest bardzo prosty – my walczący o wolność (początkiem staje się bunt na uniwersytecie w Aleppo) – i oni, reżim, który wolnościowy zryw bezwzględnie i okrutnie zwalcza. Skądinąd wiadomo, że w walkach brały udział, po obu stronach konfliktu, bardzo różnorodne siły i organizacje, występowały między nimi antagonizmy i dochodziło też do zbrojnych starć. To był niezwykle skomplikowany splot interesów, politycznych i ideologicznych racji, w którym uczestniczyły różne odłamy ruchów szyickich, Kurdowie, Hezbollah, ISIS, Wolna Armia Syrii i wiele innych. Waad Al-Kateab w sposób skrajny upraszcza ten obraz, ale jest to uzasadnione koncepcją pokazania wojny od strony cywilnych ofiar wojny, wręcz od strony pojedynczej rodziny. Jej mąż jest lekarzem, organizatorem jednego z nielicznych, a w końcu ostatniego istniejącego w oblężonym Aleppo szpitala. Na tym szpitalu, w którym od pewnego momentu cała trójka mieszka i gdzie ratuje się dziesiątki rannych, na ogół ofiar bombardowań, skupia się oko kamery. W warunkach tego rodzaju wojny, która dotyka setki kobiet i dzieci i obraca miasto w morze ruin, jest to miejsce, w którym można najpełniej zobaczyć jej okrucieństwo, bezbronność mieszkańców, a czasem okruchy szczęścia, bo udało się uniknąć najgorszego. Trudno oglądać ten film bez ściśniętego nieustannie gardła. Jesteśmy w środku piekła, z którym, jak zauważa jeden z lekarzy, dzieci nie powinny mieć nic wspólnego. A jednak mają, cierpią, boją się, tracą kolegów, rodziców, rodzeństwo, nie rozumiejąc, dlaczego tak musi być. Kamera Waad jest zwrócona na dzieci, bo jeśli coś może poruszyć sumienie tych, którzy do tych wydarzeń dopuścili, to właśnie ich los.

Wierzymy w dinozaury. Reż. Clayton Brown, Monica Long Ross; USA

To właściwie jedyny film, po którym spodziewałem się dużo więcej. Chciałem zobaczyć, jaki jest zasięg koncepcji kreacjonizmu w USA, w jaki sposób się ściera ze światopoglądem naukowym, na czym polega ten fenomen w kraju, w którym badania naukowe są postawione na najwyższym poziomie. Tymczasem autorzy skupiają się na śledzeniu projektu budowy wielkiego modelu drewnianej arki. Jak mówią jego twórcy, wykonanego wiernie na podstawie zapisów biblijnych. Oprócz Arki, rzeczywiście imponującej, przedmiotem zainteresowania filmu jest też wcześniejszy projekt szefa kreacjonistycznej organizacji Answers in Genesis, Kena Hama, mianowicie Muzeum Kreacjonizmu. I Arkę, i muzeum Ham zlokalizował w Kentucky, konserwatywnym i stosunkowo ubogim stanie.

Poznajemy poglądy ludzi należących do tego odłamu kreacjonizmu, którzy uważają, że Stary Testament, jak i całą Biblię, należy rozumieć dosłownie; każda wątpliwość, każda interpretacja pewnych zapisów czy opisów zdarzeń w sposób symboliczny jest niedopuszczalna, bo podważa sens wiary. Tak więc np. ponieważ w Starym Testamencie podane są czasy życia ludzi należących do kolejnych pokoleń, można z tego z dużą dokładnością policzyć, kiedy został stworzony świat i ludzie – nie więcej niż 10 000 lat temu. Kreacjoniści kwestionują więc nie tylko teorię ewolucji, o czym ogólnie wiadomo, ale także wszystkie ustalenia dotyczące przeszłości człowieka jako gatunku, zwierząt, epoki geologiczne itp. Potop miał miejsce ok. 4,5 tysiąca lat temu i przeżyli go tylko mieszkańcy arki, dokładnie tak, jak to zapisano w Biblii.

Film ma bohaterów indywidualnych, którzy są reprezentantami odmiennych postaw: Doug, wierzący kreacjonista, jest artystą tworzącym modele zwierząt, które zostaną umieszczone w Arce, Dan jest geologiem, w pojedynkę walczącym z projektem Arki, m.in. kwestionując przyznanie mu ulg podatkowych, wreszcie David jest byłym kreacjonistą, kiedyś współpracującym z Kenem Hamem przy tworzeniu muzeum, który po pewnym czasie „przejrzał na oczy”. Niestety, autorzy filmu nie znajdują sposobu, by spór mógł naprawdę zaciekawić widza. Zaskoczyło mnie i właściwie rozśmieszyło, że głównym argumentem organizatora protestu przeciw powstaniu Arki jest zarzut propagowania kazirodztwa i ludobójstwa. Bo pochwalanie zatopienia przez Boga całej ludzkości to przecież aprobata dla ludobójstwa, a jeśli wszyscy jesteśmy potomkami Noego, to nasi najwcześniejsi przodkowie musieli tworzyć kazirodcze związki.

