"Lekkoatletyka się skończyła i nigdy nie wróci"

Przed trzema miesiącami ukazały się zapowiedzi biografii Ireny Szewińskiej. Na okładce Irena w białym stroju z uniesionymi rękami wpada na metę. Książkę zatytułowaną „Prześcignąć swój czas” napisał Maciej Petruczenko, którego bardzo lubię, o czym już tu jakiś czas temu pisałem (https://jl01blog.wordpress.com/2019/03/16/sportowa-historia/). Irena Kirszenstein-Szewińska uosabiała dla mnie piękno i czystość lekkiej atletyki, w ogóle sportu, przez lata była niezmiennie wręcz punktem odniesienia dla wszystkiego, co się działo na bieżniach. Nic dziwnego, że od razu zapragnąłem nie tylko przeczytać opowieść o niej, ale mieć ten spory tom na własność.

Niestety, spotkało mnie rozczarowanie. Podtytuł „Kariera Ireny Szewińskiej od kulis” sugerujący, że dowiem się czegoś więcej o Irenie, jest mylący, choć przecież Petruczenko przez lata przyjaźnił się zarówno z nią, jak i jej mężem, fotoreporterem i kolegą z redakcji „Przeglądu Sportowego”. W czasach, gdy biografie są nie tylko modne, ale i oparte na coraz lepszym warsztacie pisarskim, kiedy autorzy łącząc metody historyków i reportażystów tworzą wnikliwe, nieoczywiste portrety bohaterów, nie wypada publikować tego rodzaju dzieł. Zarzutów mam tyle, że starczyłoby na bardzo, bardzo długi esej krytyczny. Świetny przecież dziennikarz sportowy przytacza w całości rozbudowane, wielostronicowe teksty ojca Ireny, samej sprinterki i jeszcze innych osób, nie mając odwagi wykorzystywać ich fragmentów, by stworzyć własną narrację. W ten sposób otrzymujemy szereg identycznych opisów tych samych zdarzeń i faktów, czytamy o sprawach nieistotnych, nic nie wnoszących do opowieści. Niby jest ona prowadzona chronologicznie, ale te wielostronicowe przytoczenia porządek czasowy skutecznie zaburzają. Dostajemy w gruncie rzeczy przede wszystkim relację odnoszącą się do kolejnych występów na lekkoatletycznych stadionach, spis wyników, ale sama Irena Szewińska w zasadzie pozostaje tą samą postacią, którą znamy tylko z gazet i sportowych sprawozdań. W dodatku książka jest fatalnie zredagowana, korektorkę bym pozbawił za jej pracę wynagrodzenia, po prostu amatorszczyzna.

A jednak czytałem tę złą książkę z przyjemnością. Jakżeby inaczej, skoro wracałem w ten sposób do tak ważnych dla mnie wspomnień i ludzi. Irena, trzy lata ode mnie starsza, przyszła do sportu niedługo przede mną. Bardzo szybko, już jako juniorka, zaczęła odnosić sukcesy, więc na czwartkach lekkoatletycznych, w których startowałem razem z nią, mogłem ją podziwiać jako gwiazdę tych imprez. Rok później była już reprezentantką kraju, a w październiku 1964 roku, jako osiemnastolatka, zdobyła na igrzyskach olimpijskich w Tokio trzy medale olimpijskie. Jej nieprawdopodobna kariera trwała potem jeszcze szesnaście lat, do ułomnej moskiewskiej olimpiady.

Siłą rzeczy na kartkach książki pojawiają się ludzie, zawodnicy i trenerzy, z którymi przez kilka lat prawie codziennie się stykałem się na stadionach i w halach, z którym jeździłem na obozy. Wprawdzie Irena Kirszenstein w biegach płotkarskich, poza najwcześniejszym, juniorskim okresem nie startowała, ale przecież przez jakiś czas jej trenerem był świetny kiedyś reprezentant Polski w biegu na 110 pł. Edward Bugała, więc osoby z tego, najbliższego mi środowiska, też tu występują. Zresztą w reprezentacyjnej sztafecie 4×100 m zawsze biegała jakaś płotkarka, poczynając od Elżbiety Bednarek, Teresy Ciepłej i Marii Piątkowskiej.

Petruczenko wspomina w książce dwukrotnie o moim pierwszym trenerze, Włodzimierzu Puziu, ale nie jako o kimś z polskiego lekkoatletycznego środowiska, w którym funkcjonowała Irena, ale przy okazji igrzysk olimpijskich w Meksyku. Właściwie trudno się dziwić. Mniej więcej po roku moich treningów z panem Włodkiem, chyba na jesieni 1962 roku, okazało się nagle, że został zwolniony z Gwardii Warszawa. Pamiętam burzliwe spotkanie w klubie, podczas którego starsi zawodnicy ostro protestowali przeciw tej decyzji. Miałem wtedy 13 lat i nie rozumiałem, co się dzieje, skąd ta decyzja. Puzio był wielokrotnym mistrzem Polski w biegu na 400 m przez płotki, przez pewien czas trenerem kadry w słynnym Wunderteamie Jana Mulaka, w najlepszych okresie polskiej lekkoatletyki. Nie wydaje mi się, żebyśmy się tego wieczoru dowiedzieli, jakie wysunięto przeciw niemu zarzuty. Dość, że nie spotkaliśmy się więcej na boisku, za to kilka razy zdarzyło nam się zetknąć na koncertach w Filharmonii Narodowej.

Pan Włodek był, co tu dużo mówić, człowiekiem w sporcie wyjątkowym. Zwróciłem od razu uwagę na jego gibkość, elegancję ruchu, ekspresję ciała. Dopiero później dowiedziałem się, że tańczył w balecie, występował w zespołach opery poznańskiej i opery krakowskiej. Co więcej, był znakomitym pianistą, uczniem profesorów Zbigniewa Drzewieckiego i Stanisława Szpinalskiego. Przez dwa lata akompaniował śpiewakom w klasie Ady Sari, która nawet w 1946 roku, zaproszona przez Puzia, pojawiła się po raz pierwszy w życiu na stadionie sportowym podczas mistrzostw Polski w lekkiej atletyce, powitana tam wielką owacją. Ale nie studiował ani baletu, ani fortepianu. Jego główną pasją, obok sportu, było malarstwo, którego uczył się na krakowskiej ASP, z roczną przerwą na baletowe występy w Poznaniu. Mówiono, a w zasadzie szeptano, bo w tych czasach był to temat, o którym głośno się nie wypowiadano, że jest homoseksualistą. Może i był, ale może próbowano tłumaczyć sobie w ten sposób jego nietypowe artystyczne zamiłowania. Tak czy inaczej bardzo odstawał od lekkoatletycznego towarzystwa, choć np. język miał barwny i że tak powiem – obrazowy. Wydawał mi się starszym panem, a miał zaledwie 42 lata.

Wkrótce po rozstaniu z nami wyjechał, wysłany przez Polski Związek Lekkiej Atletyki, żeby nie było z nim kłopotów, na Kubę, gdzie zbudował, prawie od podstaw, szkolenie tamtejszych sprinterów. Jego podopieczni, m.in. płotkarz Lazaro Betancourt, Miquelina Cobian i przede wszystkim Enrique Figureola byli pierwszymi kubańskimi lekkoatletami należącymi do światowej czołówki. Figuerola na olimpiadzie w Tokio zdobył srebrny medal na 100 metrów, a trzy lata później wyrównał rekord świata. Wtedy jednak Puzia na Kubie już nie było. Został ściągnięty do Polski, ale ponieważ znów popadł w niełaskę, powierzono mu kolejną misję – przygotowanie lekkoatletów Meksyku do mającej się tam odbyć olimpiady. Tu zadanie było trudniejsze niż na Kubie, bo i baza treningowa, i poziom zawodników daleko odbiegały od tego, z czym Puzio miał dotąd do czynienia. Mimo tego jego wychowankowie robili szybkie postępy. Najsłynniejsza podopieczna pana Włodka zdobyła jednak rozgłos nie ze względu na zwycięstwa na bieżni, ale dlatego, że jako pierwsza kobieta zapalała znicz olimpijski. Komitet organizacyjny igrzysk ogłosił, że ten zaszczyt zostanie powierzony temu lekkoatlecie, który pierwszy osiągnie minimum uprawniające do udziału w tych zawodach. Kiedy jednak okazało się, że najwcześniej spełniła warunek dziewiętnastoletnia Enriqueta Basilio, zapanowała konsternacja. Kobieta? To przecież wbrew starogreckiej tradycji i w ogóle nie wypada.

Podobno dalej wypadki potoczyły się jak następuje: Włodzimierz Puzio załatwił sobie audiencję u dr. Josue Sanza, przewodniczącego Komitetu Organizacyjnego. Enriquecie kazał się efektownie umalować i pięknie ubrać, zabrał ją ze sobą, ale do gabinetu wszedł sam. Sanzowi oświadczył, że Basilio jest bez wątpienia najlepszą zawodniczką w kraju, a poza tym prezentuje cechy, z których Meksykanie są dumni i jej wybór będzie dowodem, jak bardzo są tolerancyjni i otwarci. A w ogóle to trzeba ją zobaczyć. – No dobrze, gdzie można się z nią spotkać? – „Zaraz ją poproszę”. Puzio otworzył drzwi, Enriqueta weszła, a była przepiękną dziewczyną, o czym później mogli się przekonać widzowie na całym świecie. Sanz nie oparł się wdziękowi śniadej, czarnowłosej, ubranej w biała sukienkę dziewczyny i sprawa była załatwiona.

Nie wiem, czy tak było naprawdę. Może pan Włodek, który miał wielki dar opowiadania i mówił bez przerwy, sobie tę historię wymyślił albo podkolorował. Ale jest urocza tak jak urocza była Enriqueta, półkrwi Indianka.

W Meksyku polski trener osiągnął nie tylko sukcesy sportowe (około dziesięciu jego zawodników wystartowało ostatecznie w igrzyskach, ustanowili łącznie 12 rekordów kraju), miał też wystawy malarskie, koncertował, również w telewizji. Dyrektor tamtejszego centrum olimpijskiego zakupił fortepian i oznajmił panu Włodkowi, że zrobił to specjalnie dla niego.

Włodzimierz Puzio był potem jeszcze w Chile, ale właściwie niewiele już wiem więcej na temat jego losów. Kiedy mu się kłaniałem w warszawskiej filharmonii, odwzajemniał powitanie, ale mnie brakowało odwagi, by go zaczepić; pewnie mnie nie pamiętał.

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” pisał w roku 2013, długo po śmierci trenera:

„Włodzimierz Puzio przyjął mnie w małym mieszkanku przy Myśliwieckiej, którego głównym meblem był fortepian. Mieliśmy rozmawiać o lekkoatletyce, ale on już na wstępie powiedział: Nie mamy o czym mówić, bo lekkoatletyka się skończyła i nigdy nie wróci. Gdy zapytałem, kiedy to się stało i kto ten sport pogrzebał, trener odpowiedział: Proszę pana, widziałem w telewizji, jak biegaczka z NRD poprawiała rekord świata na 400 metrów, a po minięciu mety biegła dalej, uśmiechała się i pozdrawiała kibiców. To jest nie do pojęcia, biegacz po pobiciu rekordu na tym dystansie ma paść i umierać, bo to bieg, którego nie da się wytrenować tak, by bić rekordy bez bólu. Wyłączyłem telewizor, chciało mi się płakać.

