Na festiwalu Docs Against Gravity Film Festival. Notatki.

To, że niewiele filmów obejrzałem na wrześniowym (wyjątkowo, bo zwykle impreza jest w maju) festiwalu, miało tę zaletę, że mogłem robić codziennie notatki. Zwykle od pewnego momentu zaczynam się ograniczać do kilku zdań, a to jest stanowczo za mało w tym ważnym dziele wspomagania własnej pamięci. A tak coś dla mnie istotnego zostanie. Nie wiem, czy to z tych notatek wynika, ale wszystkie obejrzane przeze mnie filmy są warte docenienia, może poza ostatnim. Największe wrażenie zrobiły na mnie „Euforia istnienia” i wielokrotnie nagradzany, m.in. w Cannes, a także nominowany do Oscara „Dla Samy”. Gdy się ogląda takie filmy, na dalszy plan schodzi czysto artystyczna ocena, ważniejsze są bezpośrednio przemawiające do widza obrazy i treści.

A teraz już notatki.

Ośmiornica, nauczycielka życia. Reż. Pippa Ehrlich, James Reed; RPA

Craig Foster, z zawodu reżyser i operator, przeżywa kryzys życiowy, przestaje wierzyć w sens tego, co robi, i postanawia wrócić do miejsca, gdzie spędził dzieciństwo, na atlantyckie wybrzeże RPA. Chce, jak dawniej, nurkować w przybrzeżnych, zimnych wodach. Pewnego dnia napotyka dziwnie zachowującą się ośmiornicę. Zwierzę przyciąga jego uwagę, zaczyna mu się przyglądać i dość szybko decyduje wykorzystać do swoich obserwacji kamerę. I tak, systematycznie, codziennie odwiedza te same miejsca pod wodą, dokumentując życie ośmiornicy. Trwa to prawie rok, bo tyle żyje ten gatunek ośmiornic.

Dla widza film ma niejako dwa poziomy. Pierwszy to klasyczny film przyrodniczy, koncentrujący się na obserwacji natury. Wchodzimy do podwodnego lasu, gęsto zamieszkanego przez najróżniejsze gatunki, poznając przede wszystkim życie ośmiornicy, co w samo w sobie jest dość wyjątkowe, bo ten mięczak okazuje się być fascynująca istotą. Uczymy się tego, jakie ma sposoby poruszania się, jak poluje, jak unika niebezpieczeństw, co mu grozi, generalnie jak się zachowuje i jak reaguje na różne naturalne bodźce.

Jednak drugi poziom jest dla twórców filmu i jego bohatera dużo ważniejszy. Dotyczy stosunku człowieka do przyrody i jego uczuciowego zaangażowania w relację z dziko żyjącym stworzeniem. Najprościej można to nazwać historią przyjaźni człowieka z ośmiornicą, ale to daleko idące uproszczenie. Craig Foster mówi, że zachowując wszelkie możliwe rygory, nurkując bez pianki, wyłącznie w okularach i z rurką, mógł się w pewnym momencie stać częścią podwodnego świata, a nie jego zewnętrznym obserwatorem, i że to jest wyjątkowe poczucie. Z drugiej strony cały czas pamiętał, że nie powinien w żaden sposób ingerować w to, co się na dnie morza dzieje.

Mam zawsze w głowie przestrogi różnych mądrych biologów, żeby nie antropomorfizować zwierząt, bo to istoty bardzo od człowieka różne, nawet jeśli nam się wydaje inaczej. Teraz tendencja jest inna – pokazuje się, że człowiek nie jest aż tak inny, że nasza domniemana wyższość jest przejawem pychy. Zresztą jak mówić o uczuciach w relacji ze zwierzęciem, nie odwołując się do pojęć, które znamy z naszego, ludzkiego życia? Tu sytuacja jest o tyle zaskakująca, że bohaterem jest ośmiornica, a więc stworzenie w powszechnym pojęciu stojące na niskim poziomie rozwoju, gdzie mu tam do ssaków. A jednak Foster pokazuje nam, że „jego” ośmiornica się boi, uczy, wreszcie oswaja z człowiekiem w tym sensie, że przezwycięża strach i zaczyna mu ufać. Z jednej strony naprawdę mamy okazję przyjrzeć się tej istocie na wolności, w podwodnym lesie, i wierzyć lub nie interpretacjom narratora, z drugiej jednak jest to bardzo intymna opowieść kogoś, kto twierdzi, że regularne nurkowanie i kontakt z ośmiornicą wyciągnęły go z depresji i pokazały ważne prawdy życiowe.

Foster przejmuje się niebezpieczeństwami grożącymi ośmiornicy, przeżywa dramatycznie momenty, gdy atakują ją silniejsze od niej drapieżniki, ale też z codziennych obserwacji wyciąga wnioski dotyczące tego, jak jego „przyjaciółka” rozwiązuje swoje powszednie, ale też widziane w dłuższej perspektywie problemy. Foster nie tylko komentuje z offu, ale co jakiś czas pojawia się na ekranie, mówi wprost do widza, żebyśmy mogli, patrząc mu w oczy, wejść w jego świat i zrozumieć jego emocje. Jeśli odbiorca zachowa się dostatecznie empatycznie, może przeżyć coś i dla siebie ważnego.

Andriej Tarkowski, w świątyni kina. Reż. Andrey A. Tarkovsky; Włochy, Rosja, Szwecja

Film skomponowany przez syna Tarkowskiego konsekwentnie i spójnie, choć bardzo prosto. Realizator omawia kolejne filmy i wykorzystuje liczne komentarze ojca, każdy rozdział (bo film podzielony jest na rozdziały) rozpoczynając wierszem swojego dziadka, Arsenija Tarkowskiego, czytanym przez autora. Tym razem ten patetyczny, rosyjski sposób czytania poezji bardzo mi przeszkadzał, bo to wiersze liryczne, osobiste, w których patos jest właściwie sprzeczny z ich sensem. Z drugiej strony w jego synu też było coś patetycznego.

Trzeba przyznać, że Andriej Tarkowski, co mi ten film uświadomił, miał bardzo uporządkowany, mocno ugruntowany, a dla mnie trudny do przyjęcia światopogląd, zdecydowanie zdominowany przez religię i duchowość. Kultura, ale nie tylko ona, nie istniała dla niego bez tych dwóch wartości. Według Tarkowskiego prawdziwy artysta musi być religijny i duchowy. Dlatego sam patrzył na naszą cywilizację z troską i pesymizmem. Pod koniec życia znalazł się na Zachodzie, ale twierdził, że nie był to jego wybór, został właściwie do niego zmuszony, bo po tym, jak została przyjęta w Moskwie „Nostalgia”, zrozumiał, że w ojczyźnie już żadnego filmu nie zrobi. Jednak z jego punktu widzenia odchodzący od religii Zachód nie był wymarzonym miejscem do życia. Według Tarkowskiego zachodnie społeczeństwa zmierzały ku nieuchronnemu samounicestwieniu. To Rosja, w której obserwował oznaki odrodzenia duchowego, dawała mu nadzieję. Swoją drogą jest dla mnie zdumiewające, jak przez siedemdziesiąt lat bezwzględnej i brutalnej ateizacji rosyjskie prawosławie nie tylko przetrwało, ale odzyskało swoją żywotność i wpływ na ludzi. A przecież o odrodzeniu religijnym Rosji mówi Tarkowski na początku lat osiemdziesiątych, jeszcze daleko przed rządami Gorbaczowa.

Wczoraj przeczytałem felieton Tadeusza Sobolewskiego, w którym autor przytacza cytat z Eliadego dziwnie blisko korespondujący z tym, co napisałem wyżej: „Sacrum nie ginie. Ono nie przestaje się manifestować. Wciąż upada i się odradza. Nawet najbardziej areligijny człowiek odczuwa rytm kosmosu – źródło sakralności. Sacrum to źródło sensu. Przeciwieństwo chaosu. Kultura.” Sobolewski dodaje trzeźwo: „Pięknie mówi Eliade, choć wiemy też, że to atawistyczne sacrum potrafi zabijać, prześladować, wykluczać.”

Komentarze Tarkowskiego do poszczególnych filmów obracają się wokół posłannictwa sztuki. A sztuka jest formą modlitwy, oddania Bogu (tak jak twórczość tych, co kiedyś pisali ikony). Kiedy ostatni człowiek odwróci się od Boga, skończy się cywilizacja. Ludzie bez religii są tylko zwierzętami, nie mogą znać sensu życia. Prawdziwa sztuka jest formą poezji, czegoś, co nie podlega do końca interpretacji. Krytycy, próbujący tłumaczyć jego filmy, zawsze go irytowali, uważał, że go nie rozumieją, komplikują coś, co jest proste.

Uderzyła mnie konsekwencja reżysera dokumentu. Ważna jest dla niego postawa ojca, to co myślał o życiu i swojej twórczości. Bardzo niewiele natomiast dowiadujemy się szczegółów biograficznych, właściwie tylko przy okazji „Zwierciadła”, filmu zainspirowanego dzieciństwem Tarkowskiego, pojawiają się pewne informacje o rodzicach, siostrze, ich wojennych losach, wreszcie o tym, że ojciec opuścił rodzinę, gdy Andriej miał zaledwie 3 lata. Mimo to autor „Dziecka wojny” zawsze utrzymywał, że Arsenij miał wielki wpływ na niego, jako człowieka i artystę.

To w sumie interesujący film, choć konstrukcyjnie prosty. Opowieść o człowieku, którego osobowość, sposób podejścia do świata jest mi obcy, trudny do przyjęcia. Jego filmy są dla mnie ważne, choć raczej te wcześniejsze, z lat sześćdziesiątych, no i „Zwierciadło”.

Forman vs Forman. Reż. Helena Třeštíková, Jakub Hejna; Czechy, Francja

Ciekawe było obejrzeć jeden za drugim filmy o Tarkowskim i Formanie. Wbrew pozorom mają z sobą dużo wspólnego. Rówieśnicy, bo Forman urodził się zaledwie dwa miesiące wcześniej, obaj przeżyli wojnę jako dzieci, a jako dorośli kręcili filmy najpierw w krajach komunistycznych, przeżywając w nich różne okresy – najpierw stalinowskiego ucisku, a potem odwilży, dzięki której mogli zadebiutować. Wreszcie obaj w pewnym momencie znaleźli się, w gruncie rzeczy z politycznych powodów, na Zachodzie. A jednak, mimo w pewnym sensie paralelnych życiorysów, byli zupełnie innymi ludźmi.

Film Třeštíkovej i Hejny o Formanie oparty jest o ten sam prosty schemat – jego konstrukcję tworzą odniesienia do kolejnych filmów reżysera. O ile jednak „Andriej Tarkowski, w świątyni kina” robi wrażenie statycznego w tym sensie, że mamy wrażenie, jakby opowieść dotyczyła ciągle tej samej, niezmiennej, od razu ukształtowanej postaci, to śledząc losy Formana widzimy człowieka w rozwoju, który jest świadkiem i uczestnikiem historii. Nie ukrywam, że jest mi bliższy niż Tarkowski, choć ten ostatni był również wybitnym artystą, a jego „Andrieja Rublowa” uważam za arcydzieło.

Ale teraz już porzucam Tarkowskiego na dobre. „Forman vs Forman” zbudowany jest z materiałów archiwalnych, w wielu przypadkach już znanych, bo dokumentów o Formanie było już kilka. Mimo to udało się ułożyć ciekawą i spójną historię życia i twórczości reżysera. Na pewno jest w tym też zasługa samego Formana, który potrafił żywo i zajmująco opowiadać, ale też jego osobowości, człowieka bezpośredniego, bez poczucia misji czy wyższości artysty. Oczywiście, inaczej robi się film o kimś żyjącym, z kim można porozmawiać, którego można podpatrzeć, wybierając wcześniej miejsca i czas. Tu dokumentaliści byli skazani na archiwum, ale dość zgrabnie z tego wybrnęli. Jestem im wdzięczny, że wydobyli na pierwszy plan najważniejszą dla mnie cechę twórczości Formana – jego przywiązanie do idei wolności człowieka i niezależności jednostki. Kiedy już trafił do Hollywood, starannie wybierał scenariusze i właściwie nigdy nie zrobił żadnego filmu, którego idea nie byłaby zgodna z jego przekonaniami. Nie przestraszył się nawet tak trudnego i kontrowersyjnego tematu, jak obrona powszechnie nielubianego wydawcy „Hustlera” Larry’ego Flynta. Do filmu „The People vs. Larry Flynt” bezpośrednio zresztą nawiązuje tytuł dokumentu o Formanie. Wojenne i komunistyczne doświadczenia reżysera „Lotu nad kukułczym gniazdem” każą mu się opowiadać za wolnością wypowiedzi nawet wbrew większości, która bywa temu prawu przeciwna. Był przekonany, że ten problem rozumie lepiej niż Amerykanie.

Forman zresztą wielokrotnie powtarza, że jego czechosłowacka przeszłość była kluczem do sukcesu w USA. Np. reżyserem „Lotu…” został dlatego, że bez wahania zgodził się przedstawić Michaelowi Douglasowi, właścicielowi praw do książki Keseya i producentowi filmu, jeszcze przed podpisaniem umowy szczegółowej koncepcji, jak film zrealizować. Zachodni filmowcy tak nie robią, ale dla Formana była to normalna praktyka, bo pomysły filmowe były w Czechosłowacji zawsze najpierw długo dyskutowane w zespołach twórczych. Oczywiście, Forman zdawał sobie dobrze sprawę, że artysta, a szczególnie reżyser filmowy, nigdy nie jest do końca wolny. Z ekranu pada dobrze znana teza Formana, że w państwie komunistycznym twórca podlega ograniczeniom ideologicznym, a w kapitalizmie komercyjnym, ale on z dwojga złego woli się podporządkować naciskom ekonomicznym niż jakiegoś niezbyt rozgarniętego aparatczyka. Trudno do końca wyjaśnić, dlaczego spośród tylu czechosłowackich filmowców-emigrantów tylko Formanowi udało się zrobić wielką karierę. Z drugiej strony nigdy nie wrósł na dobre w Amerykę, nie wtopił się w to społeczeństwo, tak jak zrobiło to tak wielu ludzi, którzy zdecydowali, że wyjeżdżają na dobre. On przez cały czas, nawet wiedząc, że nie może wrócić, był jedną nogą w ojczyźnie.

Zastanawiające, że autorzy dokumentu pominęli milczeniem ostatnie dwa amerykańskie filmy Formana. Bo że nie wspomnieli o zamykającej jego dzieło rejestracji musicalu Šlitra i Suchego „Dobře placená procházka“, jestem w stanie zrozumieć, ale „Duchy Goyi”? Dziwne.

Euforia istnienia. Reż. Réka Szabó; Węgry

Dość dla mnie nieoczekiwanie najmądrzejszy, najgłębszy i najbardziej wielowymiarowy film spośród tych, które na tegorocznym festiwalu obejrzałem. Éva Fahidi, węgierska Żydówka, jako młoda dziewczyna została z całą rodziną wywieziona do Oświęcimia, jako jedyna przeżyła. Dopiero po sześćdziesiątce zrozumiała, że musi opowiedzieć o swojej przeszłości, że to uwolni jej traumę. Napisała książkę, którą przeczytała reżyserka i tancerka Réka Szabó. Poruszona tą historią namówiła osiemdziesięciodziewięcioletnią Évę, by wspólnie z młodą tancerką Emese Cuhorką zagrała i zatańczyła w spektaklu zainspirowanym jej losami.