Może najciekawszym wątkiem filmu jest aspekt gospodarczy. Ham jest niewątpliwie zdolnym biznesmenem, oba jego przedsięwzięcia, choć niezwykle kosztowne (Arka kosztowała ok. 160 mln dolarów), są dochodowe, Arkę w ciągu pierwszego roku istnienia zwiedziło ponad milion ludzi. Teraz Ham chce podobno na pobliskim terenie wybudować Wieżę Babel i na tym nie zamierza poprzestać. Wypowiadający się w filmie mieszkańcy pobliskiego Williamstown skarżą się, że spodziewali się, że inwestycja Hama pobudzi podupadłe miasteczko do życia, liczyli na wielki napływ turystów, który nie nastąpił. Z drugiej strony Ham ma poparcie konserwatywnych, lokalnych polityków i urzędników, oni oczywiście twierdzą, że jego projekty są szansą na rozwój regionu. Myślenie w kategoriach inwestycji, na których można dobrze zarobić, łączy się więc z ideologiczną misją, i trudno te dwa aspekty rozdzielić.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Na Powązkach.

 

Pogrzeb Henia Wujca. Powązki wojskowe, powoli schodzą się ludzie, ciepło, maseczki, czasem trzeba się domyślać, że gdzieś stoi ktoś, kogo znam, więc podchodzę niepewny, czy się nie pomyliłem, i pomny obowiązujących zasad obowiązujących na pogrzebach. Szukam znajomych z „Solidarności”.

Henia poznałem w 1980 roku, w Zarządzie Regionu, jeszcze na Szpitalnej. Ja byłem trochę anonimowym „konsultantem”, który z uwagą wysłuchiwał, co mieli do powiedzenia spotykający się z nami działacze prezydium Zarządu. Z żoną Henia, Ludką, miałem jeszcze mniej kontaktów. Po latach, kiedy zdarzało nam się spotykać przy okazji różnych wydarzeń ulicznych, Ludka zawsze się ze mną serdecznie witała, więc Heniek też, ale czasem mi się wydawało, że Ludka musi mnie z kimś mylić, no bo skąd by miała pamiętać, kim jestem? Ale to przecież właśnie Ludka mnie namówiła, żebym kandydował w wyborach do zarządu Otwartej Rzeczpospolitej, a ja się zgodziłem, bo byłoby mi wstyd odmówić.

O 15 na placu przed domem pogrzebowym były już tłumy, stanąłem z boku, daleko od podium, z którego wygłaszano przemówienia, i nawet od wielkiego telebimu, na którym można było obserwować uroczystość. Nie tylko ze względów bezpieczeństwa – czuję się nieswojo uczestnicząc w rytuałach, szczególnie takich, które mają podniosły i wspólnotowy charakter. Jednak udział w pogrzebie nie jest dla mnie symbolicznym gestem, jest działaniem bardzo realnym i ważnym. To jest wkład w dalszy ciąg egzystencji kogoś, kto właśnie zmarł, ale przecież będzie istniał dalej, już w pamięci, wspomnieniach, być w może w różnych formach zapisu. Dla mnie, osoby niewierzącej, ta ciągłość trwania jest ważna i czuję się w obowiązku do niej się przyczynić.

Wśród wielu nekrologów opublikowanych po śmierci Henryka Wujca był i taki, który podpisali członkowie pierwszego Prezydium Regionu Mazowsze: Bujak, Jaworski, Kulerski, Odorowski, Rusinek, Szczepański. Pomyślałem trochę sentymentalnie i naiwnie, że jest w tym coś optymistycznego. I że przecież silne ideowe podziały także w tej grupie wtedy istniały, ale w najważniejszych sprawach można się było dogadywać. Właściwie, patrząc na ten onieśmielający mnie rozmach uroczystości na Powązkach, czułem jakiś rodzaj dumy i satysfakcji, że tak został uhonorowany Heniek Wujec, człowiek wyjątkowy, który zawsze coś organizował, zawsze w czymś uczestniczył, ale choć był nawet wiceministrem, politykiem nigdy się nie stał. Że jego konsekwencja została doceniona.