Bardzo dobrze rozumiem mojego trenera. Dla mnie to też było przez długi czas niełatwe do zrozumienia, choć z czasem uznałem, że może jednak nowoczesne metody treningowe pozwalają na takie, niewyobrażalne kiedyś wyćwiczenie organizmu. Trudno jednak nie przyznać, że Irena Szewińska symbolizuje tamten, wcześniejszy okres w lekkiej atletyce, w którym nie słyszano o dopingu. Ona jeszcze wygrywała z Renate Stecher, ale już inna zawodniczka z NRD, Marita Koch, była poza jej zasięgiem. Dla mnie Irena pozostanie synonimem piękna sportu. Nie widziałem nikogo, kto by biegał na 200 metrów, a potem na 400, tak płynnie, lekko, z wysoko uniesionym środkiem ciężkości, długim krokiem, zupełnie bez wysiłku, jakby nie chodziło o wygrywanie, ale o przyjemność z poruszania się po bieżni.

Irena Szewińska zmarła w czerwcu 2018 roku, Enriqueta Basilio przed dwoma miesiącami. Włodzimierz Puzio dużo wcześniej, 27 lipca 1993 roku. I tak, w sposób trochę niezamierzony staje się ten tekst hołdem dla nich i dawnej, mojej lekkoatletyki.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Jesień w Bieszczadach

Zainspirowało mnie rozświetlone powietrze za oknem i świadomość, że piękna jesień się nieuchronnie kończy. Pomyślałem, nie pierwszy raz, że niezależnie od klimatycznych zawirowań październik w Bieszczadach zawsze jest piękny, a coroczny tam wyjazd wręcz niezbędny, by się psychicznie przygotować do nadchodzącej zimy. Aż trudno uwierzyć, że już ponad pół wieku, z niewielkimi przerwami, odprawiam ten sam jesienny rytuał.

Zaczęło się w 1968 roku. Byłem w kiepskim nastroju, nie zdałem jednego egzaminu, z drugiego przedmiotu nie dostałem nawet zaliczenia. Groziło mi usunięcie ze studiów, jeśli sobie nie poradzę we wrześniowej sesji poprawkowej, bo pierwszego roku nie można powtarzać. Zainspirowany piosenką Młynarskiego po prostu wyjechałem w Bieszczady. Pewnego dnia, bardzo wczesnym rankiem, stanąłem na szosie za Jankami, bo tam się kończyła miejska zabudowa, i zacząłem łapać stopa. Jako trochę już doświadczony autostopowicz miałem książeczkę autostopu, którą kupowało się w jednym z punktów jakiejś organizacji, która tę anarchiczną z natury aktywność postanowiła regulować, a nazywała się bodaj Społeczny (sic!) Komitet Autostopu. W książeczce były kupony z różnymi wartościami odległości (np. 50, 100 lub 200 km), które się wręczało kierowcy przy wysiadaniu, ale też należało mu zostawić tę książeczkę na czas podróży, a co najmniej pokazać z bliska, co było dla niego jakimś rodzajem ubezpieczenia , gdyby pasażer zachował się niewłaściwie.  Książeczka była imienna, z pieczątką i jakimiś danymi. Kupony kierowcy mogli na końcu sezonu zamieniać na nagrody. Z drugiej strony taki oficjalny autostopowicz czuł się moralnie usprawiedliwiony, że nie płaci za przejazd, bo takie były ogólnie obowiązujące reguły gry i tym się człowiek z książeczką różnił od kogoś, kto chciał podwózki do pracy czy do sklepu w innym mieście. Nie było wtedy jeszcze tirów, po szosach jeździły głownie zwykłe ciężarówki, z paką osłoniętą brezentem, czasem nawet z ławeczkami przy burcie, i na takiej ławeczce, a częściej na przewożonym towarze się niespiesznie podróżowało, nocując po drodze w stodołach lub stogach siana. Tak dotarłem w Bieszczady, do Jabłonek. Przenocowałem w studenckiej bazie namiotowej, w prawie pustym dużym, wojskowym namiocie. Wkrótce dotarł tam kilkunastoosobową grupą obóz wędrowny z Politechniki Gdańskiej. A że akurat ktoś się wykruszył, więc skorzystałem z zaproszenia i z ciekawością, choć też z pewnymi obawami dołączyłem do nich. Przyjęły mnie do swojego namiotu dwie dziewczyny, w zamian wziąłem na siebie noszenie tej ciężkiej, choć łatwo przemakalnej „dwójki”, w której trzeba było spać w wielkiej ciasnocie. Zresztą w tamtych czasach musiało się nosić z sobą wszystko: duże garnki, w których gotowaliśmy na ognisku wspólny dla wszystkich posiłek, większość potrzebnego jedzenia, w szczególności chleb. Chleb bywał w nielicznych sklepach raz lub dwa razy w tygodniu, w postaci wielkich bochnów, które jednak należało wcześniej zamówić u pani sklepowej.

Wędrując z gdańszczanami uczyłem się z entuzjazmem Bieszczad i nieznanej mi wcześniej grupowej turystyki – wspólnego gotowania, wzajemnego pomagania sobie, śpiewania piosenek, w tym pochodzących z pogranicza, czyli łemkowskich, ukraińskich i słowackich. Wędrówkę skończyliśmy na brzegu lasu pod Leskiem całonocną zabawą taneczną przy gitarze i naprędce kleconych naturalnych instrumentach. Z moimi dziewczynami z namiotu jeszcze przez jakiś czas korespondowałem, ale teraz już nie pamiętam, ani jak się nazywały, ani nawet jak wtedy wyglądały. Został mi w głowie nastrój, uczucie szczęścia i krajobrazy pustych, tylko przez nielicznych uczęszczanych gór.

Jesienią zaliczyłem egzaminy i pojechałem znowu w Bieszczady. Ponownie stopem, tym razem na rajd organizowany przez warszawskie Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich. Później wielokrotnie bywałem na kolejnych odsłonach tego rajdu, przez pewien czas ze szkolnymi uczniami, a w końcu zacząłem w tym wrześniowo-październikowym terminie odwiedzać Bieszczady całkiem prywatnie. Ten pierwszy rajd zapadł mi w pamięć szczególnie. Po raz pierwszy zobaczyłem tutejszy wspaniały kolorowy krajobraz i znalazłem się na szlaku zupełnie sam. Poczucie wolności i samotności w obliczu przyrody, wtedy bujnej i nieujarzmionej, stało się dla mnie tym, co mnie na lata wciągnęło i zafascynowało.

Wolność w tych górach była i dotąd trochę jest czymś, co ten najdalej wysunięty na południowy wschód zakątek Polski odróżniało od innych gór, może z wyjątkiem Beskidu Niskiego. Miejsc noclegowych w schroniskach było niewiele, trzeba było się zdać na uprzejmość gospodarzy w nielicznych wioskach i spać po stodołach albo nosić z sobą namiot. Jeśli się więc wędrowało samotnie lub małą grupką, nie było sensu się przejmować, gdzie się spędzi następną noc ani dokąd się danego dnia dotrze. Najważniejsze jednak, że przemierzało się ten teren tak, jak kto chciał. Park Narodowy zajmował bardzo niewielki obszar, a wszędzie indziej nikt nie zakazywał swobodnie się przemieszczać. Mieliśmy mapy, na ogół bardzo niedokładne, bo wtedy rysowało się je tak, by „zmylić wroga”, a więc pokazywany na nich układ terenu, a już szczególnie przebieg dróżek, nie do końca odpowiadały rzeczywistości. Las, który wyrósł od wojny, nie „uprawiany” przez leśników, pokrywał gęsto i bezładnie wielkie, trudno dostępne tereny, trzeba było więc wyszukiwać zwierzęce ścieżki, które często się nieoczekiwanie kończyły. Ale to było właśnie wyzwaniem – trafić, tam gdzie się chciało, kierując się prawie wyłącznie układem grzbietów i dolin, bardzo skomplikowanym w Bieszczadach i trudnym orientacyjnie. Pierwszego dnia rajdu w 1968 r. miałem dotrzeć do Dołżycy, gdzie startowała moja trasa, i tak się zagubiłem, że kiedy późnym wieczorem znalazłem się na szlaku na grzbiecie Łopiennika, jacyś ludzie, też zmierzający na ten sam co ja nocleg, uświadomili mi, że idę w przeciwnym kierunku. Z biegiem lat nabierałem wprawy w orientowaniu się w skomplikowanej topografii, nie tylko bieszczadzkiej, choć jeszcze kilka razy zdarzyło mi się popełnić poważne błędy i to również w sytuacji, gdy byłem odpowiedzialny za prowadzenie dużej grupy. Niemniej tego typu włóczęga jest dla mnie nadal pociągająca, daje mi radość i poczucie swobody. Co więcej, dzisiaj, gdy do parku narodowego ciągną prawdziwe tłumy, jest antidotum na poruszanie się w prawie nieprzerwanym wężu ludzkim po połoninach. Bieszczady zostały już zagospodarowane, zasiedlone, przez lasy prowadzą szerokie, utwardzone drogi, którymi zwozi się drewno, i nie ma już prawie wielkich, jednolitych obszarów, w których panuje tylko natura, ale jeszcze zawsze trafiają się miejsca przypominające te góry, które poznałem pięćdziesiąt lat temu.

Wspomniałem wcześniej o samotności, która oprócz wolności też może być źródłem szczęścia. Zwykle nie chcę być sam i nawet w górach lubię chodzić w grupie, ale jest w bieszczadzkiej samotności coś, co współgra z wolnością. Kiedy się wsłuchać w wysiłek ciała, pokonującego trudności na szlaku, a jednocześnie w odgłosy przyrody, zapatrzyć w kolory liści, w odsłaniające się niezliczone pasma grzbietów, można pozostać z własnymi myślami, czemu te wszystkie zewnętrzne bodźce sprzyjają. Miałem czasem podobne odczucie w trakcie biegania w lesie. To jest stan, który uspokaja, uwalnia od niepokojów. Dawniej uważałem, że etyka turystyczna nakazuje nie rozdzielać się, nawet w łatwym terenie. Teraz już się przyzwyczaiłem do tego, że każdy może iść swoim tempem, byle raz na jakiś czas ten najszybszy poczekał na resztę.