Film jest rejestracją powstawania tego spektaklu, dzisiaj już głośnego i nadal prezentowanego, nie tylko na Węgrzech. Éva Fahidi jest fantastyczną postacią. Imponuje jej sprawność fizyczna i umysłowa, ale jeszcze bardziej bijąca z niej, z tego co mówi i jak się zachowuje, siła osobowości. Éva nawet w tak późnym wieku jest otwarta na ludzi i na nowe wyzwania, jest w niej nieustanna radość życia, ta cecha, która według jej własnych słów spowodowała, że przetrwała obóz – dla niej zawsze samo istnienie było szczęściem. Éva akceptuje swój wiek, choć czuje się wewnętrznie bardzo młodo.

„Euforia istnienia” ma wiele wymiarów. Można by nazwać ten film feministycznym, gdyby nie bardzo tradycyjne rozumienie kobiecości przez Évę Fahadi. Dla niej dalej ważna jest kobiecość oparta na pięknie, uroku, zalotności, radości życia. A przecież wcale nie jest konserwatywna! Przyznaje się do tańczenia nago przed lustrem, gdy była nastolatką, mówi, że porno jest moralne, jeśli występują w nim piękni ludzie, z poczuciem piękna pokazywani. Natomiast brzydoty, także brzydoty starości nie należy eksponować, choć trzeba się z nią pogodzić. Aspekt przedstawiania siebie jako kobiety był dla Évy zawsze ważny, pojawia się też w opowieści o obozie, gdzie kobieta przestawała być kobietą.

Film stawia też ważne pytania dotyczące roli sztuki. Czy przez sztukę niewerbalną, taką jak taniec, można opowiedzieć, wyrazić swoje życie? Czy dzięki niej można oswoić, złagodzić traumę? Inna sprawa, że przedstawienie, o którym film opowiada, nie jest spektaklem czysto tanecznym, jest w nim też miejsce dla słów, które pozwalają zrozumieć, jaki jest sens ruchu scenicznego.

„Euforia istnienia” ma wielką siłę emocjonalną, także dlatego, że nad wszystkimi tragicznymi wątkami triumfuje witalność bohaterki filmu. Poruszające jest jej stwierdzenie, że nie potrafi płakać i że tego nauczyła ją matka. Stąd wielkie wrażenie wywiera scena, kiedy po próbie generalnej przedstawienia, pierwszej prezentacji z udziałem publiczności, obejmują się z Emese i ta, młoda kobieta, szlocha ze wzruszenia, a Éva ją obejmuje i głaszcze. Tak jakby przejmowała się nie swoimi, a cudzymi uczuciami.

Lekcja miłości. Reż. Małgorzata Goliszewska, Kasia Mateja; Polska

Po obejrzeniu tego filmu pomyślałem o piosence Młynarskiego „Polska miłość”. Autor formułuje w niej wprost tezę: miłość w naszych polskich piosenkach jest ciągle sentymentalna, czuła i promienna, a przecież w życiu jest na ogół pełna konfliktów, gwałtowności i problemów. Tak naprawdę „Bywa, że kuchennymi schodami / Z dzieckiem ucieknie do mamy, / Znienawidzi, na śmierć się pokłóci, / Z pazurami do oczu się rzuci.” Bohaterka filmu, dobiegająca siedemdziesiątki Jolanta Janus, mówi w pewnym momencie, że gdyby się rozejrzeć, to w Polsce połowa mężczyzn bije swoje żony. Ona sama postanawia po ponad czterdziestu latach małżeństwa i wychowaniu sześciorga dzieci zacząć życie na własny rachunek. Owszem, jest  może w trochę lepszej sytuacji niż przeciętna rówieśniczka – ma dom we Włoszech, kiepski, bo kiepski, ale jednak, w nim przemocowego męża pijaka, we Włoszech mieszkają jej dorosłe i już samodzielne córki, ale ona może wrócić do rodzinnego Szczecina i tu zamieszkać we własnym mieszkaniu. Z czego żyje na co dzień, nie wiemy, ale rozumiemy, że sobie jakoś radzi.

Jola jest wprawdzie prostą kobietą, ale bardzo wyrazistą postacią, ktoś taki staje się dla dokumentalisty prawdziwym skarbem, bo wystarczy ją obserwować, by skupić uwagę widza. Zresztą tak naprawdę Małgorzata Goliszewska, kiedy zaczęła przychodzić z kamerą na wieczorki taneczne dla starszych ludzi w kawiarni Uśmiech w Szczecinie, spodziewała się pewnie, że przede wszystkim uda jej się podpatrzeć różne interesujące sytuacje i relacje międzyludzkie, i że to będzie bardziej portret zbiorowości niż kogoś konkretnego. Na panią Jolę od razu zwróciła uwagę, ale dopiero po pewnym czasie zmieniła koncepcję filmu i wieczorki taneczne stały się tylko tłem dla historii jej bohaterki.

A jest to historia zanurzona w polskiej tradycyjnej obyczajowości. Pierwszy chłopak, ślub, ciąża, dzieci, alkohol, bicie. A jak ślub, to trzeba trwać przy mężu. Jola pyta siebie, ale też przyjaciółki i księdza: przed ołtarzem przysięga się, że będzie się z kimś na dobre i na złe, ale czy naprawdę ma się ten obowiązek, jeśli jest się przez całe życie krzywdzonym? Ten dylemat jej nie opuszcza, ale decyduje się na życie z innym, starszym od siebie mężczyzną bez rozwodu z mężem, bo ma też inny argument – nie chce na koniec prawnych przepychanek, nerwów, może i bijatyk.

„Lekcja miłości” jest filmem kobiecym w takim samym sensie jak „Euforia istnienia”. Jego bohaterka myśli o kobiecości w podobny sposób jak Éva Fahidi. Przywiązuje wielką wagę do swojego wyglądu, strojów, makijażu, chodzi zawsze na wysokich obcasach, strofuje córkę, że ta woli spodnie niż spódnicę, że ją nie obchodzi to, jak się ubiera. W swym nowym życiu rozkwita – uczy się śpiewać, chodzi na tańce, jest efektowną kobietą, łaknie komplementów i dobrego słowa, a jednocześnie, nawet wiążąc się z kimś, dba o zachowanie niezależności.

Film jest zaskakująco dobrze, jak na debiut, zrealizowany. Małgorzata Goliszewska jest absolwentką Szkoły Wajdy, dotychczas zrobiła tylko kilka krótkich filmów. Tu, wraz z Kasią Mateją, wykazały się nie tylko zmysłem obserwacji, ale umiejętnością opowiadania historii, co w dokumencie nie jest łatwe. Film ma dobry rytm, jest sprawnie zmontowany, a i od strony operatorskiej bardzo mi się podobał. Projekt był realizowany w ciągu kilku lat, choć tego właściwie nie widać. Miarą sukcesu jest trzecie miejsce w plebiscycie publiczności i nagroda miesięcznika „Zwierciadło”.

Dla Samy. Reż. Waad Al-Kateab, Edward Watts; Wielka Brytania

Jeszcze jeden film o tragedii Aleppo, a było już ich sporo Ten jest wyjątkowy, bo opowiadany z perspektywy matki, która urodziła dziecko w samym środku syryjskiej wojny, której Aleppo jest tragicznym symbolem. Mała Sama przyszła na świat przed końcowym oblężeniem wschodnich dzielnic miasta i ostatecznym pokonaniem sił przeciwnych rządowi Baszara Al-Asada. Dziennikarka Waad Al-Kateab spędziła w Aleppo cały czas od wybuchu arabskiej wiosny aż do ewakuacji ludności w grudniu 2016 roku na podstawie zawartego między stronami porozumienia. Film jest bardzo intymną opowieścią, z komentarzem skierowanym do córeczki, dla której ma być kiedyś wyjaśnieniem tego, co się zdarzyło w jej wczesnym dzieciństwie, w czym jej rodzice uczestniczyli i dlaczego. Komentarz jest bardzo istotnym elementem filmu, decyduje o jego sensie. Czasem zresztą autorka kieruje kamerę na siebie i te kadry z wypowiedziami zarejestrowanymi w tamtym, minionym już czasie, na gorąco, pełnią rolę zapisów w powstającym na bieżąco filmowym dzienniku.

Przekaz polityczny jest bardzo prosty – my walczący o wolność (początkiem staje się bunt na uniwersytecie w Aleppo) – i oni, reżim, który wolnościowy zryw bezwzględnie i okrutnie zwalcza. Skądinąd wiadomo, że w walkach brały udział, po obu stronach konfliktu, bardzo różnorodne siły i organizacje, występowały między nimi antagonizmy i dochodziło też do zbrojnych starć. To był niezwykle skomplikowany splot interesów, politycznych i ideologicznych racji, w którym uczestniczyły różne odłamy ruchów szyickich, Kurdowie, Hezbollah, ISIS, Wolna Armia Syrii i wiele innych. Waad Al-Kateab w sposób skrajny upraszcza ten obraz, ale jest to uzasadnione koncepcją pokazania wojny od strony cywilnych ofiar wojny, wręcz od strony pojedynczej rodziny. Jej mąż jest lekarzem, organizatorem jednego z nielicznych, a w końcu ostatniego istniejącego w oblężonym Aleppo szpitala. Na tym szpitalu, w którym od pewnego momentu cała trójka mieszka i gdzie ratuje się dziesiątki rannych, na ogół ofiar bombardowań, skupia się oko kamery. W warunkach tego rodzaju wojny, która dotyka setki kobiet i dzieci i obraca miasto w morze ruin, jest to miejsce, w którym można najpełniej zobaczyć jej okrucieństwo, bezbronność mieszkańców, a czasem okruchy szczęścia, bo udało się uniknąć najgorszego. Trudno oglądać ten film bez ściśniętego nieustannie gardła. Jesteśmy w środku piekła, z którym, jak zauważa jeden z lekarzy, dzieci nie powinny mieć nic wspólnego. A jednak mają, cierpią, boją się, tracą kolegów, rodziców, rodzeństwo, nie rozumiejąc, dlaczego tak musi być. Kamera Waad jest zwrócona na dzieci, bo jeśli coś może poruszyć sumienie tych, którzy do tych wydarzeń dopuścili, to właśnie ich los.

Wierzymy w dinozaury. Reż. Clayton Brown, Monica Long Ross; USA

To właściwie jedyny film, po którym spodziewałem się dużo więcej. Chciałem zobaczyć, jaki jest zasięg koncepcji kreacjonizmu w USA, w jaki sposób się ściera ze światopoglądem naukowym, na czym polega ten fenomen w kraju, w którym badania naukowe są postawione na najwyższym poziomie. Tymczasem autorzy skupiają się na śledzeniu projektu budowy wielkiego modelu drewnianej arki. Jak mówią jego twórcy, wykonanego wiernie na podstawie zapisów biblijnych. Oprócz Arki, rzeczywiście imponującej, przedmiotem zainteresowania filmu jest też wcześniejszy projekt szefa kreacjonistycznej organizacji Answers in Genesis, Kena Hama, mianowicie Muzeum Kreacjonizmu. I Arkę, i muzeum Ham zlokalizował w Kentucky, konserwatywnym i stosunkowo ubogim stanie.

Poznajemy poglądy ludzi należących do tego odłamu kreacjonizmu, którzy uważają, że Stary Testament, jak i całą Biblię, należy rozumieć dosłownie; każda wątpliwość, każda interpretacja pewnych zapisów czy opisów zdarzeń w sposób symboliczny jest niedopuszczalna, bo podważa sens wiary. Tak więc np. ponieważ w Starym Testamencie podane są czasy życia ludzi należących do kolejnych pokoleń, można z tego z dużą dokładnością policzyć, kiedy został stworzony świat i ludzie – nie więcej niż 10 000 lat temu. Kreacjoniści kwestionują więc nie tylko teorię ewolucji, o czym ogólnie wiadomo, ale także wszystkie ustalenia dotyczące przeszłości człowieka jako gatunku, zwierząt, epoki geologiczne itp. Potop miał miejsce ok. 4,5 tysiąca lat temu i przeżyli go tylko mieszkańcy arki, dokładnie tak, jak to zapisano w Biblii.

Film ma bohaterów indywidualnych, którzy są reprezentantami odmiennych postaw: Doug, wierzący kreacjonista, jest artystą tworzącym modele zwierząt, które zostaną umieszczone w Arce, Dan jest geologiem, w pojedynkę walczącym z projektem Arki, m.in. kwestionując przyznanie mu ulg podatkowych, wreszcie David jest byłym kreacjonistą, kiedyś współpracującym z Kenem Hamem przy tworzeniu muzeum, który po pewnym czasie „przejrzał na oczy”. Niestety, autorzy filmu nie znajdują sposobu, by spór mógł naprawdę zaciekawić widza. Zaskoczyło mnie i właściwie rozśmieszyło, że głównym argumentem organizatora protestu przeciw powstaniu Arki jest zarzut propagowania kazirodztwa i ludobójstwa. Bo pochwalanie zatopienia przez Boga całej ludzkości to przecież aprobata dla ludobójstwa, a jeśli wszyscy jesteśmy potomkami Noego, to nasi najwcześniejsi przodkowie musieli tworzyć kazirodcze związki.

Może najciekawszym wątkiem filmu jest aspekt gospodarczy. Ham jest niewątpliwie zdolnym biznesmenem, oba jego przedsięwzięcia, choć niezwykle kosztowne (Arka kosztowała ok. 160 mln dolarów), są dochodowe, Arkę w ciągu pierwszego roku istnienia zwiedziło ponad milion ludzi. Teraz Ham chce podobno na pobliskim terenie wybudować Wieżę Babel i na tym nie zamierza poprzestać. Wypowiadający się w filmie mieszkańcy pobliskiego Williamstown skarżą się, że spodziewali się, że inwestycja Hama pobudzi podupadłe miasteczko do życia, liczyli na wielki napływ turystów, który nie nastąpił. Z drugiej strony Ham ma poparcie konserwatywnych, lokalnych polityków i urzędników, oni oczywiście twierdzą, że jego projekty są szansą na rozwój regionu. Myślenie w kategoriach inwestycji, na których można dobrze zarobić, łączy się więc z ideologiczną misją, i trudno te dwa aspekty rozdzielić.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Na Powązkach.

 

Pogrzeb Henia Wujca. Powązki wojskowe, powoli schodzą się ludzie, ciepło, maseczki, czasem trzeba się domyślać, że gdzieś stoi ktoś, kogo znam, więc podchodzę niepewny, czy się nie pomyliłem, i pomny obowiązujących zasad obowiązujących na pogrzebach. Szukam znajomych z „Solidarności”.

Henia poznałem w 1980 roku, w Zarządzie Regionu, jeszcze na Szpitalnej. Ja byłem trochę anonimowym „konsultantem”, który z uwagą wysłuchiwał, co mieli do powiedzenia spotykający się z nami działacze prezydium Zarządu. Z żoną Henia, Ludką, miałem jeszcze mniej kontaktów. Po latach, kiedy zdarzało nam się spotykać przy okazji różnych wydarzeń ulicznych, Ludka zawsze się ze mną serdecznie witała, więc Heniek też, ale czasem mi się wydawało, że Ludka musi mnie z kimś mylić, no bo skąd by miała pamiętać, kim jestem? Ale to przecież właśnie Ludka mnie namówiła, żebym kandydował w wyborach do zarządu Otwartej Rzeczpospolitej, a ja się zgodziłem, bo byłoby mi wstyd odmówić.