Dobrze, że podniosłość ceremonii w jakimś stopniu przełamały dwa bardzo osobiste wystąpienia: Grażyny Staniszewskiej i Kuby Wygnańskiego. Oba pokazywały Henia w sposób szczególny, jako człowieka działającego, ale też kogoś prywatnego. W taki sposób, jaki pozwala słuchaczowi się zbliżyć do kogoś, kto był osobą publiczną. Ale przecież nie można było mieć pretensji do pozostałych mówców, którzy pozostawali z Wujcem w trochę innych stosunkach. Dla mnie szczególnie ciekawe było wystąpienie prof. Meissnera, dziekana Wydziału Fizyki. Z jego słów wynikało, że Heniek, absolwent tego wydziału, do końca się fizyką interesował i dosłownie na tydzień przed śmiercią dzwonił do profesora Meissnera, by ten mu wyjaśnił jakieś problemy poruszone w jego niedawnym wykładzie czy artykule. Co więcej, podobno prof. Trautman proponował Wujcowi pod koniec studiów doktorat z ogólnej teorii względności. Dobrze wiem, że była to nobilitacja. Poczułem pewną zazdrość, że można zostać wiernym fizyce, przez większą część życia zajmując się bardzo intensywnie czymś zupełnie innym.

A kiedy skończyły się przemowy, poszedłem. Światełko na grobie zapalę kiedy indziej. Grób moich rodziców jest stąd bardzo niedaleko.

 

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

W obronie czeskiej kuchni

Miałem zamiar napisać o „Osobistym przewodniku po Pradze” Mariusza Szczygła, dziele zachwycającym, bo oryginalnie pomyślanym i konsekwentnie ten pomysł realizującym. Ale były wakacje, nie miałem komputera i choć z pomysłu nie rezygnuję, postanowiłem się skupić na jednym temacie – czeskiej kuchni. Zresztą zapowiedziałem to gdzieś, na Facebooku albo Instagramie, bo przecież ten skandaliczny rozdział, kończący przewodnik, a zatytułowany „o czeskiej kuchni, czyli jak zamienić się w betoniarkę” nie mogę zostawić bez żadnej reakcji. Nie pierwszy to atak Szczygła na sztukę kulinarną Czechów, do których ma ciągłe pretensje, a to że jedzą za tłusto, a to że unikają warzyw albo że wszystko, co się nadaje, na grubo panierują. W dodatku, choć autor nie mówi tego wprost, bo wstydzi się przyznać, nigdy chyba nie wypił w gospodzie więcej niż dwa piwa, no góra trzy. Podejrzewam, że choć miłośnik Czech, nie obraca się we właściwym towarzystwie.

Szczygieł, jak to reporter, nie poprzestaje na własnych obserwacjach, ale powołuje się na liczne rozmowy, opinie, artykuły, wywiady. Co ja mogę takiej dokumentacji przeciwstawić? Tylko swoją pamięć, ba – życie. Tęsknię do tych dań z dzieciństwa wspominanych nieustannie, ciągle mi smakują i sprawdzam, gdzie ich przyrządzać nie umieją dobrze, a gdzie jest specjalista, który tej kuchni jest autentycznie oddany. Tych drugich miejsc jest, rzecz jasna, mniej. Przede wszystkim jednak, jeśli jest tak, jak pisze autor „Osobistego przewodnika…”, to nastąpiła zmiana na gorsze. Tradycyjna czeska kuchnia, jaką ja znałem, była troszeczkę inna.

Kiedy po wojnie u nas nastąpiło prawdziwe społeczne trzęsienie ziemi, Lederowa prześniona rewolucja, Czechosłowacja w jakimś stopniu przechodziła w nowe czasy w sposób płynny. Komuniści wszystko upaństwowili, ale wiele restauracji, choć już nie zarządzanych przez właścicieli, zachowało tradycyjną dla siebie kulturę i sposób funkcjonowania. Jak wcześniej toczyło się życie restauracyjne (inne od kultywowanego w gospodach), a wewnętrzne stosunki w takich instytucjach niewiele różniły się od opisanych w „Zaklętych rewirach” czy „Obsługiwałem angielskiego króla”. Byli tam pikolacy, kelnerzy, barman nalewający i roznoszący po sali kufle z piwem, wreszcie pan ober (pán vrchní). Ober jako jedyny miał prawo i obowiązek pobierać od klientów zapłatę za rachunek, chodził z wielkim portfelem wystającym mu z tylnej kieszeni spodni i notatnikiem, w którym na oddzielnych kartkach zapisane były zamówienia gości. Zachowywał się tak, żeby wszyscy odczuli, że jest najważniejszy. Kelnerzy prezentowali wyszukane maniery, posługiwali się słownictwem, które miało odcień mieszczańskiej patyny i popisywali się niebywałą zręcznością, nosząc w każdej ręce po pięć talerzy z daniami. W tym czasie polscy kelnerzy byli celem najróżniejszych prześmiewczych opowiastek i skeczów kabaretowych, dyżurnymi chłopcami do bicia. Czeskie restauracje na ogół trzymały poziom.