Dzisiaj moje pobyty w Bieszczadach wyglądają całkiem inaczej niż kiedyś. Nie sypiam na sianie w stodołach (zresztą siana już nie ma!), a nawet w schroniskach, ale w kwaterach, na ogół u zaprzyjaźnionych gospodarzy. Dobre łóżka, ciepła woda, dostęp do kuchni, obiady w barach lub restauracjach – taki jest teraz standard. Nie narażam już kolan i kręgosłup na wyzwania, w plecaku mam tylko termos, coś do jedzenia, dodatkowy polar, latarkę i kilka drobiazgów. Przyzwyczaiłem się do wygody. Czasem się zastanawiam, czy dałbym jeszcze radę wędrować w tradycyjnym stylu, i kiedy spotykam młodych ludzi idących z pełnym obciążeniem, patrzę na nich z podziwem, ale i zazdrością. Bo im jestem starszy, tym bardziej traktuję jesienne wyjazdy jako sprawdzian sprawności. Ciągle jeszcze mieszczę się z pewnym zapasem w czasach, podawanych dla poszczególnych odcinków na mapach czy tabliczkach na szlakach. W tym roku jednak nie mogłem się pogodzić z faktem, że inni wyprzedają mnie i to nawet na podejściach. Próbowałem, podrażniony, przyspieszać, ale nie dawałem rady. Nie żebym zaczął traktować wędrówki w kategoriach sportowych, niemniej przyglądam się sobie z niepokojem, wypatrując objawów starzenia się, które oczywiście nieuchronnie się pojawiają. Zastanawiam się od jakiegoś czasu, ile jeszcze tej wolności. Dziesięć lat, do osiemdziesiątki? Krócej? A może jednak dłużej? Kiedy zacznie się kryzys? Czy nagle, czy stopniowo? Chciałbym jeszcze z wnukiem podreptać pod górę, pokazać mu ulubione miejsca. Może jeszcze bardziej zarazić moim rozumieniem wolności. Usiąść gdzieś wysoko i patrzeć w słoneczny dzień w milczeniu w bezludną przestrzeń.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Po 35. Warszawskim Festiwalu Filmowym

Co roku szukam na Warszawskim Festiwalu Filmowym takich pozycji, które coś mi powiedzą o tym, jak się zmienia świat wokół mnie. Właściwie zawsze mnie to interesowało, zawsze mnie pociągało kino przez to, jak bardzo może być współczesne, potrafi reagować na sygnały przychodzące niejako zza ściany czy z ulicy, ale dzięki temu też pokazywać zjawiska, które w codziennym oglądzie umykają uwadze. Im jestem starszy, tym bardziej mnie to ciekawi, bo z wiekiem tracę nieuchronnie kontakt z czymś, co nazwałbym głównym nurtem życia, w którym są zanurzeni ludzie dużo od mnie młodsi. To na egzystencji późniejszych pokoleń odbijają się zmiany społeczne, kulturowe, cywilizacyjne, to trzydziesto- czterdziestolatkowie tworzą inne style życia i w gruncie rzeczy narzucają wartości. Nie my, już stojący trochę z boku.

Nie zawsze takie filmy udaje się znaleźć, a jeśli już, niekoniecznie są to dzieła satysfakcjonujące. Przed trzema laty zaciekawienie wzbudził we mnie obraz „Between Us” Rafaela Palacia Illingwortha, w następnej edycji festiwalu zachwyciłem się amerykańską „Nowością” („Newness”). Żałowałem, że film nie pojawił się w polskiej dystrybucji, ale z tego, że na portalu Filmweb ma ponad 8000 ocen, wnioskuję, że był dostępny przynajmniej w sieci. W tym roku nie widziałem niczego, co by miało podobny ciężar gatunkowy, ale dwa filmy warte są odnotowania.

„Zwierzęta” („The Animals”) są adaptacją powieści pochodzącej z Manchesteru pisarki Emmy Jane Unsworth. Jej bohaterki, podobnie jak autorka, gdy pisała książkę, mają około trzydziestu lat, a reżyserka filmu, Australijka Sophie Hyde o dziesięć więcej, tak więc chodzi o czas przejścia z młodości do dojrzałości, bo młodość, nie da się ukryć, trwa coraz dłużej. Filmowe Tyler i Laura mieszkają we wspólnym pokoju w Dublinie, a ich życie koncentruje się na wieczorno-nocnych zabawach w lokalach, gdzie się pije, gada, zażywa narkotyki. Ten sposób spędzania czasu jest świadomym wyborem, buntem przeciw ciągle obowiązującemu, konserwatywnemu w ich oczach rozumieniu tego, do czego powinna dążyć kobieta. W gruncie rzeczy obie nie widzą żadnej pociągającej alternatywy. To zresztą inteligentne, oczytane i prawdopodobnie solidnie wykształcone dziewczyny, wcale nie zagubione, sprowadzone na złą drogę istoty. W swoich kontaktach z ludźmi, niezależnie od tego, czy bliskimi, czy znajomymi, zawsze akcentują niezależność i poczucie własnej wartości. Kiedy Laura zakochuje się w przystojnym pianiście, budującym swoją karierę na polu muzyki klasycznej, Tyler odczuwa to jako zdradę nie tylko przyjaciółki, ale także wyznawczyni podobnych wartości. Niewierność Jima przywraca dawny układ.

Oczywiście, mamy świadomość, że ten sposób życia ma swoje ograniczenia, że w końcu dochodzi się do punktu, kiedy trzeba stać się dorosłym. Sygnały zwiastujące ten nadchodzący zwrot coraz częściej się pojawiają. Jest w tym filmie formalne rozwichrzenie, współgrające z opisem rzeczywistości i w jakimś sensie naturalne, bo trudno przekonująco opowiadać o dzisiejszym świecie w sposób tradycyjny. Charakterystyczny jest też kobiecy punkt widzenia – postaci mężczyzn rysowane są bardzo grubą kreską, są bardziej figurami niż pełnoprawnymi osobowościami.

Drugim filmem, który warto docenić, jest „Echo”, zrealizowane i wyprodukowane przez islandzkiego reżysera Rúnara Rúnarssona. To oryginalny i udany projekt, jeśli można tak powiedzieć o filmie. 60 krótkich scen, o których trudno powiedzieć, ile jest w nich czystego dokumentu, a na ile zostały wyreżyserowane czy zagrane. Zupełnie niepowiązane ze sobą fragmenty, z bardzo różnymi bohaterami, układają się jednak w chronologiczną relację z grudniowego czasu przygotowań do Świąt, kończąc się w noworoczny poranek. Wprawdzie wiele z tych epizodów ma lokalny, islandzki koloryt, jakoś odbija się w nich obraz współczesnego zachodniego społeczeństwa, z jego istotnymi rysami, procesami i zmianami. Okazuje się, że choć w tak krótkich obrazkach z konieczności trzeba się skoncentrować na bardzo konkretnej, prostej idei, można to zrobić w sposób przejmujący i zadziwiająco głęboki. Oto np. w zimowej, nocnej scenerii płonie dom. Wokół gromadzą się sąsiedzi. Jeden z nich opowiada wnuczce, że w tym domu po raz pierwszy tańczył z jej babcią. Podchodzi do właściciela i pyta, dlaczego podpalił budynek. Ano remont jest drogi, o wiele taniej jest zamówić gotowy dom w Polsce (!), postawić i można przyjmować turystów. A przy okazji – pyta – masz jeszcze kury? Bo chciałbym dla moich gości ekologicznych jajek.

Liczne sceny dotyczą stosunków rodzinnych, towarzyskich, zachowań przedświątecznych. Żadna nie jest całkiem jednoznaczna, oskarżycielska czy napastliwa. Niemniej jest to film jednocześnie uroczy i smutny, czy może inaczej to formułując – melancholijny.

I na koniec krótko o filmie, który zrobił na mnie największe wrażenie. Krótko, bo pewnie trzeba będzie do niego jeszcze wrócić. Chodzi o „Malowanego ptaka”, czeską adaptację powieści Jerzego Kosińskiego. To dzieło wybitne, utrzymane w niezwykle konsekwentnej formie. Wszystko jest tu przemyślane: język, koncepcja zdjęć, oświetlenia, gry aktorskiej, rytmu. Obraz czasem brutalny, realistyczny, ale taki, w którym realizm wzięty jest w pewien nawias. Václav Marhoul, wierny komentarzowi Kosińskiego, który umiejscowił akcję „gdzieś” w Europie wschodniej, każe mówić aktorom w sztucznym języku słowiańskim, w tzw. międzysłowiańskim. Rzeczywiście, nie tylko język, ale i sceneria, i kultura wiejska są pewną kreacją, co w połączeniu z prawie całkowitym brakiem dialogów i wymuszonym przez to statycznym stylem aktorskim nadaje filmowi do pewnego stopnia abstrakcyjny kształt. Nie zmienia tego fakt, że szereg realiów wiąże rzeczywistość filmową z tą, której nie da się przypisać innym czasom niż II wojna światowa. W Polsce jak książka, tak i sam Kosiński, jako jej autor, budzą tyle kontrowersji, że prawdopodobnie nikt nie spróbuje „Malowanego ptaka” rozpowszechniać w kinach, niemniej czekam, co się dalej wydarzy.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Tarantino i Hollywood

Już dawno żaden film nie sprawił mi w kinie takiej przyjemności jak „Pewnego razu… w Hollywood”. To odczucie wydaje mi się w tym przypadku najważniejsze, bo dominujące i spychające na bok oceniające myślenie. Co więcej, wydaje mi się, że dzielę je z autorami i aktorami występującymi u Tarantino – bo choć radość tworzenia jest czymś charakterystycznym dla tego reżysera i zwykle udziela się widzowi, tym razem wszystko inne jest wręcz mniej ważne. Trudno się nie uśmiechnąć, obserwując montaż ujęć tworzących monolog Di Caprio –Ricka Daltona, który strofuje się za zapomnienie tekstu na planie. Podobnie, gdy Tarantino aranżuje sceny westernowe, bardzo na serio, ale z zachowaniem wszystkich dawnych konwencji, łącznie z kadrowaniem i stylem dialogów. Byłoby to jednak błahą zabawą, gdyby za nią nie kryła się autentyczna miłość do hollywoodzkiego kina. Tego kina, które tworzą obrazy dziś może nie uważane za osiągnięcia przełomowe, ale które były niejako istotą fabryki snów. Tarantino nigdy nie ukrywał, że właśnie takie kino jest mu bliskie, do niego nieustannie sam nawiązuje, przetwarzając twórczo jego motywy, wplatając dystans i ironię.

W życiu bohaterów „Pewnego razu… w Hollywood” zdolnego, choć czującego się przegranym aktora (Di Caprio), oraz jego kumpla, kaskadera dublującego Ricka w trudniejszych momentach (Brad Pitt), nie da się łatwo oddzielić funkcjonowania w rolach filmowych, na ekranach telewizyjnych i kinowych, od prywatności. Nic nie jest do końca sztuczne, ale też do końca prawdziwe. Pitt znakomicie wyważa proporcje. Przekonuje widza – postawą, wyrazem twarzy, pewnością siebie, że również poza planem filmowym jest jak westernowy bohater, że z każdej awantury wyjdzie cało. Di Caprio odwrotnie: gra mocne, czarne charaktery, bandytów, za to „w życiu” jest rozbity, uczuciowy, a jednak role filmowe jakoś go określają, przynajmniej w oczach fanów. Nad tą dwoistością nadbudowana jest gra Tarantino, gra z prawdą i rzeczywistością. Świat, który oglądamy na ekranie – mówi nam reżyser – jest zawsze umowny, ja nad nim panuję, ja go stwarzam, a od was, widzów, zależy, co weźmiecie za swoje, w co zechcecie uwierzyć, czym się wzruszyć. Wielokropek w tytule filmu dobrze z tą ideą koresponduje.