O 15 na placu przed domem pogrzebowym były już tłumy, stanąłem z boku, daleko od podium, z którego wygłaszano przemówienia, i nawet od wielkiego telebimu, na którym można było obserwować uroczystość. Nie tylko ze względów bezpieczeństwa – czuję się nieswojo uczestnicząc w rytuałach, szczególnie takich, które mają podniosły i wspólnotowy charakter. Jednak udział w pogrzebie nie jest dla mnie symbolicznym gestem, jest działaniem bardzo realnym i ważnym. To jest wkład w dalszy ciąg egzystencji kogoś, kto właśnie zmarł, ale przecież będzie istniał dalej, już w pamięci, wspomnieniach, być w może w różnych formach zapisu. Dla mnie, osoby niewierzącej, ta ciągłość trwania jest ważna i czuję się w obowiązku do niej się przyczynić.

Wśród wielu nekrologów opublikowanych po śmierci Henryka Wujca był i taki, który podpisali członkowie pierwszego Prezydium Regionu Mazowsze: Bujak, Jaworski, Kulerski, Odorowski, Rusinek, Szczepański. Pomyślałem trochę sentymentalnie i naiwnie, że jest w tym coś optymistycznego. I że przecież silne ideowe podziały także w tej grupie wtedy istniały, ale w najważniejszych sprawach można się było dogadywać. Właściwie, patrząc na ten onieśmielający mnie rozmach uroczystości na Powązkach, czułem jakiś rodzaj dumy i satysfakcji, że tak został uhonorowany Heniek Wujec, człowiek wyjątkowy, który zawsze coś organizował, zawsze w czymś uczestniczył, ale choć był nawet wiceministrem, politykiem nigdy się nie stał. Że jego konsekwencja została doceniona.

Dobrze, że podniosłość ceremonii w jakimś stopniu przełamały dwa bardzo osobiste wystąpienia: Grażyny Staniszewskiej i Kuby Wygnańskiego. Oba pokazywały Henia w sposób szczególny, jako człowieka działającego, ale też kogoś prywatnego. W taki sposób, jaki pozwala słuchaczowi się zbliżyć do kogoś, kto był osobą publiczną. Ale przecież nie można było mieć pretensji do pozostałych mówców, którzy pozostawali z Wujcem w trochę innych stosunkach. Dla mnie szczególnie ciekawe było wystąpienie prof. Meissnera, dziekana Wydziału Fizyki. Z jego słów wynikało, że Heniek, absolwent tego wydziału, do końca się fizyką interesował i dosłownie na tydzień przed śmiercią dzwonił do profesora Meissnera, by ten mu wyjaśnił jakieś problemy poruszone w jego niedawnym wykładzie czy artykule. Co więcej, podobno prof. Trautman proponował Wujcowi pod koniec studiów doktorat z ogólnej teorii względności. Dobrze wiem, że była to nobilitacja. Poczułem pewną zazdrość, że można zostać wiernym fizyce, przez większą część życia zajmując się bardzo intensywnie czymś zupełnie innym.

A kiedy skończyły się przemowy, poszedłem. Światełko na grobie zapalę kiedy indziej. Grób moich rodziców jest stąd bardzo niedaleko.

 

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

W obronie czeskiej kuchni

Miałem zamiar napisać o „Osobistym przewodniku po Pradze” Mariusza Szczygła, dziele zachwycającym, bo oryginalnie pomyślanym i konsekwentnie ten pomysł realizującym. Ale były wakacje, nie miałem komputera i choć z pomysłu nie rezygnuję, postanowiłem się skupić na jednym temacie – czeskiej kuchni. Zresztą zapowiedziałem to gdzieś, na Facebooku albo Instagramie, bo przecież ten skandaliczny rozdział, kończący przewodnik, a zatytułowany „o czeskiej kuchni, czyli jak zamienić się w betoniarkę” nie mogę zostawić bez żadnej reakcji. Nie pierwszy to atak Szczygła na sztukę kulinarną Czechów, do których ma ciągłe pretensje, a to że jedzą za tłusto, a to że unikają warzyw albo że wszystko, co się nadaje, na grubo panierują. W dodatku, choć autor nie mówi tego wprost, bo wstydzi się przyznać, nigdy chyba nie wypił w gospodzie więcej niż dwa piwa, no góra trzy. Podejrzewam, że choć miłośnik Czech, nie obraca się we właściwym towarzystwie.

Szczygieł, jak to reporter, nie poprzestaje na własnych obserwacjach, ale powołuje się na liczne rozmowy, opinie, artykuły, wywiady. Co ja mogę takiej dokumentacji przeciwstawić? Tylko swoją pamięć, ba – życie. Tęsknię do tych dań z dzieciństwa wspominanych nieustannie, ciągle mi smakują i sprawdzam, gdzie ich przyrządzać nie umieją dobrze, a gdzie jest specjalista, który tej kuchni jest autentycznie oddany. Tych drugich miejsc jest, rzecz jasna, mniej. Przede wszystkim jednak, jeśli jest tak, jak pisze autor „Osobistego przewodnika…”, to nastąpiła zmiana na gorsze. Tradycyjna czeska kuchnia, jaką ja znałem, była troszeczkę inna.

Kiedy po wojnie u nas nastąpiło prawdziwe społeczne trzęsienie ziemi, Lederowa prześniona rewolucja, Czechosłowacja w jakimś stopniu przechodziła w nowe czasy w sposób płynny. Komuniści wszystko upaństwowili, ale wiele restauracji, choć już nie zarządzanych przez właścicieli, zachowało tradycyjną dla siebie kulturę i sposób funkcjonowania. Jak wcześniej toczyło się życie restauracyjne (inne od kultywowanego w gospodach), a wewnętrzne stosunki w takich instytucjach niewiele różniły się od opisanych w „Zaklętych rewirach” czy „Obsługiwałem angielskiego króla”. Byli tam pikolacy, kelnerzy, barman nalewający i roznoszący po sali kufle z piwem, wreszcie pan ober (pán vrchní). Ober jako jedyny miał prawo i obowiązek pobierać od klientów zapłatę za rachunek, chodził z wielkim portfelem wystającym mu z tylnej kieszeni spodni i notatnikiem, w którym na oddzielnych kartkach zapisane były zamówienia gości. Zachowywał się tak, żeby wszyscy odczuli, że jest najważniejszy. Kelnerzy prezentowali wyszukane maniery, posługiwali się słownictwem, które miało odcień mieszczańskiej patyny i popisywali się niebywałą zręcznością, nosząc w każdej ręce po pięć talerzy z daniami. W tym czasie polscy kelnerzy byli celem najróżniejszych prześmiewczych opowiastek i skeczów kabaretowych, dyżurnymi chłopcami do bicia. Czeskie restauracje na ogół trzymały poziom.

Mariusz Szczygieł opisuje kawiarnie, w których można jeszcze odnaleźć ślady atmosfery dawnego życia literackiego, ale o restauracjach nie wspomina. Ja bym chętnie przypomniał o niektórych, choćby o pięknym lokalu na parterze Reprezenťáka czyli późniejszego Obecního domu. Budynek powstał na początku XX wieku, a secesyjne wnętrza przypominają przepychem wiedeńskie. Do tutejszej restauracji zabierała mnie co jakiś czas Gisl Kischová, wdowa po „szalejącym reporterze”, a ja zamawiałem niezmiennie telecí řízek s bramborovou kaši czyli sznycel wiedeński z kartoflanym purée; chyba już wtedy wiedziałem, że miejsce zobowiązuje. Całkiem niedaleko mieściła się też restauracja hotelu Paříž, w której terminował bohater wspomnianej wcześniej powieści Hrabala.

Czeska i słowacka kuchnia długo żyły oddzielnie. Pierwsza z nich ma wiele wspólnego z austriacką i niemiecką, ale jest od nich, powiedzmy, bardziej subtelna. Dobrze, powiem wprost – bez porównania lepsza. Słowackie upodobania łączą tradycję góralską z wpływami węgierskimi. Kiedyś trudno było u podnóża Tatr o bułczane knedliki, a w Pradze tylko wyjątkowo trafiała się zupa czosnkowa. No a smażony ser, dzisiaj dostępny wszędzie, przywędrował tu wcale nie tak dawno, choć wiele źródeł temu faktowi zaprzecza. Może gdzieś tam się go serwowało do piwa, ale raczej nie po domach. Kiedy piszę „niedawno”, mam na myśli ostatnie trzydzieści-czterdzieści lat; poczucie czasu mi się dziwnie zmieniło.

Bez wątpienia podstawą czeskiej kuchni są mięsa i gęste sosy, ale niekoniecznie oznacza to bardzo tłuste jedzenie, jak utrzymuje Szczygieł. Przede wszystkim proporcje między mięsem wołowym a wieprzowym były tu zawsze zupełnie inne niż w Polsce. U nas sprzedawano w czasach socjalizmu głównie słynne z czasów kartkowych wołowe z kością, na którym gotowało się zupy; lepsze rodzaje mięsa szły na eksport. Po drugiej stronie granicy całkiem niezła wołowina skutecznie konkurowała ze schabowym. Przecież popularna i znakomita svíčková na smetaně wymaga dobrej wołowiny (tu dodam, że dodatek bitej śmietany też jest jakimś nowym wynalazkiem). Podobnie wołowina podawana w sosie pomidorowym (s rajskou omáčkou), której już latami nie widziałem, a ten kwaśno-słodkawy sos w połączeniu z delikatnymi płatkami mięsa wspominam z rozrzewnieniem. Nie jest też prawdą, że nie jadało się warzyw. Wiele dań wymaga kapusty (delikatniej przyrządzanej niż nasza), szpinaku, kalafiora, a prawie zawsze na stole były jakieś rodzaje surówek – z kalarepy, z rzepy, słodkie mizerie, pomidory, nie mówiąc o sałacie i paryce. Przyznaję, że coraz rzadziej pojawiają się w restauracyjnych kartach. Ważnym elementem domowych specjałów były grzyby, w różny sposób wykorzystywane.

Spędziłem właśnie kilka dni w Czechach, na głębokiej prowincji, więc moje spostrzeżenia dotyczące tego, co się podaje w restauracjach i gospodach, na pewno nie można uznać za reprezentacyjne dla całego kraju, ale przecież bywam w różnych miejscach na pograniczu dość często. A wniosek jest taki, że o ile w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu lat kultura kulinarna niezwykle się podniosła i wielu właścicieli lokali i kucharzy bardzo dba o to, co i jak podawać gościom, w Czechach zmiany idą w odwrotnym kierunku. Menu jest monotonne, pozbawione oryginalności. Knedliki, bywa, przygotowywane są z półproduktów albo po prostu odgrzewa się kupne mrożonki. Generalnie wrażenie jest takie, że szefom kuchni się nie chce włożyć wysiłku w to, co robią, a i ambicji, by się od innych odróżnić, nie mają.

W tej sytuacji moja obrona czeskiej kuchni przed bezprzykładnym atakiem autora „Gottlandu”, w dodatku w czasach, gdy wegetarianizm i weganizm zdobywa kolejne przyczółki, wydaje się skazana na klęskę. Mimo to zostanę przy niej do końca. Wierność jest w końcu jakąś wartością. A czeskie piwo i tak jest najlepsze, nie dam się przekonać, że jest inaczej.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

 

Historie rodzinne. Pytania.

Czytając zeznania matki składane podczas śledztwa prowadzonego przez czechosłowacką Służbę Bezpieczeństwa po aresztowaniu w roku 1951, przechowywane w tamtejszych archiwach, doszedłem do wątku jej podróży do Kanady, odbytej cztery lata wcześniej. Pojechała tam oficjalnie z misją rozpoznania problemów związanych z repatriacją wojennych uchodźców czechosłowackich, ale nie ukrywała, że zależało jej na tym wyjeździe, bo chciała odwiedzić swoją rodzinę, która wiele lat wcześniej osiedliła się w Edmonton. Zapis przesłuchania, w moim tłumaczeniu, brzmi następująco:

– Jakich ma Pani krewnych w Ameryce?

– W Kanadzie w mieście Edmonton są trzej bracia i dwie siostry mojej matki. Znałam tylko jednego wujka i jedną ciocię, którzy opuścili Polskę w roku 1920.

[…]

– Utrzymywała Pani kontakty korespondencyjne z tymi wszystkimi krewnymi?

– Korespondowałam od dzieciństwa aż do ostatniego czasu z wujkiem Israelem Garfinem, który jest kupcem i syjonistą. Ten wuj napisał do mnie pod koniec roku 1946 i proponował mi, żebym przyjechała do nich do Kanady na stałe. Oprócz tego wuja utrzymywałam pisemny kontakt z ciocią w Kanadzie, Marią Mark .W Stanach Zjednoczonych żyje jeszcze brat mojego ojca, który pracuje jako malarz pokojowy. Z tym wujkiem nie utrzymywałem kontaktu pisemnego, ale odwiedziłam go podczas podróży do Ameryki w roku 1947.

Dotychczas słyszałem tylko o tym jednym wujku w Edmonton. Wiedziałem, że w Kanadzie jest moja dalsza, liczna rodzina, ale wyobrażałem sobie, że wszyscy oni są jego potomkami. Funkcjonował w mojej świadomości jako wujek z Kanady i faktycznie mama z nim korespondowała także później, już kiedy mieszkaliśmy w Polsce. Tyle że listy pisane w jidysz były dla mnie nie do odczytania i część z nich, porządkując papiery, wyrzuciłem. Co za głupota!

Mama z młodszym bratem, rodzicami i wujkiem Israelem (pierwszy z lewej).
Zdjęcie wykonane ok. roku 1920.

…………………….

Zacząłem szukać w sieci…

To, co znalazłem, nie daje się złożyć w jakąś opowieść. Dysponuję raczej strzępami faktów, często niepewnych, trudnych do potwierdzenia bez dostępu do archiwalnych źródeł, danymi pełnych dziur i pytań. Mnie te luki intrygują, jak zawsze, gdy natrafię na jakiś wątek historyczny, który chciałoby się poznać i rozwinąć. Podziwiam ludzi, którzy potrafią na podstawie zaledwie kilku dokumentów stworzyć cały świat, dotrzeć do świadków, ukrytych gdzieś listów, artykułów. Tego nie umiem, więc ograniczam się do próby uporządkowania tej fragmentarycznej wiedzy o rodzinie matki. Dla postronnego czytelnika te notatki będą pewnie dużo mniej niż dla mnie interesujące. Zamieszczam je tu z nadzieją, że też staną się swoistym dokumentem.

…………………….

Najobszerniejszy tekst dotyczący rodziny Garfinów (w Polsce nosili nazwisko Garfinkel), pochodzący z Archives Society of Alberta, jest, jak się później okazało, pełen nieścisłości. W dodatku tak napisany, że trudno z niego się zorientować, jakie są związki rodzinne między poszczególnymi osobami, czy np. kolejny wymieniony członek rodziny jest synem, czy może bratem poprzedniego. Pewne informacje zamieszczone w tym tekście udało mi się zweryfikować, ale pytań jest o wiele więcej niż stwierdzonych faktów.