Mariusz Szczygieł opisuje kawiarnie, w których można jeszcze odnaleźć ślady atmosfery dawnego życia literackiego, ale o restauracjach nie wspomina. Ja bym chętnie przypomniał o niektórych, choćby o pięknym lokalu na parterze Reprezenťáka czyli późniejszego Obecního domu. Budynek powstał na początku XX wieku, a secesyjne wnętrza przypominają przepychem wiedeńskie. Do tutejszej restauracji zabierała mnie co jakiś czas Gisl Kischová, wdowa po „szalejącym reporterze”, a ja zamawiałem niezmiennie telecí řízek s bramborovou kaši czyli sznycel wiedeński z kartoflanym purée; chyba już wtedy wiedziałem, że miejsce zobowiązuje. Całkiem niedaleko mieściła się też restauracja hotelu Paříž, w której terminował bohater wspomnianej wcześniej powieści Hrabala.

Czeska i słowacka kuchnia długo żyły oddzielnie. Pierwsza z nich ma wiele wspólnego z austriacką i niemiecką, ale jest od nich, powiedzmy, bardziej subtelna. Dobrze, powiem wprost – bez porównania lepsza. Słowackie upodobania łączą tradycję góralską z wpływami węgierskimi. Kiedyś trudno było u podnóża Tatr o bułczane knedliki, a w Pradze tylko wyjątkowo trafiała się zupa czosnkowa. No a smażony ser, dzisiaj dostępny wszędzie, przywędrował tu wcale nie tak dawno, choć wiele źródeł temu faktowi zaprzecza. Może gdzieś tam się go serwowało do piwa, ale raczej nie po domach. Kiedy piszę „niedawno”, mam na myśli ostatnie trzydzieści-czterdzieści lat; poczucie czasu mi się dziwnie zmieniło.

Bez wątpienia podstawą czeskiej kuchni są mięsa i gęste sosy, ale niekoniecznie oznacza to bardzo tłuste jedzenie, jak utrzymuje Szczygieł. Przede wszystkim proporcje między mięsem wołowym a wieprzowym były tu zawsze zupełnie inne niż w Polsce. U nas sprzedawano w czasach socjalizmu głównie słynne z czasów kartkowych wołowe z kością, na którym gotowało się zupy; lepsze rodzaje mięsa szły na eksport. Po drugiej stronie granicy całkiem niezła wołowina skutecznie konkurowała ze schabowym. Przecież popularna i znakomita svíčková na smetaně wymaga dobrej wołowiny (tu dodam, że dodatek bitej śmietany też jest jakimś nowym wynalazkiem). Podobnie wołowina podawana w sosie pomidorowym (s rajskou omáčkou), której już latami nie widziałem, a ten kwaśno-słodkawy sos w połączeniu z delikatnymi płatkami mięsa wspominam z rozrzewnieniem. Nie jest też prawdą, że nie jadało się warzyw. Wiele dań wymaga kapusty (delikatniej przyrządzanej niż nasza), szpinaku, kalafiora, a prawie zawsze na stole były jakieś rodzaje surówek – z kalarepy, z rzepy, słodkie mizerie, pomidory, nie mówiąc o sałacie i paryce. Przyznaję, że coraz rzadziej pojawiają się w restauracyjnych kartach. Ważnym elementem domowych specjałów były grzyby, w różny sposób wykorzystywane.

Spędziłem właśnie kilka dni w Czechach, na głębokiej prowincji, więc moje spostrzeżenia dotyczące tego, co się podaje w restauracjach i gospodach, na pewno nie można uznać za reprezentacyjne dla całego kraju, ale przecież bywam w różnych miejscach na pograniczu dość często. A wniosek jest taki, że o ile w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu lat kultura kulinarna niezwykle się podniosła i wielu właścicieli lokali i kucharzy bardzo dba o to, co i jak podawać gościom, w Czechach zmiany idą w odwrotnym kierunku. Menu jest monotonne, pozbawione oryginalności. Knedliki, bywa, przygotowywane są z półproduktów albo po prostu odgrzewa się kupne mrożonki. Generalnie wrażenie jest takie, że szefom kuchni się nie chce włożyć wysiłku w to, co robią, a i ambicji, by się od innych odróżnić, nie mają.

W tej sytuacji moja obrona czeskiej kuchni przed bezprzykładnym atakiem autora „Gottlandu”, w dodatku w czasach, gdy wegetarianizm i weganizm zdobywa kolejne przyczółki, wydaje się skazana na klęskę. Mimo to zostanę przy niej do końca. Wierność jest w końcu jakąś wartością. A czeskie piwo i tak jest najlepsze, nie dam się przekonać, że jest inaczej.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.