Dla takiej opowieści odwołanie się do Hollywoodu z lat sześćdziesiątych jest rzeczą jak najbardziej naturalną. Z jednej strony mamy tam ekranowe konwencje, bardzo czytelne, których umowność jest dla wszystkich zrozumiała, z drugiej ciągle jeszcze system gwiazd podziwianych i czczonych przez miliony widzów, które w wyniku tej presji funkcjonują w ścisłym związku z filmową fikcją. Tymczasem na ulicach zaczynają się pojawiać hippisi, zaraz do głosu dojdzie kontrkultura i młodzi buntownicy, którzy zachwieją podstawami świata, w którym okopały się wytwórnie filmowe w Los Angeles. Zbrodnia w willi Romana Polańskiego była spektakularnym, okrutnym końcem dotychczasowego porządku, ale Tarantino ten kres symbolicznie, siłą swojej władzy kreatora fikcji, ale też dla przyjemności z zachowywania wierności konwencjom, unieważnia.

Sam do końca nie pojmuję, dlaczego Tarantino jest mi bliski. Przecież odwołuje się do kina, które nigdy nie traktowałem poważnie. Jeśli Rick jedzie do Włoch, by grać w spaghetti westernach, to w filmie Corbucciego, autora Django z 1966 r., a nie u Leone, który z czasem zyskał renomę autora poważnego. Ciekawe, że w naszym warszawskim Iluzjonie, niewątpliwie reagując na „Pewnego razu…w Hollywood”, zaimprowizowano we wrześniu dodatkowy cykl nazwany Co widziałeś w kinie, Quentin?, w którym znalazły się Butch Cassidy i Sundance Kid, Easy Rider, Bonnie and Clyde, Chinatown, Siedmiu wspaniałych, czyli filmy, które na pewno nie są Tarantino nieznane, ale pochodzą z trochę innej półki, a co ważne, może poza ostatnim, rozbijają tradycję, do której on sam nawiązuje.

Prawdopodobnie jest tak, że po latach nabiera się sentymentu także do tej części kultury, która kiedyś wydawała się niewarta uwagi. W końcu Znak Zorro czy Bonanzę oglądałem w telewizji wtedy, gdy w ogóle nie miałem pojęcia, że film może być czymś ważnym. Jeszcze inna sprawa to muzyka i piosenki, które przecież wiodły całkiem niezależne życie, choć wiele z nich pochodzi z filmów. Część z bogatej muzycznej ilustracji to nie te najbardziej znane nagrania i wersje, ale wszystkie przypominają widzom drugą połowę lat sześćdziesiątych, a dla mnie to epoka w muzyce najbliższa. Ze wzruszeniem słuchałem np. trochę zapomnianych Vanilla Fudge i „You Keep Me Hangin’ On”. Więc może chodzi przede wszystkim o sentyment i nostalgię? Chyba jednak nie tylko. Imponuje mi, z jaką swobodą wchodzi Tarantino w sam środek tkanki filmowej, którą zna tylko jako widz, może nawet kinowy maniak. Jak nabiera prawdy i głębi podwójna –w tym sensie, o jakim pisałem wcześniej – egzystencja jego bohaterów, mimo że jest istnieniem w osobnym, izolowanym świecie. I wreszcie przewrotna droga do tezy, że tylko film może ten świat niejako zatrzymać i uratować.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Wygraliśmy z Niemcami.

Wygraliśmy z Niemcami. To znaczy wygrały polskie siatkarki z niemieckimi, w ćwierćfinale Mistrzostw Europy. Mecz odbył się w wypełnionej szczelnie wielkiej hali sportowej w Łodzi. Wszyscy podkreślają, że w zwycięstwie pomogła wspaniała publiczność. Zgadzam się, pomogła. Tak bardzo pomagała, że początkowo, po kilku minutach oglądania meczu, wyłączyłem z irytacji telewizor.

W siatkówce przyjęło się, że gdy piłka jest w grze, panuje cisza – milknie muzyka, nie ma okrzyków. Nie tym razem. Kibice w Łodzi nie tylko gwizdali w trakcie zagrywania przez nasze przeciwniczki piłki – co niestety coraz częściej się zdarza, choć zwykle są to pojedyncze gwizdy – ale również wtedy, gdy Niemki rozgrywały swoje akcje. To już było dla mnie trochę za dużo. Dotychczas chodziło w siatkówce o to, by wspomagać swój zespół, by dodawać mu otuchy, by dopingując wyzwolić nowe siły fizyczne i psychiczne. Samo słowo „doping” ma taki sens. Żeby więc „nasi” wznieśli się na wyższy poziom i żebyśmy dzięki temu obejrzeli lepsze, może i bardziej emocjonujące widowisko. Kiedy trochę ochłonąłem, przypomniałem sobie, że mogę przecież wyłączyć dźwięk, i tak zrobiłem, obejrzałem spotkanie do końca w ciszy, pozbawiając się trochę przyjemności współuczestnictwa, z oddali, w tym ważnym wydarzeniu sportowym.

Jak to dobrze, że mogę tu sobie w spokoju wylewać żale, nie wdając się w polemiki, z pełną świadomością, że moje rozumienie rywalizacji sportowej jest całkowicie anachroniczne. Na szczęście mało kto ten tekst przeczyta. Wysłuchałem komentarzy po meczu, przeczytałem późniejsze relacje. Nikt, dosłownie nikt nie dostrzegł naganności zachowania publiczności. W „Der Spiegel” napisali wprawdzie, że gdy niemiecka siatkarka serwowała, polscy kibice zawsze gwizdali, i nawet wyrażono w artykule opinię, że gdyby mecz nie odbywał się w łódzkiej Atlas Arenie, to wynik na pewno byłby inny, ale przekroczenia dobrych obyczajów nie potępiono. Kolejny raz zatęskniłem za Bohdanem Tomaszewskim. Nie wyobrażam sobie, by nie zareagował.

W ostatnią niedzielę w czasie meczu Cagliari – Inter fani gospodarzy udawali małpy i gwizdali, gdy do piłki dochodził czarnoskóry piłkarz mediolańczyków Romelu Lukaku. No tak, to było niewątpliwie zachowanie rasistowskie. Kilka dni później kibice Interu, a więc klubu tego piłkarza, Belga, wydali oświadczenie, w którym piszą: Rozumiemy, że niektóre okrzyki mogły wydawać Ci się rasistowskie, ale takie nie były. We Włoszech szukamy wszystkich sposobów, by pomagać naszym zespołom i denerwować rywali. To nie jest rasizm. Jesteśmy wieloetniczną organizacją kibiców. Zawsze witaliśmy piłkarzy z całego świata, ale używaliśmy też tego sposobu, by wyprowadzić z równowagi przeciwników. Prawdopodobnie będziemy robić to w przyszłości. Prasa pisze, że oświadczenie jest skandaliczne, i trudno się nie zgodzić. Ale wywód jest przecież logiczny. Jeśli zadaniem kibiców jest denerwowanie zawodników przeciwnika i powodowanie w ten sposób, żeby grali gorzej i popełniali błędy, to jasne, że szuka się sposobów, by skutecznie do tego doprowadzić. A co może być efektywniejsze, niż obrażanie graczy, trafianie w ich najczulsze miejsca? A że mecz będzie gorszy, mniej zobaczymy dobrych akcji, jakie to ma znaczenie? Przecież pomogliśmy naszym. Zresztą nie mam złudzeń w stosunku do kibiców piłkarskich, wielu z nich przychodzi na mecze, by załatwiać swoje własne sprawy i problemy, niewiele ma to wspólnego ze sportem.

Ostoją fair play – na razie – pozostaje tenis. Tam, jeśli zdarzy się, że ktoś okrzykiem przeszkodzi serwującemu, sędzia przerywa akcję i zwraca kibicom uwagę. Tego nie robił, niestety, arbiter prowadzący wspomniany wyżej mecz Polska – Niemcy. Tenisowy savoir-vivre piętnuje też oklaskiwanie ewidentnych błędów któregoś z graczy. Podczas finału lipcowego turnieju w łotewskiej Jurmale, w którym grały Katarzyna Kawa z dużo wyżej notowaną w światowym rankingu zawodniczką gospodarzy Anastasiją Sevastovą, publiczność oklaskiwała każdy błąd Polki, a przed jej serwisem pojawiały się często gwizdy. Robiło to bardzo przykre wrażenie, choć Kawa nie dawała się wytrącić z równowagi. Oczywiście Łotwa to peryferie wielkiego tenisa, ale niepokój u mnie pozostał. Obawiam się, że praktyka przeszkadzania przeciwnikowi i przekonanie, że takie przeszkadzanie jest jak najbardziej w porządku, zmieni wkrótce także konserwatywny tenis, choć dziś jeszcze trudno sobie to wyobrazić. No ale właściwie, dlaczego nie? Dlaczego na kortach ma być inaczej niż w siatkówce?

Jedynym ratunkiem byłoby aktywne piętnowanie niewłaściwych zachowań i tłumaczenie kibicom, co przez nie tracą. Bo tracą, mianowicie przyjemność z oglądania sportu na wysokim poziomie, możliwość dostrzeżenia jego piękna, rozumianego całkiem dosłownie, w kategoriach estetyki. Owszem, w sporcie chodzi o wygrywanie, chodzi o emocje z tym związane, ale także o satysfakcję wynikająca z obserwowania z bliska ludzi, których umiejętności w danej dziedzinie są nieprzeciętne, wypracowane intensywnym treningiem, wspomagane talentem.

Było mi żal niemieckich bardzo młodych siatkarek. Płakały po meczu, na pewno dlatego, że były bliskie wygrania, ale myślę, że także z powodu atmosfery i dalekiej od fair play presji, jakiej zostały poddane w spotkaniu. Chciały się pokazać tej ogromnej, jak na kobiecą siatkówkę, widowni z jak najlepszej strony, a okazało się, że publiczność wcale tego nie potrzebowała. A przecież mogło się stać inaczej. Gdyby od razu na początku spiker zareagował i spokojnie zwrócił uwagę publiczności na to, jakie obowiązują zasady kibicowania, wykazałby się zrozumieniem ducha sportu i odpowiedzialnością. Tymczasem zrobiono kolejny kroczek w kierunku, w którym się już od dłuższego czasu posuwamy.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

1 września

Już dawno nie mam żadnych bezpośrednich związków ze szkołą. Uczenie w liceum z perspektywy lat było ledwie epizodem, ale tak ważnym, że już nigdy nie wyjdzie mi z głowy. O wielu przeżyciach powoli zapominam, ale o tych sprzed czterdziestu paru lat, gdy praca, a właściwie bycie w szkole i wokół szkoły mnie tak pochłaniało, nie mogę.

Początek września jako data rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego jest jednym z nielicznych niezmiennych atrybutów polskiej edukacji. Patrzyłem z dziś z pewnym wzruszeniem na dziewczyny w białych bluzkach wpadających na moje podwórko, za blok spoza którego nie widać budynku szkolnego, by wypalić pierwszego w nowym sezonie papierosa. W kawiarni, w południe, okupujących w lecie stoliki emerytów zastąpili licealiści. Znaki czasu bardziej nieuchronne niż zmiany pór roku.