W każdym razie wydaje się, że pierwsi wyjechali do Ameryki moi pradziadkowie, rodzice mojej babci Sary z domu Garfinkel – Aszer Anszel i Rywka. Prababcia urodziła się w 1854 roku, pradziadek pewnie w podobnym czasie. Nie wiem, gdzie dokładnie. Raczej nie w Kielcach, ale w okolicach – w Chmielniku, może w Łopusznie. W tym czasie Kielce były jeszcze dla Żydów miastem zamkniętym. Jeśli wierzyć wspomnianemu tekstowi, osiedli najpierw Montrealu. Zajęcie Aszera Anszela (autor notatki nazywa go Hymie czyli Chaim, ale to, moim zdaniem, pomyłka) określono jako „newsagent on railway”, chodzi chyba o sprzedawanie gazet w pociągach, a więc liczne, codzienne podróże. Ich efektem była decyzja, by przenieść się do Edmonton. Kiedy zdecydowali się na emigrację do Ameryki? Mogę się tylko domyślać, że na przełomie wieków. Ich najmłodszy syn, Israel, urodził się jeszcze w Kielcach, w roku 1896, a jako że nie wyjechał z rodzicami, trudno przypuszczać, żeby go porzucili w wieku niemowlęcym. Ale czy towarzyszyły im starsze dzieci? Całkiem możliwe, że przynajmniej niektóre, a na pewno nie trwało długo, nim podążyli za rodzicami. W Edmonton osiedlili się raczej nie wcześniej niż w roku 1905, bo dopiero wtedy doprowadzono do miasteczka linię kolejową.

Pradziadek Aszer Anszel zmarł podczas pierwszej wojny światowej na tyfus. Ale gdzie? W Kanadzie? Tam też dotarła epidemia? Wątpię, żeby go, pięćdziesięcioletniego, nowa ojczyzna wysłała na wojnę. Z drugiej strony nie natrafiłem nigdzie na zdjęcie jego grobu, w przeciwieństwie do wyraźnie otoczonego rodzinną troską grobu prababci Rywki (w Kanadzie Rebecca).

Najstarszy z braci mojej babci, Abraham (w Kanadzie Abe), urodził się ok. roku 1877, zmarł w 1953. Ponieważ z tekstu wynika, że przyjechał do Ameryki ze swoją siedem lat młodszą żoną Manią (Minnie), więc tym bardziej nie mogło się to wydarzyć wcześniej niż w roku 1900. Podobno on też pracował początkowo jako „newsagent on railway”, ale nie jestem pewien, czy autor notatki nie myli go pod tym względem z pradziadkiem. Z drugiej strony z dokumentu wynika, że po przeniesieniu się do Edmonton Aszer Anszel porzucił ten fach i otworzył na 101. ulicy sklep ze skórami i futrami. Czy to ten sam sklep, którego właścicielem był później wujek Israel i który przedstawia fotografia z Archiwum Prowincji Alberta? Zdjęcie ma datę 1925 i podpis: „Widok zewnętrzny Workingmen’s Clothing and Furnishing Store, usytuowanego na rogu 101. Street i 103. Avenue w Edmonton, Alberta. Pan Israel Garfin – Garfin’s Department Store”.

Syn Abrahama, Max, był w latach 1930-1946 najpierw współwłaścicielem, a potem właścicielem teatru Chaba (Chaba Theater) w mieście Jasper. To niewielka miejscowość przepięknie położona w Górach Skalistych, 360 km od Edmonton, co jak na warunki kanadyjskie jest niedużą odległością. Teatr istnieje do dziś, tak jak dawniej pełni funkcję kina, ale kiedyś na scenie odbywały się też przedstawienia, koncerty, w Boże Narodzenie dzieci spotykały się ze Świętym Mikołajem, który rozdawał im cukierki i opowiadał ciekawe historie. To było prawdziwe centrum życia kulturalnego w Jasper w czasach przedwojennych. Piszę o Maksie, bo jego działalność – kino, teatr – z oczywistych względów mnie interesuje. Jego syn Joe wraz z żona Idą żył w Calgary. Jedyny Joe Garfin z Calgary, na którego natrafiłem, był menadżerem w branży filmowej, przedstawicielem firmy dystrybucyjnej Empire Universal Films. Nie mam pewności, że to syn Maxa, ale zbieżność zainteresowań zawodowych mogłaby ten fakt potwierdzać.

Wracam teraz do rodzeństwa babci. Kolejnym z braci był Chaim, czyli ten Hymie (Hyman, Henry), który zlał się autorowi kanadyjskiej notatki o rodzinie Garfinów w jedną postać z pradziadkiem Aszerem Anszelem. Tymczasem, jak wynika z innych źródeł, Hymie urodził się ok. roku 1880, poślubił Cecylię (Celia) Rosenspire (1887- 1978) i podobnie jak Abraham i Israel handlował futrami. Chyba prowincja Alberta była w pierwszej połowie XX wieku jeszcze ciągle dobrym miejscem dla tego typu biznesu. Ich starszy syn David urodził się w 1913 roku. Więcej wiadomo o młodszym o rok Israelu (Irving Walter), który skończył chemię na University of Alberta, a w 1940 r. zgłosił się do wojska. Odbył przeszkolenie lotnicze, w lutym 1941 został przerzucony do Anglii i jeszcze w tym samym roku zginął, zestrzelony nad Niemcami.

O innym z braci babci, Louisie, wiem tylko tyle, co napisał autor notatki. Też pracował jako „newsagent on railway”, mieszkał w Edmonton i zmarł najwcześniej, bo w roku 1937. Tak więc matka raczej nigdy go nie poznała i mówiąc czechosłowackiemu śledczemu, że ma w Kanadzie trzech braci matki, nie mogła wujka Louisa w tej liczbie uwzględnić. Ciekawe, jakie było żydowskie imię Louisa?

I wreszcie wspomniany na początku wujek Israel. Autor notatki twierdzi, że przyjechał do Edmonton w 1921 roku, matka zeznała, że wyjechał z Kielc w 1920. Na pewno więc sporo później niż pozostali. Myślałem o tym, kto się nim zajmował po wyjeździe rodziców. Moja babcia była od niego jedenaście lat starsza, więc może ona? Tym bardziej, że zdjęcie, na którym jest z moimi dziadkami i ich dziećmi, mogłoby sugerować, że był z moją najbliższą rodziną blisko związany. Ożenił się z pochodzącą z Kielc Nachą Abramowicz, ale czy jeszcze przed wyjazdem, tego nie wiem. Raczej nie, bo mama nigdy o jego żonie nie wspominała, zawsze słyszałem tylko o wujku. Ich syn Ansel (proszę, imię po dziadku, tak jak ja dostałem po moim) musiał się urodzić już na początku lat dwudziestych, bo znalazłem Ansela na fotografii przedstawiającą klasę maturalną w Hebrajskiej Szkole w Edmonton z roku szkolnego 1938/39. Ansel był inżynierem budownictwa. Na pewno trafił do Palestyny w okresie, kiedy ważyły się losy niepodległości Izraela, i być może uczestniczył w działaniach zbrojnych – tak twierdzi nieznany mi autor tekstu o rodzinie Garfinów. Matka wprawdzie zeznała, że przebywał tam w roku 1949, ale mogło być to celowe przekłamanie.

Israel był chyba ważną osobą w społeczności żydowskiej Edmonton. Matka określa wujka Israela jako syjonistę i chyba tak było. Wspierał różne organizacje lokalne, synagogę, na pewno angażował się też w akcje proizraelskie. Spędził w Edmonton resztę życia, zmarł w roku 1991. W 1924 namówił mojego dziadka (swojego szwagra), żeby przyjechał do Kanady i sam się przekonał, że warto wyemigrować. Dziadek pojechał, ale nie podobało mu się za bardzo życie w prowincji Alberta. Później wujek Israel wielokrotnie namawiał i moją mamę, i jej brata, wujka Hermana, by dołączyli do kanadyjskiej rodziny; skończyło się niczym. Autor notatki twierdzi, że tak jak jej bracia, tak i moja babcia pojechała na początku wieku XX do Edmonton, tam poślubiła dziadka i wspólnie wrócili do Kielc. Bardzo wątpię, żeby tak było. Mimo wszystko myślę, że o takiej historii mama by mi opowiedziała.

Czyli: czterej bracia, kolejowi sprzedawcy gazet, a potem właściciele sklepów z futrami, stateczni mieszczanie. No, a ich dwie siostry?

Jak to dawniej z kobietami, niewiele o nich wiadomo z dokumentów, poza związkami rodzinnymi. Pierwsza, Mania (Manya), wyszła za mąż z Morrisa Marka (Mordkowicz). W swoim zeznaniu matka opowiada, że ciocia Mania, czyli ta, którą znała jeszcze z Polski, wyszła po nią do portu w Nowym Jorku, kiedy tam przypłynęła. Było to 22 stycznia 1947, zimą, matka nikogo w Nowym Jorku nie znała, więc spotkanie z ciocią musiało być dla niej miłym zaskoczeniem. Żydowski urzędnik spytał, do kogo przyjechała, a kiedy podała nazwisko wuja, odpowiedział, że na dole czeka ciotka. Mama mówi dalej, że ciocia Mania zabrała ją ze statku do miasta i tam mama zamieszkała u swojej siostrzenicy, której wcześniej nie znała. Chyba miała na myśli kuzynkę, córkę cioci, Dory. Dlaczego jednak Dory miałaby przebywać wtedy w Nowym Jorku? Różne dane, do których dotarłem, wskazują, że Dory, podobnie jak jej brat Ansel (kolejny Ansel w rodzinie!) żyli w Edmonton. Ansel Mark, tak jak jego kuzyn Irwing Walter, służył w wojsku w lotnictwie. Co ciekawe, Ansel w jednym z kanadyjskich archiwów złożył materiały na temat rodziny Garfinklów i Marków. Nie miałem możliwości sprawdzić, co tam jest konkretnie, ale z opisu wynika, że zawierają m.in. 3 fotografie datowane ok. 1920 roku, przedstawiające m.in. moich pradziadków Aszera Anszela i Rywkę. Czy to znaczy, że Aszer Anszel jednak przeżył wojnę? Może raczej, że to określenie „ok. roku 1920” jest odpowiednio pojemne? Ansel Mark zmarł całkiem niedawno, w roku 2015, w Edmonton, a urodził się prawdopodobnie na początku lat dwudziestych poprzedniego wieku, bo wspomniany wyżej zbiór archiwalny zawiera jego wspomnienia z żydowskiej szkoły, tzw. Peretz Shule, z lat 1932-37.

Druga siostra mojej babci, Rózia (Rose), wyszła za mąż za Harry’ego Hillera. I w tym przypadku też nie wiem, gdzie się poznali, czy jeszcze w Polsce, czy już w Ameryce. Mieszkali na pewno początkowo w Nowym Jorku, bo tam urodziły się ich córki Goldie i Dora. Podobno szwagier Abe tak gorąco namawiał Harry’ego, by przeniósł się do Edmonton, opowiadając, że ulice tego miasta brukowane są złotem i w ogóle jest to wprost cudowne miejsce, że rodzina rzeczywiście przyjechała tam w roku 1912. Harry prawdopodobnie zajmował się różnymi biznesami. Zaczął od zakładu fryzjerskiego i sklepu z używaną odzieżą, które prowadził przy pomocy Rose. W 1923 urodziło się im trzecie dziecko, syn Arthur, który później został znanym reżyserem filmowym, twórcą m.in. „Love Story” i „Szpitala”, a także przewodniczącym Amerykańskiej Akademii Filmowej, a wcześniej Gildii Reżyserów Amerykańskich. Z jego wspomnień wynika, że rodzice mieli sklep z instrumentami muzycznymi, ale przede wszystkim założyli żydowski amatorski teatr, w którym dziesięcioletni Arthur pomagał robić scenografię, a czasem występował w epizodycznych rolach. Podczas wojny Arthur służył w kanadyjskich siłach powietrznych, on też! Był nawigatorem w bombowcu, brał udział w nocnych nalotach na terytoria kontrolowane przez Niemców.

Żydowska kolonia w Edmonton, na początku wieku zaledwie kilkunastoosobowa, stopniowo się powiększała, w czym Garfinowie mieli swój udział. Wydaje mi się, że utrzymywali ze sobą bliskie stosunki. Znalazłem typowe zdjęcia klas maturalnych z żydowskiej szkoły – na jednej są m.in. Goldie Hiller i Dory Mark (później po mężu Satten), na innej Arthur Hiller i Ansel Mark.

Sklep Israela Garfina w Edmonton, rok. 1925.
Źródło: https://hermis.alberta.ca/paa/PhotoGalleryDetails.aspx?CollectionID=2&cp=1008&sort=title&ReturnUrl=%2Fpaa%2Fphotogallery.aspx%3FCollectionID%3D2%26cp%3D1008%26sort%3Dtitle&dv=True&DeptID=1&ObjectID=A4652

Original Digital material not accessible

Przy grobie prababki Rywki w roku 1935. Od lewej: siostra prababci Chana Mirterbaum, dzieci: Mania, Israel , Abraham, Chaim , Rózia (Rose), Louis. Ostatnia stoi synowa, żona Israela, Nacha Garfin z d. Abramowicz.
Źródlo: https://albertaonrecord.ca/is-jhse-321

Przy tym samym grobie w roku 1947 z moją mamą (druga od lewej). Czwarty od lewej wujek Israel Garfin. Innych nie znam albo nie jestem pewien.

…………………….

Nigdy nie spotkałem się z nikim z tej rodziny, z jednym wyjątkiem – Arthura Hillera. Ale i z nim było mi trudno, mój angielski był niewystarczający, by się móc sensownie porozumieć.

Właściwie, gdy porównam się z innymi, nie powinienem narzekać, wojna nie pozbawiła mnie rodziny. Jasne, dziadków nie poznałem, ale przeżyły cztery siostry ojca: dwie ocalały z obozów, a dwie inne, które zaginęły podczas wojny domowej w Rosji, odnalazły się po ponad trzydziestu latach. Została też jedna kuzynka. No i wujek, brat matki. Jednak w Polsce mieszkała tylko ta kuzynka, starsza od mnie o 36 lat, więc raczej ciocia. Specjalnie bliskiego kontaktu nie mieliśmy, ale to już wina mojego charakteru, nieumiejętności nawiązywania stosunków z ludźmi. Każdą z tych czterech ciotek widziałem raz w życiu, czasy były takie, że niełatwo było jeździć po świecie. Tylko z wujkiem czułem związek i myślę, że mieliśmy dla siebie wzajemnie sympatię, choć był osobą boleśnie dotkniętą przeżyciami okupacyjnymi, sceptyczną w stosunku do ludzi i świata.

Kanadyjski wujek mamy był dla mnie kimś z zupełnie innej, niezwykle odległej planety. Dopiero dzisiaj odczuwam, jak bardzo świat się skurczył, zarówno ze względu na możliwość podróżowania, jak i kontaktów sieciowych i telefonicznych. I dopiero dzisiaj odkrywam, że w odległej Kanadzie żyją kolejne pokolenia wielkiej, bliskiej rodziny mojej mamy, a więc w pewnym stopniu i mojej. Myślę o nich jednak jak o postaciach z przeszłości, z którymi nigdy mnie nic bezpośrednio nie łączyło. Chyba ważniejsze jest dla mnie, jaki zostawili ślad w wielkiej historii emigracji polskich Żydów do Ameryki na przełomie wieków XIX i XX. Z perspektywy czasu widać, że podjęli decyzję, która im, a przede wszystkim ich dzieciom uratowała życie. To że wyjechali prawie całą rodziną, nieważne, czy dokładnie w tym samym momencie, czy w pewnych odstępach czasowych, na pewno ułatwiło im rozpocząć nowe życie i zachować swoją żydowską tożsamość za oceanem.

Moja babcia miała jeszcze jedną siostrę – Chaję, która wyszła za mąż za Mosze Kotlickiego i mieszkała w Kielcach. Gdy w 1920 roku zmarł Mosze, została sama z czworgiem dzieci. Przejęła po mężu warsztat blacharski i z powodzeniem go dalej prowadziła. Nie wiem, co się z nią stało, czy dożyła do wojny, czy zginęła. Wielu rzeczy nie wiem, wielu się już nie dowiem. To w końcu normalna kolej rzeczy.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Memento saksofonu basowego

W lutym 1965 roku Josef Škvorecký napisał intrygujące opowiadanie „Saksofon basowy”. Tak wspominał o tym prawie dwadzieścia lat później w szkicu autobiograficznym zatytułowanym „Przypadki niefortunnego saksofonisty tenorowego”:

Mój stary wierny druh Honza Zábrana pracował w tym czasie nad przekładem starego, zbzikowanego, odrażającego faszysty, lecz, niestety, pierwszorzędnego poety Ezry Pounda – przeznaczonego do szuflady, bo nowy literacki establishment jeszcze całkiem Pounda nie zaakceptował. W tej szufladzie, w rękopisie Honzy „Cantos LXXXI”, znalazłem wersy, które zaparły mi dech w piersiach:

„To, co kochasz gorąco, pozostanie
reszta to śmieć
To, co kochasz gorąco nie będzie ci zabrane
To, co kochasz gorąco, jest twą prawdziwą spuścizną. […]

I to była odpowiedź na mój dylemat. W malignie trzech ekstatycznych dni napisałem „Saksofon basowy”. Kiedy był gotów, nie musiałem zmieniać ani jednej linijki. Cała rzecz była wyłącznie o tym, co gorąco kochałem. O jazzie, o sztuce, o sensie życia – a przynajmniej mojego życia. Apologia pro vita mea.

To dziwne opowiadanie ma charakter na poły fantasmagoryczny, choć narrator wielokrotnie zapewnia czytelnika, że jest człowiekiem, który nie wierzy w znaki ani metafizykę i wszystko dzieje się „naprawdę”. Akcja rozgrywa się kolejny raz w Kostelcu (pod którą to nazwą Škvorecký zwykł ukrywać swoją rodzinną miejscowość, Náchod, niewielkie miasto, dziś przy granicy z Polską), w czasie wojny. Pewnego dnia przyjeżdża tam wędrowna orkiestra, złożona z niemieckich muzyków, w większości z widocznymi śladami okaleczeń, doznanych prawdopodobnie w wyniku działań wojennych. Narrator, 16-17-letni chłopak, dostrzega, że z samochodu wyładowywany jest wielki saksofon basowy, ogromny instrument, którego jeszcze nigdy nie widział (sam grywa na saksofonie tenorowym) i który budzi jego fascynację. To oczarowanie jest tak silne, że przełamuje tabu, jakim jest wchodzenie w jakiekolwiek stosunki z Niemcami. Bohater opowiadania daje się namówić, by zagrać z zespołem na wieczornym koncercie dla miejscowej społeczności niemieckiej. Domyśla się, że mężczyzna, który leży w letargu w pokoju hotelowym, jest saksofonistą, którego ma zastąpić. Wszystko, co się dzieje, jest trochę dziwne, a i sam koncert staje się jakąś kakofoniczną prezentacją rozrywkowego, obcego mu repertuaru. Wszyscy, włącznie z narratorem grają źle, fałszywie, prymitywnie, choć publiczność jest zadowolona. Aż nagle zjawia się wielki mężczyzna, którego tylko głowę, wystającą spod kołdry, widział wcześniej chłopiec, odbiera mu instrument i dmąc z wielką siłą w ogromny saksofon wdaje się w spór z zespołem, z muzyką, jakby sam walczył z blaszanym monstrum. Tę krótką chwilę prawdy, która błyska na przekór wszelkiemu porządkowi, historii, podziałom zapamiętuje narrator – wyzwanie i jednocześnie „memento basowego saksofonu”.

Mam wrażenie, że „Saksofon basowy” był bardzo ważny dla Škvorecký’ego, mimo swego nietypowego dla tego autora, metaforycznego charakteru. W tej samej autobiografii, z której cytowałem wyżej, pisze w pewnym momencie: Co dokładnie oznacza to „memento” saksofonu basowego? Gdybym wiedział dokładnie, co oznacza ta opowieść o gigantycznym saksofonie, napisałbym ją – będąc przecież pisarzem realistycznym – tak, aby ujawniła swój dokładny sens.

Być może rzeczywiście nie da się tego mementa sformułować w sposób krótki i precyzyjny, ale na pewno odbija się pewnym echem w całej twórczości pisarza. Jazz i jako temat, i jako symbol niezależności i wolności, wreszcie jako niepodważalna wartość pojawia się w wielu utworach Škvorecký’ego. W nowym polskim zbiorze opowiadań zatytułowanym „Gorzki świat teksty nawiązujące do muzyki synkopowanej stanowią oddzielny, pokaźny blok, a otwiera go głośne „Eine kleine Jazzmusik”. Opowiadanie bardzo charakterystyczne dla autora „Tchórzy”, znowu wracające do Kostelca i okupacji, którego bohaterami są młodzi chłopcy, porwani przez pasję grania jazzu wbrew wszelkim przeciwnościom. Nieopierzeni muzycy tworzą orkiestrę, bardzo niedoskonałą, grywają w kawiarni, aż wreszcie dochodzi do wielkiego koncertu w sali kosteleckiego teatru (tej samej, która pojawia się w „Saksofonie basowym”). Ten koncert, przygotowania do niego, jego przebieg i tragiczne konsekwencje są treścią opowiadania. By do występu doszło, trzeba było amerykańskie standardy przypisać nieistniejącym niemieckim i czeskim (aryjskim) kompozytorom, dać im niemieckie tytuły, podszyć się pod praską orkiestrę rozrywkową, a aby podstęp nie został odkryty, wyjść na scenę w maskach, co miała usprawiedliwić nazwa zespołu – Zamaskowani Bandyci Rytmu.

To jest znakomite opowiadanie, porywające miłością do swingu i będące apoteozą wolności. Opis koncertu kończy się zdaniem: A my zadęliśmy w instrumenty w ostatnim utworze wieczoru, aż pękały bębenki w uszach, aż słowa straciły sens i było nam wszystko jedno, czy są poetyckie i natchnione, czy koślawe i banalne, bo sens miała tylko ta muzyka, tylko to, co było sednem, co było w sercu nieśmiertelnej duszy tej prowokującej, ryczącej burzy muzycznej (tłumaczenie Andrzeja Jagodzińskiego).

W „Eine kleine Jazzmusik” Škvorecký przytacza dziesięciopunktowe rozporządzenie Reichsmusikführera Baldura von Blondheima regulujące zasady dotyczące wykonywania muzyki, które miały chronić przed wykonywaniem utworów będących „pod zgubnym wpływem żydowsko-bolszewicko-plutokratycznego murzyńskiego jazzu”. W dokumencie, podobno, były wymienione tak szczegółowe zasady, jak np. (pkt 4): „tzw. kompozycja jazzowa może zawierać najwyżej 10% synkop”. Ten fragment opowiadania jest tak sugestywny, że jeśli poszperać w internecie widać, że bardzo wiele osób uznało to rozporządzenie za autentyczne. Tymczasem nie ma (chyba) innego źródła dokumentu niż utwór Škvorecký’ego, nic nie wiadomo też, by istniał urząd Reichsmusikführera, nie mówiąc o samym Baldurze von Blondheimie. W końcu to tylko beletrystyka. Sprawę skomplikował sam Škvorecký, twierdząc w eseju „Red Music”, że rozporządzenie czytał podczas wojny w piśmie „Kurier filmowy”, że pamięta je wręcz dosłownie, a ogłosił je jakiś lokalny niemiecki gauleiter. Nawet jeśli mamy tu do czynienia z przekłamaniem, zarządzenie dobrze oddaje stosunek hitlerowskich Niemiec do jazzu. Zresztą nie tylko tego państwa, ale każdej dwudziestowiecznej władzy totalitarnej. W wielu utworach Škvorecký z bólem i złością pokazuje, jak w Czechosłowacji, po dojściu do pełni władzy komunistów, tzn. po lutym 1948, jazz staje się muzyką najpierw podejrzaną, a później wręcz zakazaną. W eseju „Moskiewski blues” opisuje meandry stosunku do jazzu w ZSRR. Choć niby, jako muzyka uciskanych w Ameryce Murzynów, jazz miał pewne wartości ideologiczne, uznano w końcu, że w odróżnieniu od bluesa i spirituals, jest odejściem od ducha autentyzmu zakorzenionego w tradycji ludowej i reprezentuje prąd twórczości zdegenerowanej. Żal mi trochę, że do ustalenia tej doktryny dołożył się Paul Robeson. Komunista, ale jednak świetny śpiewak.

Dla Škvorecký’ego to, jak był traktowany jazz, było rodzajem iluminacji. Nigdy nie byłby w stanie uwierzyć komuś, kto boi się jazzu i chce na niego nałożyć kaganiec, dlatego dość szybko dostrzegł podobieństwo narodowego socjalizmu i komunizmu. Odkrycie muzyki synkopowanej i wspólna gra z nachodskimi rówieśnikami stworzyła i ukształtowała Škvorecký’ego jako człowieka i pisarza, uczyniła go wolnym albo raczej pokazała mu, na czym wolność polega. W tym był podobny do Leopolda Tyrmanda, tak jak on miał bezkompromisowy stosunek do komunistów, także tych, którzy na różnych życiowych zakrętach chcieli komunizm reformować lub całkiem stracili swoją młodzieńczą wiarę. Podobnie jak Tyrmand był współorganizatorem przedsięwzięć jazzowych i pisał o tej muzyce (wspólnie z Lubomírem Dorůžką) książki: „Twarz jazzu” i „Jazzowe inspiracje”.

Tak, na pewno chodziło mu o wolność, jaką dawał jazz. Wspominał, że zespoły jazzowe działały i w terezińskim getcie, i w Buchenwaldzie, choć z drugiej strony za granie takiej muzyki szło się do obozu koncentracyjnego i dotyczyło to także Niemców. Ale dla Škvorecký’ego jazz był też sprawą wierności, stałym punktem odniesienia w jego życiu. Nastolatkowie z Náchodu zakochali się w swingu, a potem w bebopie, w stylach, które w ich pojęciu były krokiem do przodu w stosunku do dixielandu. I takiemu rozumieniu jazzu pozostał Škvorecký wierny. W „Red Music” tak pisze o latach sześćdziesiątych, kiedy jazz przestał władzy przeszkadzać, bo nowym wrogiem stały się różne nurty beatu: W wielkiej sali „Lucerny” słychać było muzykę Dona Cherry, Modern Jazz Quartetu, Teda Cursona… Oklaskiwaliśmy ich, chociaż w większości to nie była ta muzyka, którą znaliśmy i kochaliśmy. Byliśmy jak starzy wierni weterani. Szeroki, miodowy dźwięk saksofonu gdzieś się zgubił. Albo była to muzyka ezoteryczna, albo myśmy się postarzeli. Jazz to nie tylko muzyka. To miłość młodych lat, która zostaje wszczepiona do duszy, niezmienna, podczas gdy żywa muzyka zmienia się, te wiecznie wołające „saksofony Lunceforda”… Jazz który odrodził się po stalinizmie nie był tą dawną, żywą muzyką, przy której się tańczyło, śpiewało, swingowało i która była w ideologicznym sporze z propagowaną przez partię ludowością.

Z opowiadaniem „Eine kleine Jazzmusik” wiąże się ciekawa dla mnie historia, nie mogę sobie odmówić przyjemności, by jej nie przytoczyć. W 1959 roku zgłosił się do Škvorecký’ego absolwent praskiej szkoły filmowej Miloš  Forman, który mu oświadczył, że chce, jako swój debiut, sfilmować opowiadanie „Nie cofnę danego słowa” (pod tym tytułem ukazało się „Eine kleine Jazzmusik” w praskim „Almanachu jazzu i muzyki tanecznej”, co zresztą spowodowało konfiskatę całego nakładu, ale Formanowi udało się zdobyć egzemplarz pisma). Scenariusz, który napisali wspólnie, nazywał się „Kapela wygrała”, miał podtytuł „komedia muzyczna”, co pewnie miało trochę osłabić czujność czynników politycznych, niemniej po wielu poprawkach różnych odpowiedzialnych za scenariusze pracowników kinematografii w historii nie było już jazzowego bandu, zmieniła się za to w dramatyczną opowieść o robotnikach dokonujących sabotażu w hitlerowskiej fabryce samolotów. Jakiś decydent, do którego trafił tekst scenariusza „Kapela wygrała”, stwierdził, że przecież nie ma tu żadnej kapeli, nie ma muzyki, więc skąd niby „komedia muzyczna”, trzeba wszystko gruntownie poprawić, bo to bez sensu. A ponieważ perypetie ze scenariuszem trwały już dłużej niż rok i tymczasem atmosfera polityczna zelżała, więc obu autorom, po kolejnych przeróbkach, udało się doprowadzić do zatwierdzenia scenariusza do produkcji w kształcie podobnym do początkowej wersji. Niestety pech chciał, że informacja o przygotowywanym debiucie młodego reżysera na podstawie tekstu Škvorecký’ego została podana w wieczornych wiadomościach radiowych. Usłyszał ją prezydent Novotný, na którego polecenie w roku 1958 wycofano z księgarń pierwszą książkę pisarza, „Tchórze”, być może pomyślał, że chodzi o adaptację właśnie tej książki, w każdym razie natychmiast zakazał realizacji filmu. Opowiadanie ukazało się dopiero w 1964 roku w zbiorze „Siedmioramienny świecznik”; w tym samym roku do kin wszedł pierwszy film fabularny Formana „Czarny Piotruś”.

Słuchałem w tych dniach wywiadu z Avishaiem Cohenem. Znakomity kontrabasista jazzowy mówił, że muzyka jest ponad polityką, że żadna polityka nie ma na nią wpływu. Pomyślałem, że to dobrze, że chyba żaden ze współczesnego pokolenia jazzmanów nie miał takich doświadczeń jak Škvorecký. W jego opowiadaniu „Klęska Bulla Máchy” tytułowy bohater trafia w latach pięćdziesiątych na koncert zespołu grającego bebop. Zauważa ładną zgrabną dziewczynę, wprawnym okiem ocenia, że świetnie się rusza, więc podchodzi i prosi ją do tańca. Wszystko jest świetnie do momentu, kiedy spróbuje bardziej ekspresyjnych figur. Wtedy partnerka się stanowczo opiera i mówi: ja bikiniarskich tańców nie tańczę.

Josef Škvorecký zmarł w roku 2012. Na pogrzebie w kościele św. Salwatora zabrzmiał ukochany saksofon pisarza. Grał Jiří Stivín, multiinstrumentalista, kompozytor, a z wykształcenia operator filmowy. Była to jego improwizacja.

Przypomniałem tę historię, którą pewnie wielokrotnie i dużo bardziej przenikliwie opowiedzieli krytycy literaccy i biografowie Josefa Škvorecký’ego. Zainspirowała mnie lektura zbioru opowiadań „Gorzki świat”, wydanego niedawno przez Wydawnictwo Czarne. Wydało mi się to jakoś ważne właśnie dzisiaj. Memento saksofonu basowego.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Co się stanie z demokracją?