Czytam, co myślą o stanie oświaty Krystyna Starczewska, Łukasz Ługowski i paru innych związanych ze szkołą ludzi – wszyscy z mojej „bańki”. Kiedyś bym tak nie pomyślał. W latach 1980-81 i później, w okresie wokół przełomu powstawania wolnej Polski, wydawało mi się, że zdecydowana większość ludzi chcących coś zmienić w tej dziedzinie zgadza się co do pewnych, bardzo podstawowych zasad. Wiedzieliśmy, jacy byliśmy w komunistycznym systemie, jakie w nim panowały reguły, czego nie wolno było robić, a co – przynajmniej teoretycznie – należało, więc było oczywiste, jakie zmiany są konieczne. Od kiedy zacząłem uczyć, ważniejsze było dla mnie to, jacy będą moi uczniowie, jakimi staną się ludźmi, niż na ile będą znali fizykę. Przy czym nie myślałem o swojej pracy w kategorii wychowywania, w każdym razie nie w sposób świadomy. Po prostu chciałem mieć do czynienia z ludźmi, którzy będą otwarci na innych, solidarni, nieskoncentrowani wyłącznie na sobie. Starałem się przekonywać, że ważna jest uczciwość, odwaga cywilna, wewnętrzna wolność. Oczywiście nie jako hasła, teoretyczne zasady, ale reagując na sytuacje, które się zdarzały. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby z jakichś powodów rezygnować z własnego systemu wartości. Nie wiem, na ile sam byłem konsekwentny, czy udało mi się zawsze zachować właściwie w okolicznościach bardziej skomplikowanych, gdy decyzje zależały od wielu czynników. Przy czym nikt – myślę głównie o rodzicach , ale i o władzach szkolnych – nigdy nie mówił, że nie życzy sobie narzucania dzieciom cudzego światopoglądu, nikt nie mówił, że jest to działanie ideologiczne.

Kiedy upadł PRL, większość tych, którzy myśleli o reformie szkoły (tak mi się wydawało), byli zgodni, że w takim kierunku, w jakim chcemy zmieniać państwo, trzeba też przekształcać szkołę. Człowiek poprzedniego państwa żył w systemie zakazów. Oficjalnie obowiązujących i nieoficjalnych, siedzących tylko w głowie. Jego wolność działania była ściśle limitowana. Większość decyzji była podejmowana poza nim, w hierarchicznym układzie, na którego funkcjonowanie miał niewielki wpływ. Nic więc dziwnego, że zrywając z Polską komunistyczną, chcieliśmy szkoły demokratycznej. Takiej, w której swobodę działania mają i nauczyciele, i dyrektorzy, i uczniowie. Szkołę, w której można pracować twórczo. Szkoły społeczne i prywatne nie powstawały z chęci zysku, ale z entuzjazmu, że oto będzie się miało swobodę przy realizacji własnych koncepcji. Mogły mi się nie podobać różne testowane rozwiązania, ale najważniejsza była wolność, demokratyczne zarządzanie, a także postępująca, przyznaję, że z trudem, demokracja wewnątrzszkolna. Konsekwencją tego było promowanie wartości demokratycznych, otwartości na innych, na świat, na nowe pomysły, szukanie różnych inspiracji, wyjście poza uczenie się tylko tradycyjnych przedmiotów. Krótko mówiąc, to, co się stało już w latach 90. w szkole, było z jednej strony naturalną reakcją na zrzucony gorset PRL-u, a z drugiej wykorzystaniem szansy, jaką było wyzwolenie szkolnictwa z bardzo sztywnych ram państwowego systemu. Nigdy nie myślałem o tych zjawiskach w kategoriach ideologicznych.

Moją główną pretensją do reformy minister Zalewskiej i polityki rządu w stosunku do edukacji publicznej jest próba zahamowania ożywienia szkoły i faktyczny zwrot, choćby i częściowy, ku tradycji PRL-owskiej. Nikt lepiej tego nie ujął jak prof. Waśko, doradca prezydenta do spraw reformy oświaty, w głośnym, wielokrotnie cytowanym artykule opublikowanym w „Arcanach” w 2016 roku. Pisząc o tym, co doprowadziło do wyborczego sukcesu PIS, stwierdzał: Polacy o wykształceniu podstawowym i zawodowym okazali się silniejszym elementem społecznym niż cała wielka rzesza magistrów. Ci, którzy nie studiowali, nie mieli bowiem okazji zarazić się tak głęboko post-marksistowskim wartościowaniem i modnymi sloganami nowej lewicy. Ponieważ ostoją tego typu myślenia po latach PRL-u pozostały uniwersytety i środowiska opiniotwórcze, wychowankowie tych środowisk i ich satelici przesiąkli fałszywą ideologią w znacznie większym stopniu niż tak zwani ludzie prości. Zaś życie i działanie według fałszywych idei, nawet jeśli początkowo przynosi profity, na dłuższą metę jest życiem w poznawczym i moralnym zagubieniu, co w sposób naturalny prowadzi do porażki. Diagnoza pana profesora z jednej strony wtłacza to, co wydawało mi się być zbiorem dość oczywistych, głównie moralnych przekonań, w ramy ideologii (wkrótce nazwanej lewacką), z drugiej bardzo przypomina rządową propagandę z roku 1968 o robotnikach, kierujących się, jak to wtedy mówiono, instynktem klasowym, którego pozbawiona była inteligencja. Tak więc szkoła, jeśli ma pielęgnować tradycję i wartości konserwatywne, bliskie „zdrowemu jądru” narodu (Tkanki społecznej i wpisanego w kulturę polską kodu cywilizacyjnego, odrzuconego przez liberalne elity i naśladującą elity klasę średnią, nie udało się zniszczyć na poziomie podstawowym. – cytat z tego samego artykułu), nie może stawiać na otwartość i wolność. Nie wolno wpuszczać do szkół podejrzanych organizacji, które mogą dzieci przecież zdemoralizować. Nauczycieli trzeba kontrolować, to państwo (i Kościół) wie, jak młodzież ma być wychowywana. Teraz akurat najgłośniej się mówi o zajęciach mających związek ze sferą seksualności. Ale przecież nie tylko o nie i nie tylko o zajęcia dodatkowe chodzi. W ostatnim oświadczenie Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski mówi się wprost: Niezwiązane z podstawą programową treści demoralizujące dziecko mogą się pojawić także podczas zajęć obowiązkowych. Jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, rodzic powinien zawiadomić organ nadzoru pedagogicznego oraz organizacje zajmujące się ochroną praw rodziców. Trzeba przypomnieć, że wystawienie dziecka na demoralizujące treści może stanowić naruszenie dóbr osobistych jego i rodziców, a w konsekwencji skutkować odpowiedzialnością cywilnoprawną organu prowadzącego szkołę lub organizacji prowadzącej zajęcia.

Wiem, że zarzuty nawiązywania do PRL przez dzisiejszych ideologów władzy często uważane są za demagogię. Mimo to nie potrafię się tego rodzaju skojarzeń pozbyć. Przecież takie słowa, jak patriotyzm, pielęgnowanie historii jako pasma polskich wojen i powstań, wzbudzanie zagrożenia ze strony „niemieckich rewanżystów” i imperialistów, w domyśle całego Zachodu, należały do podstawowego kanonu ówczesnej propagandy, co miało bezpośrednie odniesienie do praktyki szkolnej. Polska komunistyczna miała zdecydowanie oblicze narodowe, które jakoś łączono z niepodważalną przyjaźnią z ZSRR, jako wiernym sojusznikiem, a w praktyce z podległością, co w oczach ludzi odbierało tej opowieści wiarygodność.

Tegoroczny początek roku szkolnego jest wyjątkowo trudny. Przepełnienie szkół średnich, rozgoryczenie nauczycieli po nieudanym strajku, który nie wiadomo, czy nie będzie po miesiącu podjęty, braki w kadrze, bo wielu postanowiło zrezygnować z zawodu. Będzie trudno o radość i entuzjazm. A z drugiej strony szkoła jest dalej miejscem, w którym w dużym stopniu decyduje się, jakie będą najbliższe pokolenia. I to też mi przypomina trochę PRL i moją przeszłość. Ja już się przyglądam z boku.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Reportaże o komunistycznej Albanii

Z nieufnością, ale i nadzieją przystępowałem do czytania książki Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód”. Z nieufnością, bo bardzo byłem rozczarowany jej debiutem reporterskim, a z nadzieją, jako że zaimponowała mi wytrwałością i pasją, z którą oddała się nowemu pisarskiemu zamierzeniu. Spędziła w Albanii pięć lat, nauczyła się języka, nawiązała różne znajomości i bliskie kontakty z ludźmi, którzy mogli jej opowiedzieć o czasach opresyjnego systemu, o którym już nikt nie chce pamiętać. Pomyślałem, że warto sprawdzić, co to z tego wynikło.

„Bukareszt. Gniew i krew” pisała młoda, naiwna dziewczyna. Odkrywała w Rumunii sprawy dość podobne do tych, które miały miejsce w krajach obozu wschodniego w czasach stalinowskich czy przez dziesięciolecia w Związku Radzieckim. Te same mechanizmy, te same sytuacje społeczne, te same działania służby bezpieczeństwa, choć pewnie na większą skalę niż w Polsce, ale już nie choćby w Czechosłowacji. Jej zagubienie, strach, emocje graniczące z egzaltacją bardzo mnie irytowały. Wrażenia dotyczące współczesnego Bukaresztu, które autorka zapisywała, a które były pełne dystansu albo może zdziwienia, że tak można żyć, choć przecież jej opisy bardzo przypominały to, co moje pokolenie dobrze znało i nie uważało za wielkie dolegliwości, to wszystko nie pozwalało mi podzielać jej stosunku do rumuńskich tragedii. Pochwały dla tego zbioru wydały mi się niezrozumiałe, raczej odbierałem je jako znak czasu, w którym całkiem niedawna historia jednocześnie jest zapominana i na nowo odkrywana.

„Błoto słodsze niż miód” dzieli od poprzedniej książki przepaść. Rejmer znajduje tu własny język, w którym pobrzmiewają wprawdzie echa Kapuścińskiego, ale to przecież dobry wzorzec. Autorka oddaje głos ofiarom skrajnie represyjnego albańskiego systemu, wiele reportaży pisanych jest w formie monologów byłych więźniów i zesłańców, jednak język tych wypowiedzi jest silnie literacko przetworzony. Nie tylko czyta się te teksty, mimo wszelkich zawartych w nich potworności, bez trudności, ale i z wielką satysfakcją. Do niektórych sformułowań wracałem, by je sobie przypomnieć, tak są obrazowe, celne, często mają znaczenie metaforyczne. Nie mam wątpliwości, że praca nad formą reportaży, nad znalezieniem właściwych słów była bardzo ważną i trudną częścią powstawania tej książki.