Czytam wiele tekstów mówiących o tym, że po pandemii wszystko się zmieni, że cały model rozwoju, który znaliśmy i uważaliśmy za konieczny i nie do zmiany, już nie wróci. Może i tak, ale autorzy na ogół używają ogólników i nie wiadomo, na czym opierają swoje prognozy. Ważny wydał mi się jednak tekst Konstantego Geberta w GW z 19 marca. Gebert pyta, czy krytykując Chiny, które, jako niedemokratyczna dyktatura początkowo ukrywały sygnały o epidemii i dzięki temu doprowadziły do jej prawie niekontrolowanego rozwoju, mamy rację, myśląc, że demokracja ma w takich przypadkach przewagę. Przykład USA, Wielkiej Brytanii czy Unii Europejskiej pokazuje, że tak nie jest, w dodatku rodzi się potrzeba i pokusa, by wprowadzając środki nadzwyczajne, naruszać prawa człowieka. Np. w Izraelu chcą wykorzystywać systemy śledzące telefony komórkowe, by sprawdzać kontakty osób zakażonych. Gebert pisze, że demokracja musi być chroniona przed koronawirusem. Istotą demokracji są szerokie kontakty między ludźmi, a w czasie epidemii chodzi o to, by zwiększać dystans społeczny. Pyta, czy po epidemii będziemy znowu chcieli tę więzy odbudowywać, czy też zachowamy – ze strachu – ostrożność, a wtedy, tak jak w komunizmie, przestrzeń społeczna to będzie tylko rodzina i państwo, a między nimi pustka. Konsekwencją może być też ostateczny odwrót od małych sklepików, księgarń, ryneczków, gdzie, jak pisze Gebert: „ludzie nie tylko wymieniali pieniądze na towary, ale również wymieniali się między sobą poglądami i – tak, także wirusami. W ten sposób społeczeństwo metodą naturalną zdobywało odporność na groźne wirusy i szkodliwe postawy. Jeśli tego zabraknie, znów pozostanie jedynie państwo.” Kiedy to się skończy, właściwie tylko państwo będzie tym, co kieruje, wspiera, decyduje i od którego zależymy. Cała tkanka demokratyczna przestanie istnieć. Co więcej, Unia, której instytucje nie otrzymały dostatecznych prerogatyw, na naszych oczach przestaje mieć znaczenie – każde państwo podejmuje oddzielnie decyzje, granice się zamykają, przestają działać połączenia komunikacyjne, obcokrajowcy, ci pracujący za granicą, ruszają masowo do swoich krajów rodzinnych. Wszystko to są zjawiska niepokojące i niebezpieczne, dla ładu demokratycznego groźne.

Zasadne jest pytanie, czy demokracja się sprawdza w obliczu tak trudnych wyzwań. Czy w ogóle może sobie w takich warunkach poradzić. Zacznę od tego, że służba zdrowia jest słabym punktem nowoczesnego państwa. Problemów jest, moim zdaniem wiele. Ochrona zdrowia nie do końca poddaje się mechanizmowi rynkowemu, bo potrzeby klientów, czyli inaczej popyt, w dużym stopniu wynikają z okoliczności od nich niezależnych. Przed chorobą trudną się ochronić, nawet postępując bardzo racjonalnie. Ponieważ jednak lecznictwo jest drogie, a w dodatku jego koszty lawinowo rosną, na co składają się drogie nowoczesne leki, aparatura, nowe procedury i kuracje, więc nawet państwa bogate i skłaniające się do tego, by zapewniać powszechny dostęp do leczenia, starają się wprowadzać jakieś reguły ekonomiczne. W Polsce mamy składki zdrowotne, z których powstaje budżet NFZ i on jest, przynajmniej w teorii, tym zasobem, który należy sensownie dzielić. Tyle że potrzeby, niezależnie od tego, jaki system się dotąd wprowadzało, zawsze są o wiele wyższe, niż to, czym służba zdrowia globalnie dysponuje. Jasne, że prywatne lecznictwo radzi sobie lepiej, ale z przyczyn, o których wcześniej wspomniałem, może tylko uzupełniać służby państwowe (Tak na marginesie, bardzo jestem ciekaw, jak sobie poradzą z epidemią w USA). Oczywiście, problemem systemu ochrony zdrowia są nie tylko pieniądze, ale od nich się zaczyna, bo temu niedoborowi środków próbuje się zaradzić przez różne rozwiązania organizacyjne, politykę zatrudnienia, płac, inwestycji itp. Tak więc jeśli katastrofa wymaga bardzo silnego zaangażowania sektora zdrowia, demokratyczne państwo jest, siłą rzeczy, w opałach. W dodatku, oprócz pieniędzy, bardzo ważna jest organizacja i zarządzanie, a z tym też jest problem.

Mnie jednak niepokoi stosunek do demokracji przy podejmowaniu różnych decyzji. To że w nadzwyczajnej sytuacji potrzebne są nadzwyczajne rozwiązania nie ulega wątpliwości. Jednak władze, i nie tylko one, stosują szantaż emocjonalny, by przekonywać do lekceważenia prawa. Robiły to już wcześniej, w sposób najbardziej dosadny sformułował tę zasadę Kornel Morawiecki, bo chyba czołowi działacze PIS by tak otwarcie się nie wypowiedzieli: „Prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość (…) nad prawem jest dobro Narodu! Jeśli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać to za coś, czego nie możemy naruszyć i zmienić. (…) prawo ma służyć nam! Prawo, które nie służy narodowi to jest bezprawie!”. Morawiecki wypowiedział kiedyś tę myśl niejako za PIS, ale dziś, 26 marca, zacytował te słowa, jako aktualne, w imieniu koła Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Sobolewski, przewodniczący Komitetu Wykonawczego PIS. Obawiam się, że opozycja ulega temu szantażowi.

Każde państwo ma rozwiązania prawne na wypadek różnych sytuacji nadzwyczajnych, ma je i Polska. Tymczasem obóz rządzący projektuje, na szybko, zupełnie nowe prawa, jak łatwo sprawdzić pełne luk i sprzeczności, bez sięgania do tych, które istnieją i gwarantują przynajmniej minimum praw obywatelskich. Opozycja, ulegając szantażowi, że sprzeciwiając się tym ustawom, rozbijałaby jedność społeczną w godzinie próby i szkodziłaby „dobru Narodu”, zgadza się na nie. Kidawa-Błońska, która próbowała się sprzeciwić niektórym rozwiązaniom, wskazując na ich sprzeczność z Konstytucją, szybko się z tych zastrzeżeń wycofała. Warto zwrócić uwagę na instrumentalne stosowanie zasady priorytetu „dobra Narodu” nad prawem. Bo przecież zasadniczym argumentem obozu rządowego za nieprzesuwaniem wyborów prezydenckich jest zapis konstytucji, który na takie przesunięcie nie pozwala. Czasem więc prawo jest ważniejsze.

A ja, siedząc na domowej kanapie, wciśnięty na nią kolejnymi rozporządzeniami, zastanawiam się nad wzajemnym stosunkiem jednostki i społeczeństwa w demokracji, także w czasach dalekich od normalności. Rozumiem, że zawsze powinienem postępować tak, by nie szkodzić innym, traktowanym jako jednostki, a niekoniecznie zbiorowość. Jeśli więc każą mi unikać wychodzenia z domu, bo mogę być zainfekowany i będę zarażać przypadkowe, nieświadome tego osoby, to taką argumentację rozumiem. Albo że stykając się z innymi nie tylko się przypadkowo zarażę, ale będę też zarażał kolejnych ludzi. To w gruncie to samo, jak z wymaganie przestrzegania zasad kodeksu drogowego czy podporządkowania się konieczności szczepień. Nie chodzi tylko o chronienie mnie, ale głównie o uniknięcie zagrożenia dla innych – jadąc samochodem po pijanemu, mogę kogoś zabić, nie szczepiąc się, mogę zachorować i w konsekwencji spowodować kolejne zachorowania. W porządku, zgadzam się, że potrzebne jest ograniczenie mojej, gwarantowanej przez konstytucję, wolności, choć zdecydowanie wolałbym, żeby było oparte na tym, co zapisano w przewidzianych na potrzeby wyjątkowych sytuacji ustawach.

Ale załóżmy, że wprowadza się regułę, zgodnie z którą osoby w wieku powyżej 65 lat (70, 75, wszystko jedno ile) mają bezwzględnie nie wychodzić z domu. Jest to motywowane chęcią ochrony ich zdrowia, jako tych, dla których choroba jest najgroźniejsza. Muszę się zgodzić? Jeśli dla mnie wolność poruszania się jest ważniejsza niż zdrowie, a może nawet życie? I ta wolność, jako niezależnej jednostce, jest mi w systemie demokratycznym zagwarantowana. A co, jeśli dodatkowym argumentem byłoby, że jeśli tacy ludzie nie poddadzą się ograniczeniom, wtedy wielu z nich zachoruje, służby medyczne nie dadzą sobie rady z dużą falą ciężko chorych, więc pośrednio przyczynię się do śmierci pacjentów, którym nie udało się udzielić odpowiedniej pomocy? Inaczej mówiąc, w interesie społecznym byłoby, żebym oddał, czy ograniczył, swoją wolność. Czy ten interes społeczny jest więc od niej ważniejszy? Cały czas rozważam nie jakieś abstrakcyjne społeczeństwo, ale takie, w którym obowiązuje liberalna demokracja. Idźmy dalej. A jeśli w interesie społecznym będzie, abym cierpliwie czekał, aż zbiorowość, w której żyję, nabędzie populacyjną odporność? Mam obowiązek się podporządkować?

To nie są proste pytania, tym bardziej nieproste odpowiedzi.

Myślę, że jeśli nie chcemy się obudzić w jakimś momencie w państwie jeszcze dalszym od demokracji niż teraz, trzeba przynajmniej pytać. Zawsze jest jakieś „po”.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

 

Jak czytałem biografię Oty Pavla

W roku 1976 PIW wydał po raz pierwszy w Polsce „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla, autora wówczas w Polsce zupełnie nieznanego. Ale że książka pojawiła się w serii Współczesna Proza Światowa, która od jej początków mnie interesowała, więc zauważywszy nową pozycję u pani Blanki w kawiarni PIW na Foksal, natychmiast ją kupiłem. W końcu była to współczesna czeska proza, którą wtedy rzadko tłumaczono. Przeczytałem i byłem olśniony. Dziś Pavel jest u nas wręcz adorowany, Mariusz Szczygieł mawia, że „Śmierć pięknych saren”, jako najbardziej antydepresyjną książkę świata, rozdaje wszystkim wkoło. Ja więc nawet przed samym sobą niezbyt chętnie przyznaję się do tej młodzieńczej miłości, bo trochę niezręcznie być jednym z tak wielu wielbicieli.

Kilka lat przed zbiorem Pavla w ramach WPŚ ukazał się „Sen o moim ojcu” Karola Sidona. Ciekawe, że rodzinne korzenie obu pisarzy były podobne. Obaj pochodzili z mieszanych, żydowsko-czeskich rodzin. Ojciec Karola zginął w Terezinie, przewieziony tam nie w regularnym transporcie deportacyjnym, jak większość czeskich Żydów, a jako więzień, schwytany przez Gestapo. Leo Popper, ojciec Pavla i bohater jego opowiadań, przeżył pobyt w terezińskim getcie, uciekając stamtąd w ostatniej fazie jego istnienia, wraz z Jurkiem, starszym bratem Oty.

Sidon, urodzony w 1942 roku, ojca nie pamiętał, więc jego powieść mówi nie bezpośrednio o ojcu, a o życiu w jego cieniu, z matką, ojczymem i dwiema młodszymi przyrodnimi siostrami. Karol podobnie jak Ota, z biegiem czasu coraz silniej buduje i umacnia swoją żydowską tożsamość. Szykanowany za podpisanie Karty 77, wyrzucony z pracy (przez pewien czas pracował jako palacz – typowe zajęcie czeskich dysydentów w tym czasie), w roku 1983 został zmuszony do emigracji i w Niemczech podjął studia judaistyczne. W 1992 roku, już jako absolwent studiów rabinackich w Izraelu, objął stanowiska naczelnego rabina praskiego, a później i Republiki Czeskiej w obrządku ortodoksyjnym.

Losy Oty Pavla próbował zrekonstruować Aleksander Kaczorowski w biograficznej książce „Ota Pavel. Pod powierzchnią.” Mam do niej trochę ambiwalentny stosunek. Jednak niewątpliwą zasługą autora jest rzucenie światła na to, w jaki sposób wpłynął na pisarza fakt, że miał żydowskiego ojca. Bo że wpłynął, nie ulega wątpliwości dla żadnego czytelnika jego tekstów. Mistrzostwo takich opowiadań – rozgrywających się w okresie okupacji – jak „Śmierć pięknych saren”, „Karpie dla Wehrmachtu” czy nawet „Długa mila” polega na wirtuozowskim połączeniu lirycznego wspomnienia z atmosferą stopniowego wykluczania i rosnącego zagrożenia życia. Figura ojca, nieprzewidywalnego, trochę szwejkowskiego, jest tu znakiem oporu i nadziei.

O rodzinie matki, Herminy, dowiadujemy się z książki Kaczorowskiego niewiele. Tyle, że była wiejską dziewczyną z Dubi, położonego niedaleko Kladna, że miała kilkoro rodzeństwa i pracowała jako służąca u dziadków Pavla, rodziców Leona. Za to poznajemy, przynajmniej z imion, dużą część żydowskiej części drzewa genealogicznego Oty, cofając się w ten sposób aż do XVIII wieku. Autor, powołując się na prace historyczne, daje czytelnikowi krótki przegląd zmian położenia Żydów na ziemiach czeskich aż do II wojny. Mam pewne wątpliwości co do dokładności tych ustaleń, bo wydaje mi się mało prawdopodobne, by rozwiązania prawne w Cesarstwie Austro-Węgierskim były inaczej interpretowane w Czechach, a inaczej w  Galicji, ale nie bardzo jestem w stanie tego sprawdzić. Tak czy inaczej jest oczywiste, że życie żydowskie w Czechach w pierwszej połowie XX wieku nie przypominało tego w Polsce, a i wyglądało inaczej niż dotąd myślałem. Wydawało mi się, że była to społeczność zasymilowana z mniejszością niemiecką, mówiąca po niemiecku i z kulturą języka niemieckiego związana. Tymczasem Kaczorowski twierdzi, że już w 1900 roku większość (54%) czeskich Żydów deklarowała narodowość czeską. Nie wiem, czy był to wybór dotyczący języka, czy rzeczywistej tożsamości narodowej, ale i tak jest to wynik zadziwiający, jeśli pamiętać, że państwo czeskie ciągle jeszcze, od trzech wieków, nie istniało, a kultura czeska z trudem się odradzała. Asymilacji do czeskości sprzyjała laicyzacja społeczeństwa. O ile w Polsce, przede wszystkim w zaborze rosyjskim, trwanie przy katolicyzmie wiązało się z oporem przeciw prawosławnemu zaborcy, w Czechach katolicyzm był postrzegany często jako ostoja Habsburgów i z tego powodu, przynajmniej w kręgach patriotycznych, budził niechęć. Jak pisze Kaczorowski, powołując się na historyczkę Agatę Firlej, „w latach trzydziestych niemal połowa żydowskich nowożeńców w Czechach wiązała się z nie-Żydami”. Wszyscy bracia ojca Oty, podobnie jak ich siostra, miały czeskich współmałżonków. W tym czasie w Polsce takie związki były wyjątkowe. Widać więc, jaką zaporą dla asymilacji była religia. Gdy, tak jak na ziemiach czeskich, bariera religijna przestawała działać, również Żydzi odchodzili od wiary, a jidysz stawał się językiem dla większości z nich nieznanym. W roku 1930 na 125 tysięcy Żydów tylko 37 tysięcy zadeklarowało narodowość żydowską (szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, na jakiej podstawie w takim razie określono tę liczbę 125 tysięcy, ale to inna sprawa).

Podczas wspomnianego spisu powszechnego Leo Popper wpisał wszystkim członkom swojej rodziny narodowość czeską. Ota, który urodził się w tym samym roku, już po przeniesieniu się rodziców z dwoma starszymi synami do Pragi, nie został obrzezany; ojciec niewiele miał wspólnego z gminą żydowską. W domu obchodzono Wielkanoc, Boże Narodzenie, oczywiście nie w charakterze świąt ściśle religijnych, ale w zgodzie z czeską tradycją. Dokładnie tak samo jak u mnie, gdy tam mieszkałem.

Nie ulega wątpliwości, że Czechosłowacja Masaryka była państwem demokratycznym i tolerancyjnym w stosunku do Żydów. Jakiekolwiek incydenty antysemickie były rzadkością. Tymczasem zaraz po zajęciu przez Niemców Sudetów Żydzi zostali oskarżeni o przyczynienie się do aneksji, a w krótkim czasie państwo nowego prezydenta Háchy przyjęło różne ustawy wymierzone przeciw nim. Już w 1938 roku czescy prawnicy i lekarze wykluczyli Żydów ze swoich organizacji zawodowych, podobnie jak zrobili to bodaj rok wcześniej ich polscy koledzy. Czytając ostatnio różne książki dotyczące historii Europy Centralnej i Wschodniej, coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że antysemityzm, że tak powiem praktyczny, prawie nigdy nie wybuchał spontanicznie, ale był właściwie zawsze sterowany przez różne siły polityczne.

W lipcu 1939 r. w Protektoracie Czech i Moraw wprowadzono przepisy antysemickie, u podstaw których leżały ustawy norymberskie. W Pradze nie było getta, ale Żydzi m.in. nie mogli wchodzić do parków, kin, teatrów, nie mogli być zatrudnieni przez Aryjczyków ani prowadzić własnych firm. Wykorzystując dane z gmin żydowskich, Niemcy sporządzili listy, na podstawie których organizowali transporty do Terezina, skąd ofiary wywożono do gett i obozów na ziemiach polskich, czasem do prac w obozach w Niemczech, a nawet na roboty. A jednak atmosfera była inna niż w Polsce. Dzieci z rodzin mieszanych ominęły wywózki w pierwszych latach. Terror był słabszy, co zresztą miało ten skutek, że Żydzi karnie przychodzili na miejsce zbiórki, po otrzymaniu pisemnego wezwania na dany dzień (poszczególni członkowie rodziny otrzymywali oddzielne pisma z różnymi datami); często podstawiano im normalne wagony osobowe i transport odbywał się w przyzwoitych warunkach. Pisze Kaczorowski: „Dwa lata później, w lutym 1943 roku, [Leo] odwiózł do Pragi swoich dwóch starszych synów [Hugona i Jurka]. Ostatniego dnia, już w stolicy, Hermina poszła z chłopcami do fotografa. Robiło tak wiele żydowskich rodzin – te zdjęcia to często ostatnie pamiątki po dzieciach, rodzicach, kuzynach. Jest ich mnóstwo. Niektórzy pozowali z numerami deportacyjnymi, wypisanymi na zawieszonych na szyi tabliczkach. Większość zdjęć nie różni się jednak od zwykłych fotografii rodzinnych.”

Zdjęcie uśmiechającymi się niepewnie Hugonem i Jurkiem, z matką w środku między nimi, datowane na 14 lutego 1943 r., umieszczone jest w książce.

Ota, jako „mieszaniec drugiego stopnia” (w odróżnieniu od braci nie był zarejestrowany w gminie żydowskiej), do ukończenia 15 roku życia nie podlegał deportacji i dzięki temu uniknął wywiezienia do terezińskiego getta. Obaj bracia i ojciec przeżyli. Mimo pełnej identyfikacji z czeskością również po wojnie nie udawało im się uniknąć żydowskiego piętna. Zresztą Leo czuł się ciągle Żydem, ale Ota nie, przynajmniej nie wtedy. W 1955 roku Leo postanowił zmienić nazwisko. „Powinniśmy zamiast tego Popper nosić porządne czeskie nazwisko”. I tak stali się Pavlami. Kaczorowski przytacza różne wyjaśnienia przyczyn nagłego wybuchu choroby psychicznej Oty Pavla, do którego doszło w 1964 roku podczas Olimpiady w Innsbrucku. Jedna z tych relacji brzmi następująco (Kaczorowski, jak często w tej książce, zaczyna ją słowami: „W rzeczywistości było tak”, ale skąd wie, jak było „w rzeczywistości”, trudno powiedzieć): Po ostatnim w turnieju meczu czechosłowackich hokeistów ze Szwecją, który wysoko przegrali, Pavel, wówczas bardzo znany reporter sportowy, radośnie gratulował im w szatni zdobycia brązowego medalu. Zawodnicy sądzili, że z nich kpi, że tak naprawdę zajęli czwarte miejsce, za Związkiem Radzieckim, Szwecją i Kanadą. Jeden z nich krzyknął: „Do gazu, Żydzie!” Pavel się uśmiechnął i wyszedł.

Kiedy myślę o prozie Pavla, kluczowe wydaje mi się pojęcie czułości. Tak, w podobnym sensie, jak to ujęła Olga Tokarczuk w wykładzie noblowskim, może nawet jeszcze bardziej dosłownym. Pisząc o rodzicach, Ota zawsze nazywa ich mamusią i tatusiem, nigdy nawet mamą czy tatą. Ta czułość przechodzi często w zachwyt i obejmuje świat dzieciństwa, rzeki i ryby, las i góry. Trochę podobnie jak u jednego z jego ulubionych pisarzy, Izaaka Babla, który wkłada w usta narratora któregoś z opowiadań – alter ego pisarza – słowa: „Obaj spoglądaliśmy na świat jak na łąkę w maju, łąkę, po której chodzą kobiety i konie.” A jest to opowiadanie wchodzące w skład „Armii Konnej”, opisujące okrutną wojnę! Bodaj w 1970 roku Pavel wysłał jedno ze swoich opowiadań do pisarza, Arnošta Lustiga. Lustig poznał się bliżej najpierw ze starszymi braćmi Oty, w getcie w Terezinie, później stał się najbliższym, długoletnim przyjacielem Pavla. Lustigowi opowiadanie się nie spodobało, napisał m.in., że jest zbyt łzawe i nie spełnia reguł gatunku. Pavla ta krytyka bardzo zabolała. W długim liście do Arnošta bronił prawa do wzruszenia i płaczu. „Mój ojciec płakał trzy razy dziennie, ale był najodważniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem.” Dodał, że mają dla niego znaczenie tylko ci pisarze, którzy nie liczą się z regułami gatunkowymi, jak Babel i Hrabal. Może dlatego Pavel jest mi tak bliski.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dwa paradygmaty kultury

Czytam mądry felieton Tadeusza Sobolewskiego w „Kinie”. Zatytułowany jest Kultura gwałtu i jest jeszcze jednym tekstem opisującym sytuację Romana Polańskiego. Autor naświetla ponownie incydent z łódzkiej szkoły filmowej, w której na skutek zorganizowanego protestu nie odbyło się planowane w listopadzie zeszłego roku spotkanie studentów z reżyserem.

W swoim artykule Sobolewski jeszcze raz zacytował fragment wyrażającej bezradność wypowiedzi Agnieszki Holland, sformułowanej na prośbę Mai Staśko, publicystki „Krytyki Politycznej” i głównej organizatorki łódzkiego protestu. Ja przytoczę ten głos w całości:

Próbowałam napisać krótki komentarz w tej sprawie, ale nie udało mi się. Cokolwiek napisałam, sama ze sobą się nie zgadzałam. W związku z siłą i brutalnością debaty, która wybuchła również w mediach społecznościowych, każda wypowiedź grozi tym, że człowiek znajdzie się między dwoma młyńskimi kamieniami. Myślę, że nie ma już co mówić o Romanie Polańskim, bo wciąż powtarzają się te same argumenty. Warto natomiast spojrzeć szerzej na konsekwencje niewątpliwie rewolucyjnych zmian społecznych. Bo choć prawnie i moralnie te sprawy wydają się bardzo jednoznaczne − budzą wcale niejednoznaczne emocje i lęki. Jak mówić o tej komplikacji, nie relatywizując zła i krzywdy ofiar? Nie znalazłam jeszcze w miarę bezpiecznego języka.

Kluczowa wydaje mi się konstatacja, że mamy do czynienia z konsekwencjami rewolucyjnych zmian społecznych. Zaleźliśmy się w zupełnie nowej sytuacji kulturowej i moralnej, choć czasem trudno to sobie uświadomić. Nie chciałbym oceniać ani samego procesu, który do tego stanu doprowadził –słusznie określonego jako rewolucyjny – ani przesunięcia w świadomości społecznej, przewartościowania zachowań. Interesuje mnie przed wszystkim zjawisko przykładania miary, ukształtowanej zgodnie z obowiązującym w pewnym momencie paradygmatem kulturowym, do czasów, w których ten paradygmat nie istniał. Z pełną świadomością używam terminu „paradygmat”, bowiem chodzi mi o cały zespół przekonań i wartości, bardzo głęboko zakorzeniony w ludziach, a jednak podlegający zmianom.

Spróbujmy opisać istotę tego, co wybuchło pod koniec lat sześćdziesiątych w Europie i Ameryce i co dla uproszczenia nazwę kontrkulturą. Ten ruch przybierał różne formy, w różnych miejscach inne dążenia były ważne, jednak najistotniejszą jego cechą był bunt przeciw dominującym normom, przeciwko takiemu społeczeństwu, które zastało nowe pokolenie. Bo był to sprzeciw młodych ludzi, którzy nie chcieli powielać wzorców reprezentowanych przez generację rodziców. Kontestacji podlegało w zasadzie wszystko: systemy polityczne i sposoby uprawiania polityki, stosunki społeczne, organizacja edukacji, cała kultura, normy prawne i moralne, zasady zachowania, sposoby ubierania się, cele życiowe i wiele innych rzeczy. I jak to z rewolucją – co nieco się później rozmyło, pozostało po staremu, ale pewnych spraw nie dało się już wtłoczyć w stare koleiny.

Ważnym elementem tej rewolucji był stosunek do seksu. Według młodych buntowników tradycyjne społeczeństwo ze strachu przed siłą erotycznego pożądania obwarowało seks restrykcyjnymi zakazami, których nieskuteczność powodowała, że obowiązywała w tej dziedzinie powszechna hipokryzja. Hasło „make love not war” było w pełni jednoznaczne, wyrażone w nim przeciwstawienie miało ważny sens. Z wojną (wtedy bardzo konkretną, w Wietnamie) wiązało się nie tylko niezrozumienie jej sensu, przerażenie ogromem liczby ofiar – rekrutowanych do wojska rówieśników, ale kojarzyła się z nią też potęga i przemoc państwa, bezdusznej, wyrachowanej, zorganizowanej, niewolącej machiny polityczno-biurokratycznej. Wojnie więc nie przeciwstawiono, jak by kazała tradycja pacyfistyczna, pokoju, miłości do ludzi, ale właśnie seks – jako siłę wyzwalającą, siłę instynktu i nietłumionych przez społeczeństwo pragnień. Nie chodziło o rozwiązłość, ale wolność (bardzo szeroko rozumianą, choćby od tradycyjnych norm), brak zakłamania. Warto też przypomnieć, że przewartościowaniu podlegało również rozumienie pedofilii. Nie w sensie przyzwalania na seks z dziećmi, niemniej młodzi krytykowali i wyśmiewali ustanawianie sztywnej prawnej granicy wieku, która decydowała, kiedy zachowania o charakterze erotycznym są dozwolone, a kiedy nie. Była to dla nich także jedna z norm obowiązujących w starym świecie. Rzecz jasna, wśród tych, którzy np. uczestniczyli w kalifornijskim „lecie miłości” w 1967 roku, można było spotkać wielu bardzo młodych ludzi.

Podobnie należałby spojrzeć na rolę narkotyków w trakcie młodzieżowej rewolty. Na pewno kusiły nowymi doznaniami, ale chodziło też o przeciwstawienie się bezwzględnemu zakazowi ich używania, ustanowionemu, jak sądzono, ze strachu przed uwolnieniem spontaniczności i niekontrolowanych zachowań. W słynnej scenie w Formanowskim Odlocie rodzice uczą się palić skręty, by lepiej zrozumieć swoje dzieci. Mają poczucie, że przezwyciężają pewne tabu, próbują czerpać z tego  satysfakcję, wyjść poza swoją rutynę i normalność. Film, w całym szeregu obserwacji, znakomicie wychwycił moment przełamywania wzorców kultury, z pewną ironią pokazując, jakie trudności wiążą się z tego rodzaju procesem.

Byłoby nieuczciwością twierdzić, że rewolucja kontrkulturowa i seksualna przeorała całe społeczeństwo i w USA, i w Europie Zachodniej, jednak nie powinno się ignorować zmian świadomości, jakie stały się jej konsekwencją. Kiedy więc patrzymy na ten już miniony świat, choćby na lata siedemdziesiąte XX wieku, powinniśmy wziąć pod uwagę cały historyczny kontekst i zespół wartości w tym czasie obowiązujący. Nie oznacza to, oczywiście, że nie wolno nam oceniać ludzi w tym czasie żyjących. Bo przecież nie można ukrywać, że ukształtowana w tamtym okresie hierarchizacja wartości powodowała przekroczenia prawa

Patrząc na dzisiejszy stan świadomości, w każdym razie na tendencje, które Agnieszka Holland określa jako rewolucyjne, a jesteśmy raczej w trakcie rewolucji niż po, trudno nie dostrzec, że żyjemy w zupełnie innym świecie. Czy chcemy tego, czy nie, przeobrażamy się gruntownie pod wpływem najróżniejszych ruchów, coraz bardziej świadomych swojego znaczenia i siły. Mam na myśli szerokie spektrum zmian zachodzących w takich obszarach, jak stosunek do przyrody (ekologia, miejsce zwierząt w naszym świecie, wegetarianizm i weganizm, zanieczyszczenie środowiska), prawa kobiet, prawa osób nieheteroseksualnych, walka z nadużyciami seksualnymi, w tym z pedofilią, gwałtami i molestowaniem seksualnym.

Jest rzeczą dość znamienną, że choć sprawa Polańskiego przez długie lata budziła kontrowersje, koncentrowały się one na ucieczce zagrożonego ponownym aresztowaniem reżysera z USA, a mniej na samym czynie, o jaki został oskarżony. Jako że postępowanie sędziego Rittenbanda wzbudzało wątpliwości, więc i potępienie twórcy Oficera i szpiega nie było jednoznaczne i sądy krajów europejskich nie decydowały się na jego ekstradycję do USA. Sytuacja zmieniła się w ostatnich latach, samo zagadnienie prawne zeszło na dalszy plan, a Maja Staśko protestowała przeciwko spotkaniu studentów nie z uciekinierem przed wymiarem sprawiedliwości, a pedofilem. Gwoli prawdy należy dodać, że w tej dekadzie pojawiły się oskarżenia Polańskiego o wykorzystanie seksualne upublicznione przez kilka kolejnych kobiet.