Rejmer, myślę, że celowo, używa innych słów do opisania albańskiego losu, niż te, które służyły dotąd do przedstawiania komunistycznego autorytaryzmu. Tak jakby chciała już w języku zaznaczyć wyjątkowość albańskiego systemu. Pojęcie spółdzielni produkcyjnej czy kołchozu zastępuje terminem kooperatywa, a w innym znaczeniu niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, występuje słowo internowanie. (Teraz sobie przypominam, że kiedy 13 grudnia 1981 roku w oficjalnym komunikacie ogłoszono informację, że przywódcy Solidarności i dla równowagi członkowie dawnej ekipy Gierka zostali internowani, nie bardzo rozumiałem, co to znaczy. Dotąd jedynym znanym mi znaczeniem tego słowa było zatrzymanie w odosobnieniu, najczęściej obozie, żołnierzy lub uchodźców z państwa prowadzącego wojnę w kraju neutralnym. U Rejmer internowanie jest szczególną formą represji). Specyficznym pojęciem jest „zła biografia”. To właściwie cecha człowieka, wrodzona lub nabyta, której nie można się pozbyć. Złą biografię mają ci wszyscy – jak również członkowie ich rodzin, a rodziny na ogół były bardzo liczne i rozbudowane – z przedwojennym złym pochodzeniem klasowym, ale też osoby, które z dowolnego, często błahego powodu lub całkiem bez winy były kiedykolwiek represjonowane. Oczywiście także ci, którzy studiowali za granicą, tzn. prawie wyłącznie w krajach „obozu”, bo o ile Zachód był od początku złem, to przecież z biegiem czasu Enver Hodża zaczął traktować każde obce państwo za wrogie, aż w końcu Albania stała się oblężoną, osamotnioną twierdzą. Znaczenie podziału ludzi na tych ze złą i dobrą biografią bohaterowie książki wielokrotnie podkreślają jako kluczowy rys życia w albańskim systemie.

Rejmer wszystkich ze złą biografią traktuje jednakowo i jest to, jak rozumiem, wybór moralny, bo reżim też zrównywał tych, którzy jak Quazim Mulleti wrócili podczas wojny do Albanii z włoską armią i faszystami i objęli z ich nadania wysokie funkcje w państwie, z takimi, którzy już w komunistycznym państwie zostali zadenuncjowani i skazani na więzienie za nieprzychylną opinię o sytuacji w kraju, wyrażoną w prywatnej rozmowie.

Osobiste historie opowiadane w zbiorze Małgorzaty Rejmer są podobne – więzienia, tortury, donosy agentów albańskiej służby bezpieczeństwa Segurimi, często osób najbliższych, zesłania do zapadłych wiosek, poniżenia – każdy z bohaterów jest jednak inny. Rejmer pokazuje, jakie znaczenie ma postawa człowieka-więźnia, jak odmiennie mogą się układać losy, jakie wartości są często istotne. Okazuje się też, że różne są odcienie nienawiści do reżimu, stosunku do własnej przeszłości, wreszcie umiejętności i chęci odbudowywania swojego życia. Z tych bardzo wielu losów, z oddzielnych, a czasem przypadkowo łączących się nitek, zaplata się stopniowo materia społecznego trwania, za którą pojawiają się czasem sygnały różnych zwrotów politycznych, które jednak, aż do roku 1991, nie mają w zasadzie wpływu na stan zniewolenia narodu. Niemniej każdy reportaż dorzuca coś do wiedzy czytelnika, a powtarzające się nazwy więzień i miejscowości, odniesienia do różnych grup (muzułmanie, katolicy, prawosławni, Grecy, Rumuni, inteligencja, robotnicy, wieśniacy itp.) rozbudowują ten obraz.

Ostatni z pięciu rozdziałów traktuje o momencie przełomu, kiedy stopniowo – nie gwałtownie, jak w wielu innych krajach komunistycznych – upadał reżim. Jednak w licznych wcześniejszych tekstach znajdujemy zdania wyrażające stosunek do nowej, demokratycznej Albanii. Ten stosunek jest zdecydowanie krytyczny. Dzisiejsza Albania rozczarowuje, demokracja jest wątła, panuje korupcja, bezrobocie, często bieda. Funkcjonariusze byłego reżimu nie zostali ukarani, jedynym wyjątkiem jest wdowa po Hodży, skazana na kilka lat więzienia. Mimo wielu gorzkich słów pod adresem współczesnego kraju wielu bohaterów książki czuje, że przejście od niewoli do wolności, od życia w zamknięciu do stanu, w którym świat jest otwarty, jest odzyskaniem wartości nieporównywalnych z innymi.

Przedostatni reportaż w zbiorze nazywa się „Tonący okręt”. Jest rok 1991, system się kruszy, ale kraj jest dalej zamknięty, a ludzie cierpią niedostatek. Jeszcze całkiem niedawno można było pójść do więzienia za opinię, że Jugosłowianie robią lepsze rowery niż w Albanii, albo za nazwanie Franza Beckenbauera, podczas oglądania meczu Albania – Niemcy, znakomitym piłkarzem. Uzasadnienie wyroku: wychwalając niemieckiego pomocnika, znieważył zawodników albańskich, podeptał ich godność. Dwa lata więzienia. Granice z sąsiadującymi krajami chroniły wysokie zasieki z drutu kolczastego, a strażnicy bez wahania strzelali do próbujących ucieczki, często ich zabijając, a tych, którzy zostali pojmani, skazywano na 25 lat więzienia za zdradę ojczyzny. Jest więc lato 1991 roku, Albania dalej jest krajem zamkniętym, ale władze nie są już w stanie panować nad tym, co się dzieje. W porcie Durrës tłum opanowuje statek Wlora i zmusza kapitana, by wyruszył w morze. Na pokładzie tłoczą się tysiące ludzi, których jedynym marzeniem jest wydostać się z kraju. Płyną do Włoch, docierają do Bari. Po dłuższych pertraktacjach, podczas których ci mniej cierpliwi skaczą lub spadają zepchnięci przez innych do wody, uzbrojeni żołnierze przewożą ich autobusami na stadion. Tam pozostają w zamknięciu, w upale, przez dziesięć dni. Jedzenie zrzuca się im z helikopterów, ale w tłumie tylko część potrafi je wywalczyć. Początkowa euforia opada, zdesperowani ludzie nawzajem się okradają, demolują stadion. Kiedy w końcu wyłamują bramę, żołnierze pakują ich znowu do autobusów, transportują na lotnisko, a stamtąd samoloty przewożą z powrotem do Albanii. Opowiadający o tym po latach, wtedy osiemnastoletni chłopak, mówi: Włosi trzymali nas na stadionie przez dziesięć dni, bez żadnego planu, bez żadnego celu… Mogli potraktować nas jak ludzi, ale zrobili z nas zwierzęta. Na koniec sami dla siebie staliśmy się wrogami. Wracałem do Albanii bosy, sponiewierany i bosy…(…) Tak, myślałem, że Albania była piekłem… Ale piekło to stać u bram raju i nie móc do niego wejść.

To bardzo współczesny reportaż. Jednak żeby go właściwie zrozumieć, trzeba przeczytać wszystkie wcześniejsze.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Serhij Żadan, „Internat”

Bardzo dawno temu przeczytałem zdanie, które zapadło mi w pamięć: „Wojna domowa jest najokrutniejszym rodzajem wojny”. W takiej wojnie nie obowiązują żadne zasady. Jest przesiąknięta wyjątkową nienawiścią i strachem. Nigdy nie wiesz, kto jest wrogiem, a kto swoim, czego się spodziewać po przypadkowo spotkanym człowieku, więc nikomu nie ufasz. A jeśli ktoś jest po „naszej” stronie, skąd można mieć pewność, że nie sprzyja „tamtym”? Ludzie, którzy latami żyli w spokoju obok siebie, byli sąsiadami, przyjaciółmi, kolegami z klasy, nagle strzelają do siebie, a ponieważ często nie są częścią regularnej armii, skłonni są popełniać straszne zbrodnie.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie film Miklosa Jancso „Gwiazdy na czapkach”, w którym obsesyjny styl tego reżysera, z kamerą i postaciami w nieustannym ruchu, jak może nigdy już później buduje właśnie taki obraz okrutnego, niezrozumiałego chaosu wojennych utarczek i ucieczek (rzecz dzieje się podczas wojny domowej w Rosji). Podobnie jest w znakomitej „Białej gwardii”, powieści Michaiła Bułhakowa, w której pojęcia „swoi” i „obcy” w ogóle tracą sens.

Dobrze wiemy, że nie jest to zamknięta karta, już choćby po doświadczeniach jugosłowiańskich. Wybitna powieść Serhija Żadana „Internat” potwierdza z wielką siłą, że teza o końcu historii jest cokolwiek przesadzona. Scenerią jest wojna na wschodzie Ukrainy, w rejonie w Donbasu. Pasza, trzydziestopięcioletni nauczyciel wyrusza ze swojej miejscowości do leżącego kilkadziesiąt kilometrów dalej miasta, by zabrać z tamtejszego internatu siostrzeńca. Trzy dni piekła, ale nie takiego, do jakiego przyzwyczaiła nas literatura wojenna. Piekło tworzą krajobrazy, zasnute burą mgłą, w styczniowym, zimnym, siąpiącym nieustannie deszczu (śnieg leży gdzieniegdzie, ale nie biel dominuje, a czarne, zadymione błoto). Zniszczone domy, pojazdy, sklepy, drogi, powalone elementy urządzeń służących jeszcze niedawno ludziom. Piekłem są ludzie – źli, nieufni, nieprzyjaźni, rozdrażnieni, zmęczeni, brudni, wyczerpani, z którymi trudno nawiązać kontakt. Żadan opisuje świat w trakcie apokalipsy, w którym ludzie miotają się, nie wiedząc, co zrobić i jak się zachować.

Narracja jest trzecioosobowa, ale to chwyt, powiedziałbym, gramatyczny. Absolutnie wszystko widzimy oczami Paszy, który, stosując filmową nomenklaturę, nie schodzi z ekranu. Narrator tylko jego myśli relacjonuje, jego stan umysłu, jego wspomnienia. W ten sposób zawężony zostaje także punkt widzenia czytelnika. Pasza jest cywilem, chciałby pozostać na marginesie konfliktu, celowo się od niego odcina, telewizyjnych wiadomości nie ogląda. W jego oczach wojskowi to ludzie w mundurach, czytelnik musi się domyślić, kim dane oddziały są w tej wojnie. Z drugiej strony Pasza zdaje sobie sprawę, że jako nauczyciel jest w oczach innych związany z państwem, tym bardziej, że uczy „języka” – nie pada nigdy wyjaśnienie, jakiego, ale przecież wiemy. Tu, na wschodzie, wszyscy mówią po rosyjsku i wszyscy wsłuchują się w to, jaki akcent słychać w wymowie innych, to jeden ze znaków, który pomaga domyślać się, czy „nasz”, czy „od tamtych”.

Rzadko już mi się zdarza, by fabuła powieściowa wciągnęła mnie na tyle, bym z niecierpliwością przewracał kolejne kartki. W przypadku „Internatu” tak było, choć w zasadzie wiadomo, do czego opowieść zmierza. Ale co będzie na następnej ulicy, jakie nowe zagrożenie pojawi się za rogiem, za opustoszałym placem, jak się zachowają napotkani ludzie, kim są – to działa jak sceny w horrorze, trzymając w napięciu, a jednocześnie jest opisem stanu świadomości bohatera, jego nieustannej czujności.

W tej historii głównym śladem współczesności są komórki, rzadko działające, bo w zamęcie wojny trudno złapać zasięg, ale dające przynajmniej nadzieję, że dzięki telefonowi jest szansa, by skontaktować się z bliskimi, choćby i poinformować o śmierci. W ostateczności służą za latarkę w szybko zapadających ciemnościach. Te komórki w każdej kieszeni przypominają nam, że dzieje się to wszystko teraz, blisko, w naszym kręgu cywilizacyjnym. Być może bez nich uznalibyśmy, że to świat wymyślony, nierealny.