Niemniej mam wrażenie, że jesteśmy w okresie, w którym następują zmiany stosunku do różnych aspektów seksu i – to chyba niedostrzegalny paradoks – w jakimś sensie następuje powrót do konserwatyzmu. Wyraża się on strachem przed instynktami, które trudno podlegają kontroli, i chęcią podporządkowania tych namiętności zasadom i rozumowi. W końcu, moim zdaniem, źródłem restrykcyjnego stosunku do seksu w wielu religiach nie jest moralizatorstwo, ale właśnie obawa przed tym, że siła popędu seksualnego nie poddaje się łatwo władzy umysłu czy rozsądku. Zresztą Ojcowie Kościoła, żeby zostać w naszym kręgu kulturowym, mówili o tym wprost. Nie mam ochoty wchodzić w szczegóły, ale np. dzisiaj właściwie oczywista zasada, że zgoda na seks musi być zawsze wyrażona (werbalnie) przez obie strony, że zbliżenie musi być aktem świadomym, z którego w każdej chwili wolno się wycofać, że w razie czego tłumaczenie typu „straciłem głowę” zostanie wyszydzone, wszystko to jest pewnym przesunięciem w kierunku konserwatyzmu, który mógłbym nazwać, pewnie niesłusznie, oświeceniowym.

W gruncie rzeczy chodzi mi głównie o to, że się zmieniamy i ten fakt trzeba przyjąć do wiadomości. Wielu z nas chciałoby uznać, po wielu latach, że zawsze myślało tak samo, bo jeśli akceptujemy siebie dzisiaj, chcielibyśmy akceptować siebie z przeszłości. Samooszukiwanie jest o tyle łatwiejsze, że to, co dzieje się z nami i ze społeczeństwami, rzadko jest nagłym skokiem, najczęściej procesem. Więc jeśli za Agnieszką Holland nazywam te ostatnie przemiany świadomości rewolucją, to przez kontrast z tym, co było kiedyś, a nie pół czy rok temu.

Warto chyba zawsze, myśląc o czymś, co zdarzyło się w przeszłości, zobaczyć minione wydarzenia w szerszym kontekście. Mądrzy historycy dobrze o tym wiedzą. Jednak wielu innych, podobnie jak liczni, pojawiający się w przestrzeni publicznej dyskutanci, nie chcą tej zasady zaakceptować i stąd kompletnie fałszywe sądy choćby o PRL, ludziach wtedy żyjących, ich wyborach itp. Fałszywe i często krzywdzące.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Wspomnienia filmowe

Jestem namiętnym czytelnikiem gazetowych wspomnień o ludziach. Na ogół tych publikowanych w Gazecie Wyborczej, ale jeśli mi wpadnie w ręce inne pismo z podobną rubryką, nie przepuszczę okazji, by się zapoznać z tekstami w niej zamieszczonymi. Nie zawsze czytam uważnie, zdarza się przecież, że ktoś nie wychodzi poza suchy życiorys członka rodziny albo znajomego, nie rezygnując nawet z wymienienia odznaczeń, które wspominana osoba otrzymała. Bywają też wspomnienia bardzo sentymentalne, jak ze szkolnej akademii. Ale i w takich sztampowych notkach można odkryć historie niezwykłe, mówiące dużo i o ludziach, i o czasach, w których żyli.

Czytam więc te opowieści, bo coraz bardziej interesują mnie losy ludzkie, nie tak dawna przeszłość widziana w skrócie, z dzisiejszej perspektywy. Lecz także dlatego, że choć o wielu z tych, o których się w ten sposób dowiaduję, nigdy wcześniej nie słyszałem, mam wrażenie, że w ten sposób biorę udział w przedłużaniu ich istnienia. Tutaj, w moim blogu, coraz częściej wykonuję to samo działanie, staram się, by zaistnieli w nim ludzie, którzy jakoś się przez moje życie przewinęli, a dziś chcę, by nie rozpłynęli się w niebycie, tak jakby ich nigdy nie było, by moi nieliczni czytelnicy się o nich dowiedzieli.

Czasami trafiam na relację, która w jakiś sposób i mnie dotyczy. W grudniu zwróciło moją uwagę wspomnienie o lekarzu radiologu, człowieku z mojego pokolenia, urodzonym w 1953 r. Nazwiska jego ani autora tekstu nic mi nie mówiły. Okazało się, że obaj byli związani z Dyskusyjnym Klubem Filmowym „Medyk”. Pierwszy, Radosław Kuszyk, był szefem klubu, drugi, Waldemar Czerwoniec, opisywał, jak został przez Radka wciągnięty do DKF, jakie filmy tam oglądał. To, oczywiście, było dla mnie interesujące, szczególnie, że wymienione w tekście tytuły także i moją wrażliwość w tym czasie kształtowały. W pewnym momencie Czerwoniec pisze, że „dla zachęty”, bo miał przejąć po Radku stery klubu, wyjechał z grupą przedstawicieli warszawskich DKF do Berlina i że podczas tego pobytu największe wrażenie wywarło na nim „Wniebowstąpienie” Łarisy Szepitko. Jeśli tak, to przecież ja też tam byłem, w tym samym gronie!

Od 1972 roku do NRD można było jeździć okazując na granicy dowód osobisty ze specjalną pieczątką, którą dostawało się w komendzie Milicji Obywatelskiej. Stanowiło to wielki przełom, bo wcześniej obowiązywały paszporty, o które było bardzo trudno i po powrocie należało je zwrócić w urzędzie. Trochę później, na podróż do krajów obozu wschodniego, można było dostać tzw. wkładkę paszportową, najpierw tylko jednorazową, potem dwuletnią. Tylko na wyjazd do NRD wystarczał dowód, więc jeśli się chciało, po prostu wsiadało się do pociągu do Berlina i spędzało tam weekend. Z dzisiejszej perspektywy trudno zrozumieć, jaką radość dawał nam ten bardzo przecież ograniczony powiew wolności. Dzięki tym ułatwieniom nawiązaliśmy kontakty z klubami berlińskimi, zaprzyjaźniliśmy się z tamtejszymi entuzjastami kina i dość często się nawzajem odwiedzaliśmy. Nie przeszkadzało nam spanie w ciasnych mieszkaniach, na rozłożonych na podłodze materacach. Okazało się, że w niemieckich kinach trafiały się ważne filmy, których u nas nie było szans obejrzeć. Dotyczyło to np. obrazów zawierających wątki żydowskie (np. „Ogród Finzi-Contini”, „Skrzypce balu”).

Pod koniec października 1977 roku zostaliśmy zaproszeni na seminarium zorganizowane przez kluby NRD-owskie. Wtedy właśnie widziałem po raz pierwszy „Wniebowstąpienie”, ekranizację „Sotnikowa”, znakomitego białoruskiego pisarza Wasilija Bykowa (dziś nazywa się go, poprawnie, Wasil Bykau). W tym czasie jeszcze tego filmu nie było w kinach ani w Polsce, ani w NRD. Dziwne uczucie, że taki fakt – tytuł obejrzanego filmu– pozwala mi zidentyfikować wydarzenie sprzed ponad czterdziestu lat, choć nie pamiętam już w zasadzie nikogo, z kim tam byłem. Gdyby autor wspomnienia napisał o innym obrazie, pewnie byłoby to trudniejsze, ale projekcja „Wniebowstąpienia” była dla większości z nas wielkim przeżyciem. Obejrzeliśmy wtedy kilka wcześniejszych filmów Łarisy Szepitko, a także np. „Jesień” Andrieja Smirnowa, ale to odtwarzam już z notatek.

Dzisiaj, 7 stycznia 2020 roku kończy 100 lat Witold Sadowy, który niestrudzenie, od dawna, zamieszcza kolejne wspomnienia o zmarłych kolegach aktorach. Czasem mi się wydaje, że znał dosłownie wszystkich, poczynając od tych, którzy debiutowali jeszcze przed wojną. Czytam z ogromną przyjemnością jego opowieści, pełne anegdot i ciepła. Gdyby tylko mieć taką pamięć jak on…

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Czytanie wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk jest wypowiedzią ważną i znaczącą. Ma charakter nie przyczynkarski, nie rzuca światła na jeden, wybrany problem, ale jest wyrazem stosunku autorki do dzisiejszego świata i tego, jakie miejsce w nim powinna zajmować literatura, jaką funkcję powinna pełnić. Tokarczuk wypowiada się precyzyjnie, jednak dba o to, by jej sądy nie miały charakteru kategorycznego, stąd polemika z nią nie jest łatwa. Czasem trzeba sobie coś dopowiedzieć, odwołując się do innych jej wystąpień.

Tokarczuk jest wyznawczynią powieści. W rozmowie z Michałem Nogasiem przyznaje, że tak jak Miłosz mówiąc „literatura” miał na myśli przede wszystkim poezję, tak dla niej niemalże synonimem tego pojęcia jest powieść. Powieść jako spadkobierczyni mitów, baśni. Bo mit pełni rolę „głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie”. Rozumiem jej tęsknotę do opowieści globalnej, obejmującej jak najszersze obszary ludzkich doświadczeń. Zasadne jest też zwrócenie uwagi na ograniczenia dominującej w literaturze ostatnich lat narracji, prowadzonej z punktu widzenia jednostki, pozbawionej wszechwiedzy. Jak mówi Tokarczuk: „ekspresja autorskiego „ja” nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści.” A nawet: „jej [paraboli] niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności.”

Olga Tokarczuk w wielu miejscach wykładu odżegnuje się od podziałów gatunkowych w literaturze, traktując je jak przejaw komercjalizacji, zamieniania twórczości pisarskiej na proces fabrykowania produktów. Mówi też wprost, że nigdy nie była entuzjastką łatwego podziału na fiction i non-fiction. Mimo to, i tu muszę znów posłużyć się cytatem, formułuje sąd, który budzi mój silny sprzeciw: „Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: „Czy to prawda, co pani napisała?”. Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury. To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie.”

Po pierwsze, co pewnie mniej ważne, teza, jakoby kłamstwa krążące w przestrzeni publicznej wpływały na stosunek czytelników do fikcji literackiej, wydaje mi się bardzo wątpliwa. Myślę, że np. fantasy, kryminały czy powieści sensacyjne mają obecnie akurat całkiem dobry czas. Jakoś nie widzę logicznego związku między fake newsami a upodobaniami literackimi odbiorców. Dużo jednak trudniejsze do zaakceptowania jest stwierdzenie, jakoby pytanie o prawdę – jak rozumiem, w powieści – było podważaniem sensu literatury. Rozumiem, że chodzi tu o deprecjonowanie fikcyjności, co faktycznie może być bolesne, ale nie jest deprecjonowaniem literackości jako takiej. Muszę tu bronić literatury faktu, w której możliwości Tokarczuk, może nie wprost, ale jednak wątpi. Według pisarki literatura zaczyna się wtedy, gdy zadaje pytanie „dlaczego” (i próbuje na nie odpowiadać). Dalszym stopniem jest nadanie opowieści głębszego sensu, uniwersalności, wyjście poza konkret. Ależ literatura faktu to także robi! Jeśli czyta się Kapuścińskiego czy Krall, żeby tylko posłużyć przykładami autorów mi najbliższych, choć można podobnie analizować twórczość wielu innych reprezentantów tego nurtu, widać, jak kolejne zdarzenia łączą się z sobą, jak historie się rozwidlają, zapętlają, przestają być jednostkowe, są refleksją nad losem człowieka, wychodzą poza konkretny czas i miejsce, stają się tą parabolą, której znaczenie Tokarczuk podnosi. Przy czym dzieje się tak właśnie dzięki stosowaniu narzędzi o charakterze literackim – pewne fakty są uwypuklane, inne pomijane, w odpowiedni sposób budowane są frazy i zdania – wcale nie musi bezpośrednio dochodzić do głosu narracyjne „ja” autora. Co więcej, czytelnik musi sam odkrywać znaczenie zdarzeń, autorzy na ogół nie podają mu go w formie komentarza, ale tak konstruują opowieść, by dało się je dostrzec. Przez znaczenie zdarzeń rozumiem tu coś, co wychodzi ponad sam ich opis.

Dla mnie pytanie o „prawdziwość” ma sens. Jeśli kreatorem opisywanej historii nie jest wyobraźnia powieściopisarza, a „Wielki Scenarzysta”, jak nazywa go Hanna Krall, czyli to wszystko zdarzyło się „naprawdę” (używam cudzysłowów, by zaznaczyć, że każda opowieść zniekształca), wtedy nagle widzimy i odczuwamy cudowność naszego świata. Autor pokazuje nam, że w samej rzeczywistości są pokłady niezwykłości, zdumiewamy się zawiłościami historii, splotami przypadków, grą odniesień. Pojedyncze wypadki układają się w przypowieść. Zdziwienie zawarte w pytaniu: „to wszystko naprawdę się zdarzyło?” jest więc składnikiem emocjonalnego odbioru utworu, a nie, jak twierdzi Tokarczuk, cywilizacyjnym regresem.

Pewne zastrzeżenia mam też do interpretacji zagrożeń, jakie niesie internet. Jest prawdą, że bogactwo treści nie ułatwia rozumienia świata, wbrew temu, co mogło się kiedyś wydawać. Niemniej spośród różnych problemów, jakie mamy z siecią, zdecydowanie najważniejsze wydają mi się te, które polegają na rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości, łatwości szerzenia się mowy nienawiści, wreszcie posegmentowanie i zamknięcie użytkowników w dość ściśle ustalonych przestrzeniach, w których nie mają kontaktu z innymi treściami, opiniami i osobami. Możliwość wykorzystywania wiedzy opartej na big data do sterowania preferencjami ludzi dla celów tak komercyjnych, jak i politycznych wydaje mi się nadal mocno przeszacowana. O aferze Cambridge Analytica pisałem wtedy, kiedy stawała się akurat głośna, i zdania nie zmieniłem – uważam, że problem został rozdmuchany, a przede wszystkim niewłaściwie naświetlony. Wpływ kierowanych z Rosji farm trolli na kampanię wyborczą w USA był wielokrotnie silniejszy niż to, co ujawniono w związku z wykorzystaniem danych, które stały się dostępne za pośrednictwem Cambridge Analytica. Szczegółów nie będę tu już podawał, bo to szeroki temat.

Fascynujące są w wykładzie noblowskim wizja globalnej opowieści, dążenie do jej zbudowania, do takiego sposobu opowiadania, „żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.”. Jest to idea utopijna, ale artysta ma prawo do przedstawiania utopii, szczególnie w momencie, który ma tak wielkie dla niego znaczenie. Przyznam się jednak, że nie umiem się dać porwać tej myśli i namiętności. Bliższa mi jest sztuka pozbawiona wielkiego rozmachu, która skupia się na drobiazgach, na szczegółach, rozbitych szkiełkach życia, w nich szukająca sensu i mądrości. Z takich obrazów i historii też można tworzyć parabole, one także mogą prowadzić do myśli: „tak, to jest to!”. Do rozwiązań niekoniecznie absolutnie uniwersalnych, ale dających chwile szczęścia, wynikające z odkrywania spraw nieoczywistych, nie dających się opisać prostą formułą.

W gruncie rzeczy moja tu polemika z Tokarczuk nie jest sporem, raczej chęcią innego rozłożenia akcentów. W jej wykładzie można pewnie znaleźć myśli, które ten spór łagodzą, a nawet w ogóle poddają w wątpliwość. Wystąpienie w Sztokholmie było niewątpliwie bardzo dobre, warte uważnej lektury. Sam przeczytałem tekst już kilkukrotnie i będę pewnie do niego wracał. Mimo wszystko nie rozumiem, dlaczego spotykam tyle przesadnych, nie przystających do tej formy zachwytów. „Genialne”, „teraz rozumiem, dlaczego dostała Nobla”, „byłem zahipnotyzowany”, „oniemiałam” itd. Drażni mnie ta egzaltacja i adoracja. Może też dlatego chciałem ten balon chociaż nakłuć.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.