Nieprzyjemna książka, nieprzyjemni ludzie. Trudno tu kogoś obdarzyć bezwarunkową sympatią, Pasza też jest postacią trochę śliską, niejednoznaczną. Co więcej, gdy śledzimy nieliczne retrospekcje, będące wspomnieniami Paszy, rozumiemy, że i czasy przed tą ostatnią wojną nie były zbyt radosne. To nie tak, że ludzie żyli sobie dobrze, aż nagle świat wyszedł z formy. Żadan w pełni panuje nad konstrukcją powieści, każda z retrospekcji ma w tej koncepcji swoją funkcję. I tak ta apokaliptyczna historia się toczy, aż nagle, pod sam koniec, zmienia się narrator. Raptem przyjmujemy inną perspektywę, zupełnie niespodziewaną. To inne spojrzenie pozwala na odrobinę optymizmu, jakby zalaną zimnym deszczem ziemię oświetliło kilka promieni słońca.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Kino na Granicy

Emerytura ma tę dobrą stronę, że mogę pojechać w Polskę na filmowy festiwal, tak jak to robiłem w starych dobrych czasach DKF-owskich.  Teraz wprawdzie muszę sam za wszystko płacić, ale na cieszyńskim festiwalu „Kino na Granicy” udało mi się uzyskać darmową akredytację, co było zachętą, by tam się wybrać. Myślę, że było warto. Atmosfera w takim miejscu jest zupełnie inna niż podczas wielkich imprez w Warszawie. Inni są też widzowie. Przeważają młodzi pasjonaci, którzy z zapałem dyskutują o filmach i skłonni są reagować z entuzjazmem na nawet niezbyt udane dzieła. Zostają na spotkaniach po projekcjach, cieszą się, że mogą porozmawiać z autorami, z aktorami. Do wyboru są zresztą nie tylko filmy, pokazywane w salach po obu stronach granic. W programie są także liczne wykłady, koncerty, wystawy, spotkania literackie, warsztaty, chciałoby się uczestniczyć w dużo większej liczbie imprez, niż to jest możliwe. W dodatku każdy film, poza absolutnymi wyjątkami, pokazywany jest tylko raz, więc ułożenie sobie sensownego grafiku jest sztuką.

Festiwal poświęcony przede wszystkim kinu polskiemu i czeskiemu przeznaczony jest w zasadzie dla widzów z obu krajów, jednak ci czescy byli tu w wyraźnej mniejszości. Z drugiej strony miałem wrażenie, że miejscowi równie sprawnie posługują się dwoma językami, a np. polski ma często silne naleciałości czeskie. No, ale tych przyjezdnych było zdecydowanie więcej z naszej strony, ciekawych spotkań z czeskimi filmowcami, zainteresowanych czeskim kinem, mających swoje upodobania i wyraźnych faworytów. Trochę trudno było mi się w tym połapać i zrozumieć, dlaczego na niektórych seansach zostawały wolne miejsca, a na inne, większość, nie sposób było się wcisnąć.

Cieszyn okazał się dla mnie wstępem do warszawskiego festiwalu dokumentów, rozpoczynającego się już w tym tygodniu. Chodziłem też na fabuły, ale nie one były najciekawsze. Najbardziej poruszające spośród tego, co widziałem, okazały się jednak filmy dokumentalne: słowacka „Dobra śmierć” i czeski „Mój nieznany żołnierz”. Ten ostatni pokazany zostanie zresztą także na warszawskiej imprezie.  „Dobra śmierć” jest filmem o eutanazji. Nie o problemie, ale o konkretnym przypadku. Poznajemy kobietę, Angielkę, chorującą na genetyczną, nieuleczalną formę dystrofii mięśni, która za trzy miesiące ma pojechać do lecznicy w Szwajcarii – termin jest już uzgodniony, formalności załatwione – by dokonać tam tzw. wspomaganego samobójstwa. Patrzyłem początkowo na ten film jak na portret psychologiczny kobiety, silnej i rzeczowej, mającej całkiem serdeczne kontakty z dalszą rodziną i z sąsiadami, a więc na pewno nie bezradnej i opuszczonej. Choroba, oczywiście, postępuje, taka jest jej natura, 72-letnia Janette Butlin zdaje sobie sprawę, że będzie coraz mniej sprawna, na razie jeszcze chodzi o kulach i jest w miarę samodzielna. W jakimś sensie jest więc szokujące, że na eutanazję decyduje się ktoś, kto nie jest w stanie desperacji, kto nie zmaga się z trudnym do wytrzymania bólem. Janette zgodziła się na udział w filmie, bo chciała tą drogą przedstawić swoje argumenty, by pomóc innym w podobnej sytuacji, w tym także, być może, swojemu pięćdziesięcioletniemu synowi, który odziedziczył po niej schorzenie. Wiele jest więc scen, w których bohaterka mówi właściwie od siebie, nie w formie odpowiedzi na pytania. Syn zresztą postępuje równie racjonalnie, współpracuje z naukowcami, szukając sposobu na leczenie choroby, choć zdaje sobie sprawę, że ewentualne lekarstwo to bardzo daleka perspektywa. Najciekawsze więc, choć trochę mi obce kulturowo i psychologicznie, jest podejście bohaterów do życiowych wartości. Jest w Janette dziwne połączenie trzeźwego spojrzenia na własne życie, pewnego chłodu w stosunku do otoczenia, z objawami serdeczności i wzruszeniami. Inni, w tym dzieci (oprócz syna ma też córkę, zdrową), nie starają się w sposób zdecydowany wpłynąć na decyzję Janette, szanują jej niezależność, jednak próbują ją skłonić, by postanowienie odsunąć w czasie. Bezskutecznie, Janette działa w pełni konsekwentnie i metodycznie, wręcz pedantycznie przygotowuje swoje odejście.

Wstrząsające jest doprowadzenie historii do końca, do naciśnięcia guzika, dzięki któremu do żył wprowadzana jest wysoka dawka środka nasennego. Obserwujemy kolejne procedury, które ten moment poprzedzają, słuchamy wypowiedzi i wyjaśnienia Eriki Preisig, szwajcarskiej lekarki – przewodniczki, Charona, przewożącego „pacjenta” na drugi brzeg. W tym końcowym etapie są przy Janette, oprócz Eriki, syn i córka.  Przejście od psychologicznej obserwacji do spraw rzeczywiście ostatecznych, kiedy zdajemy sobie sprawę, że za chwilę stanie się coś nieodwracalnego, powoduje, że ściska się krtań i chcąc nie chcąc musimy zadać sobie podstawowe pytania dotyczące naszej egzystencji.

Równie mocnym filmem jest „Mój nieznany żołnierz”. To wielowątkowa historia, inspirowana autobiograficznymi i rodzinnymi motywami autorki, Anny Kryvenko. Reżyserka, Ukrainka, absolwentka praskiej FAMU, mieszka w Czechach od momentu rozpoczęcia studiów. Jej film opowiada w dużej części o agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w roku 1968. Kryvenko odkrywa stopniowo, co się działo w wujem jej matki, o którym w rodzinie milczano, a który uczestniczył w tych wydarzeniach jako żołnierz Armii Radzieckiej. Ważną rolę komentującą pełnią zapisy dziennika autorki, prowadzonego w ostatnich latach, w którym pojawiają się całkiem współczesne, aktualne refleksje. Kryvenko, w końcu młoda dziewczyna, spotyka się w Czechach po 50 latach z niechętnymi reakcjami, tak jakby ona była odpowiedzialna za tamte decyzje i czyny. Gdy ludzie słyszą ją mówiącą po ukraińsku, nie odróżniając ten język od rosyjskiego, obwiniają ją za zajęcie Krymu przez Putina i wojnę rosyjsko-ukraińską. W archiwalnych, trudno dostępnych materiałach pokazujących wojska rosyjskie na ulicach miast czeskich, koncentrujemy  się na bezgłośnych ujęciach, w których mieszkańcy stają twarzą w twarz z obcymi żołnierzami – wygrażają im, dyskutują, tłumaczą. Obserwujemy polityczne szkolenie, odbywające się w armii w ramach przygotowań do inwazji. Kryvenko pokazuje, jak wielki nacisk kładziony jest na wyrobienie w sowieckich żołnierzach poczucia patriotycznego obowiązku, bezwzględnej wiary w słuszność służby krajowi, dla którego, jeśli jest taka konieczność, trzeba oddać życie. Gdybym się pokusił o sformułowanie głównej (choć nie jedynej) myśli płynącej z filmu, byłoby to stwierdzenie, że inni widzą jednostkę przez fakt przynależności do jakiejś grupy – społeczności, narodu, obywateli państwa. Kształtują więc sobie z góry nasz obraz na podstawie pewnych stereotypów, które powstają historycznie i pod wpływem różnorodnej propagandy. A przecież każdy z nas odpowiada przede wszystkim za własne wybory i czyny. Kryvenko mówi z goryczą, że żona wujka, o którym opowiada, i która wyjechała daleko na Syberię, ostatnio zerwała związki z rodziną, co nie jest dziwne, jeśli przyjąć, że ogląda rosyjską telewizję, pełną nieprawdziwych, nienawistnych relacji o Ukrainie i Ukraińcach.

Siłą „Mojego nieznanego żołnierza” jest zderzenie bardzo osobistego, emocjonalnego, młodzieńczego stosunku do wydarzeń o znaczeniu historycznym z dokumentalnymi zapisami wydobytymi z archiwów, również takimi, które zostały niedawno odtajnione.  To, że historia i polityka nas zagarniają, nie oznacza, że racje i motywy się zacierają. Zło zbiorowe i jednostkowe musi zostać nazwane i autorka filmu od tego obowiązku nie ucieka.

I na koniec jeszcze o jednym dokumencie, trochę rozczarowującym. Jego autorem jest znakomity reżyser Vojtěch Jasný, powstał w roku 1991 i opowiada o wczesnym okresie jeszcze czechosłowackiej prezydentury Václava Havla. Film „Dlaczego Havel” powstał w koprodukcji z Kanadą, narratorem, przewodnikiem i reporterem zadającym pytania różnym ludziom  jest w nim Miloš Forman. Z jednej strony wzruszający jest dziś zapis entuzjazmu towarzyszącego w tym czasie Havlovi, który go spotyka i w kraju, i np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyrażają mu podziw wybitni artyści i politycy. Z drugiej, wiedząc jak się sprawy potoczyły później, trudno się nie poddać refleksji, że realizator filmu dokumentalnego, rejestrującego zdarzenia na bieżąco, jest tak samo ślepy jak większość ludzi – nie umie być od nich bardziej przenikliwy, dostrzec drobne pęknięcia i problemy, które przekształcą się w przyszłości w trudności nie do przezwyciężenia. Nie chcę powiedzieć, że Jasný i Forman zrobili film hagiograficzny, niemniej ich Havel jest postacią bez skazy, przez wszystkich bez wyjątku lubianą i podziwianą. Pewnie wtedy tak to wyglądało. Jest tylko jedno ujęcie trochę ten obraz zakłócające – wiec w Bratysławie, Dubček stoi na podium obok prezydenta, którego przemówienie zagłuszają okrzyki żądające wolnej Słowacji. Zirytowany przywódca Praskiej Wiosny próbuje wesprzeć Havla, ale jego też nie chcą słuchać. To już jest zapowiedź innej historii.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Historie rodzinne

W tym roku rocznica powstania w getcie warszawskim przypada w Wielkim Tygodniu. Różne wydarzenia związane z tą rocznicą i z przypominaniem o Zagładzie nakładają się na przygotowania świąteczne. Postanowiłem, trochę pod nastrojem czasu, opublikować tu dwa listy rodzinne. Autorem jest mój wujek Herman Goldszajder, a adresatką jego siostra, a moja matka. Napisane zostały tuż po wojnie, w październiku roku 1945, w obozie Bergen Belsen. Kilka dni temu, 15 kwietnia, minęła 74. rocznica wyzwolenia obozu, jednak jeszcze długo przebywali tam byli więźniowie, nie wiedząc, co zrobić ze swoim życiem. W przypadku polskich Żydów było to szczególnie trudne, bo jak pisze wujek: „do Polski nie ma po co wracać”. W tym czasie miał 29 lat, moja matka była trzy lata starsza. Wydaje mi się, że te listy są ciekawym świadectwem czasu i gdzieś, trochę między wierszami, a czasem wprost oddają te dramatyczne rozterki, w których cieniu pozostają, przemilczane, przeżycia obozowe.

Pozostawiłem bez zmian pisownię, poprawiłem tylko interpunkcję – wydało mi się, że bez tego listy byłyby mało czytelne.

************************************************************************

Bergen Belsen, 16 X 45 r.

Moja Droga Siostrzyczko!

Nie mogę Ci opisać mojej radości, gdy się dowiedziałem od mojej Heniusi1, że jest wiadomość, że Ty żyjesz i znajdujesz się w Paryżu. Przyjechali z Kielc i powiedzieli mi, że ktoś się dopytywał o rodzinę Goldszajder, zrozumiałem że to na pewno Ty. Wczoraj otrzymałem Twój telegram, który mi przywiózł do Bergen znajomy, który był ze mną w Italji, dowiedziałem się, że otrzymałaś moją kartkę z Modeny. Po prawie pół rocznej chorobie, gdy poczułem się w stanie wyjechać samodzielnie, wyjechałem, raczej przedostałem się do Niemiec w poszukiwaniu swojej żony, którą tam też znalazłem w lagrze Belsen, wyobraź sobie to spotkanie2.

Nie masz pojęcia, jak bardzo moja Heniusia kocha moją siostrzyczkę i jak gorąco pragnie zobaczyć się z Tobą.

Dzisiaj otrzymałem list od Joska3 z Paryża. Dowiedziałem się dopiero, że ty też byłaś w Oświęcimie. W Mauthausen zgadałem się z pewnym młodym lekarzem i gdy opowiedziałem mu, że miałem siostrę w Paryżu4 i określiłem Cię, zapewnił mnie [że] znał taką z Oświęcimia, ale nazywali Cię inaczej5, teraz gdy się dowiedziałem, że byłaś w Oświęcimie, możliwe że to Ciebie myślał. Kochana Doro, jestem w rozterce, nie wiem, co mam począć, czy osiedlić się [w] Niemczech, czy ciągnąć na Palestynę, czy starać się do Ameryki, do Polski niema co wracać, chyba słyszysz, jak przyjmują tam żydów.

Kochanie, napisz mi dużo o sobie, jak było w lagrze, co teraz zamierzasz, czy jesteś szczęśliwa, czy nie zawiodłaś się na Twoich ideach? Czy warto było6? Napisz mi o wszystkim szczegółowo, co radzisz mnie zrobić, a może byś się przejechała do nas, wcale nie jest tak trudno. I z Italji pisałem też do Canady, czy masz jakiś kontakt z wujkiem Izraelem7.

Doro, czy nie wiesz nic o Fajci i Bali Grysman8, tutaj jest ich szwagier, mąż najmłodszej, jeśli coś wiesz o nich, to mi napisz.

Twój zawsze kochający Cię braciszek Herman.

Adres Jewisch Comitet Bergen Belsen über Hannover bei Celle.

Camp 2. Block 79. Block Lady. H. Goldszajder  618 DET. Mil. Gov.

PS. Możesz przesłać list do Joska, a on mnie prześle.

Dopisek od cioci Heni: 

Kochana Doruś!

Serdecznie Cię pozdrawiam i mocno całuję.

Wybacz, że tak mało do Ciebie piszę, gdyż jestem mocno zajęta, pracuję tu w charakterze blokowej. Ale Ty zato pisz do mnie bardzo dużo, gdyż bardzo za Tobą tęsknię.

Twoja Henia.

************************************************************************

Bergen Belsen 28 X 1945

Moja Droga Siostrzyczko!

Oczekuję z niecierpliwością jakiegoś listu od Ciebie, nie wiem, czy już otrzymałaś list, który posłałem do Ciebie do Paryża do J. Kotlickiego, naszego kuzyna, prosiłem, aby Ci go przesłał, gdyż nie wiem, czy z Niemiec list dotrze do Ciebie, ponieważ poczta na terenie Niemiec nie pracuje jeszcze sprawnie.

Z listu Joska pisanego do mojej żony dowiedziałem się, że żyjesz i że byłaś w Oświęcimie. On też myślał, że ja już jestem w Palestynie, ale gdy wyzdrowiałem w Italji, zrezygnowałem na razie z Palestyny, gdyż zrozumiałem, że moim obowiązkiem przedewszystkim jest wyszukanie żony i siostry.

Moja droga, czy Ty tak samo chcesz się zobaczyć zemną jak ja z Tobą? Tyle tych lat nie widzieliśmy się, zdaje mi się, że już wieki całe. Czy pamiętasz ostatni raz w Szczawnicy9, nie mogłem zrozumieć wtedy, ciągle płakałaś, mówiłaś tyle o naszej matce; niestety przeczucia Cię nie myliły, ostatni raz ją widziałaś10. Kiedy się już zobaczymy, żeby o wszystkim pomówić? Gdybyś wiedziała, jak moja Heniusia Cię kocha i jak bardzo pragnie się z Tobą zobaczyć, więcej niż ja. Dora, czy ja już mam szwagra, nie mogę dociec, raz nazywasz się Sinner [?], raz Klein.

Co masz zamiar robić, gdzie chcesz zostać na stałe. Narazie siedzę w Belsen, w lagrze nic nam nie brakuje, są tu kina, teatry, dancingi1, ale ja siedzę w domu, nie pociąga mnie zabawa, unikam ludzi. Strasznie zdziwaczałem, chciałbym już wiedzieć, na którym świecie jestem. Oczekuję wiadomości od Ciebie, przed powzięciem jakichś postanowień.

W tej chwili przypominają mi się wieczory, kiedy pisywałem listy do Ciebie z Kielc do Pragi11, przy radiu nastawionym na Pragę, zdawało mi się, że zbliża mnie to do Ciebie, teraz tez piszę przy dźwiękach muzyki radiowej, ile czasu minęło, ile przeżyliśmy przez ten czas.

Kończę, gdyż chcę jeszcze napisać kilka listów. Napisz mi dużo o sobie!

Serdeczne pozdrowienia, całusy od Heni

Herman

************************************************************************

1 Moja ciocia, Henia Goldszajder. Ślub odbył się w getcie kieleckim. Razem został przewiezieni z obozu pracy w Pionkach do Auschwitz. Tam, na rampie kolejowej, zostali rozdzieleni i spotkali się ponownie dopiero po wojnie. Ciocia miała w roku 1945 22 lata.

2 W wywiadzie zarejestrowanym w roku 1995 dla utworzonej przez Stevena Spielberga USC Shoah Foundation ciocia opowiada, że w pobliżu obozu Bergen Belsen było miasteczko Celle, dokąd byłe więźniarki przychodziły po pomoc do siedziby gminy żydowskiej. Pewnego dnia, tuż przed świętem Roszaszana, a więc we wrześniu, zobaczyła przed budynkiem grupę nieznanych mężczyzn. Gdy podeszła bliżej, rozpoznała wśród nich swojego męża. Wujek, kiedy wyzdrowiał z ciężkiej choroby, pojechał do Niemiec szukać żony. Dowiedział się, że do Bergen Belsen przewieziono dużą grupę więźniarek z Auschwitz i postanowił sprawdzić, czy nie ma tam żony.

3 Prawdopodobnie Józef Kotlicki, kuzyn mojej mamy. Ich matki były siostrami. Wyjechał przed wojną do Paryża.

4 Matka po upadku republikańskiej Hiszpanii była ewakuowana do Francji. Mieszkała w Paryżu, podczas wojny była członkiem jednej z grup ruchu oporu. W roku 1944 została aresztowana i przewieziona do Oświęcimia.

5 Po zatrzymaniu przez policję matka podała, że nazywa się Dobrosława Klein, nieprawdziwe było tylko imię. W obozie nazywano ją więc Sławka, a nie Dora. Być może jednak, że poznany przez wujka lekarz miał na myśli inną osobę.

6 Wujek ma na myśli internacjonalistyczne i lewicowe przekonania mojej matki.

7 Wuj Izrael Garfinkiel był bratem mojej babci. W roku 1922 wyjechał do Kanady, osiedlił się w Edmonton. Wujek Herman bardzo poważnie rozważał emigrację do Kanady, ale chyba pod wpływem siostry wybrał Francję. W 1947 roku matka pojechała do swojej kanadyjskiej rodziny, wygłaszając tam kilka odczytów o Oświęcimiu i przeprowadzanych przez lekarzy SS eksperymentach na więźniach. Udzielała też wywiadów gazetom. Jej relacje przyjmowane były z dużą rezerwą, tym bardziej, że nie kryła się z komunistycznymi poglądami. Gdy później międzynarodowe spory przeszły w zimną wojnę, w konsekwencji tej podróży wujek miał już odciętą drogę do Kanady, o co miał nieraz do matki pretensje.

8 W 1926 Polacy masowo podpisywali Deklarację Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych. Księgi z podpisami zachowały się i są dostępne w internecie w postaci cyfrowej (tu jeszcze raz kłaniam się panu Grzegorzowi Kołaczowi i innym). Wśród podpisów złożonych w kieleckim gimnazjum Stefanii Wolmanowej, tuż nad podpisem mojej matki, uczennicy klasy IV, jest wpis Feli Grysman. Może to jest ta Fajcia?

9 Wujek był fotografem. W sezonie jeździł do Szczawnicy, popularnego wówczas uzdrowiska, i tam robił zdjęcia wczasowiczom.

10 Moja babcia została wywieziona transportem z getta kieleckiego, prawdopodobnie do Treblinki.

11 Matka studiowała w latach 1931-37 medycynę na Uniwersytecie Karola w Pradze. Wiem, że w lecie 1936 przyjechała do domu. Studia ukończyła w kwietniu 1937 roku, a w lipcu pojechała ze szpitalem polowym im. Komenskiego do Hiszpanii. Nie wiem, czy wcześniej odwiedziła rodzinę w Kielcach, ale wydaje mi się to prawdopodobne.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.