Serhij Żadan, „Internat”

Bardzo dawno temu przeczytałem zdanie, które zapadło mi w pamięć: „Wojna domowa jest najokrutniejszym rodzajem wojny”. W takiej wojnie nie obowiązują żadne zasady. Jest przesiąknięta wyjątkową nienawiścią i strachem. Nigdy nie wiesz, kto jest wrogiem, a kto swoim, czego się spodziewać po przypadkowo spotkanym człowieku, więc nikomu nie ufasz. A jeśli ktoś jest po „naszej” stronie, skąd można mieć pewność, że nie sprzyja „tamtym”? Ludzie, którzy latami żyli w spokoju obok siebie, byli sąsiadami, przyjaciółmi, kolegami z klasy, nagle strzelają do siebie, a ponieważ często nie są częścią regularnej armii, skłonni są popełniać straszne zbrodnie.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie film Miklosa Jancso „Gwiazdy na czapkach”, w którym obsesyjny styl tego reżysera, z kamerą i postaciami w nieustannym ruchu, jak może nigdy już później buduje właśnie taki obraz okrutnego, niezrozumiałego chaosu wojennych utarczek i ucieczek (rzecz dzieje się podczas wojny domowej w Rosji). Podobnie jest w znakomitej „Białej gwardii”, powieści Michaiła Bułhakowa, w której pojęcia „swoi” i „obcy” w ogóle tracą sens.

Dobrze wiemy, że nie jest to zamknięta karta, już choćby po doświadczeniach jugosłowiańskich. Wybitna powieść Serhija Żadana „Internat” potwierdza z wielką siłą, że teza o końcu historii jest cokolwiek przesadzona. Scenerią jest wojna na wschodzie Ukrainy, w rejonie w Donbasu. Pasza, trzydziestopięcioletni nauczyciel wyrusza ze swojej miejscowości do leżącego kilkadziesiąt kilometrów dalej miasta, by zabrać z tamtejszego internatu siostrzeńca. Trzy dni piekła, ale nie takiego, do jakiego przyzwyczaiła nas literatura wojenna. Piekło tworzą krajobrazy, zasnute burą mgłą, w styczniowym, zimnym, siąpiącym nieustannie deszczu (śnieg leży gdzieniegdzie, ale nie biel dominuje, a czarne, zadymione błoto). Zniszczone domy, pojazdy, sklepy, drogi, powalone elementy urządzeń służących jeszcze niedawno ludziom. Piekłem są ludzie – źli, nieufni, nieprzyjaźni, rozdrażnieni, zmęczeni, brudni, wyczerpani, z którymi trudno nawiązać kontakt. Żadan opisuje świat w trakcie apokalipsy, w którym ludzie miotają się, nie wiedząc, co zrobić i jak się zachować.

Narracja jest trzecioosobowa, ale to chwyt, powiedziałbym, gramatyczny. Absolutnie wszystko widzimy oczami Paszy, który, stosując filmową nomenklaturę, nie schodzi z ekranu. Narrator tylko jego myśli relacjonuje, jego stan umysłu, jego wspomnienia. W ten sposób zawężony zostaje także punkt widzenia czytelnika. Pasza jest cywilem, chciałby pozostać na marginesie konfliktu, celowo się od niego odcina, telewizyjnych wiadomości nie ogląda. W jego oczach wojskowi to ludzie w mundurach, czytelnik musi się domyślić, kim dane oddziały są w tej wojnie. Z drugiej strony Pasza zdaje sobie sprawę, że jako nauczyciel jest w oczach innych związany z państwem, tym bardziej, że uczy „języka” – nie pada nigdy wyjaśnienie, jakiego, ale przecież wiemy. Tu, na wschodzie, wszyscy mówią po rosyjsku i wszyscy wsłuchują się w to, jaki akcent słychać w wymowie innych, to jeden ze znaków, który pomaga domyślać się, czy „nasz”, czy „od tamtych”.

Rzadko już mi się zdarza, by fabuła powieściowa wciągnęła mnie na tyle, bym z niecierpliwością przewracał kolejne kartki. W przypadku „Internatu” tak było, choć w zasadzie wiadomo, do czego opowieść zmierza. Ale co będzie na następnej ulicy, jakie nowe zagrożenie pojawi się za rogiem, za opustoszałym placem, jak się zachowają napotkani ludzie, kim są – to działa jak sceny w horrorze, trzymając w napięciu, a jednocześnie jest opisem stanu świadomości bohatera, jego nieustannej czujności.

W tej historii głównym śladem współczesności są komórki, rzadko działające, bo w zamęcie wojny trudno złapać zasięg, ale dające przynajmniej nadzieję, że dzięki telefonowi jest szansa, by skontaktować się z bliskimi, choćby i poinformować o śmierci. W ostateczności służą za latarkę w szybko zapadających ciemnościach. Te komórki w każdej kieszeni przypominają nam, że dzieje się to wszystko teraz, blisko, w naszym kręgu cywilizacyjnym. Być może bez nich uznalibyśmy, że to świat wymyślony, nierealny.

Nieprzyjemna książka, nieprzyjemni ludzie. Trudno tu kogoś obdarzyć bezwarunkową sympatią, Pasza też jest postacią trochę śliską, niejednoznaczną. Co więcej, gdy śledzimy nieliczne retrospekcje, będące wspomnieniami Paszy, rozumiemy, że i czasy przed tą ostatnią wojną nie były zbyt radosne. To nie tak, że ludzie żyli sobie dobrze, aż nagle świat wyszedł z formy. Żadan w pełni panuje nad konstrukcją powieści, każda z retrospekcji ma w tej koncepcji swoją funkcję. I tak ta apokaliptyczna historia się toczy, aż nagle, pod sam koniec, zmienia się narrator. Raptem przyjmujemy inną perspektywę, zupełnie niespodziewaną. To inne spojrzenie pozwala na odrobinę optymizmu, jakby zalaną zimnym deszczem ziemię oświetliło kilka promieni słońca.

blog_subscription_form]

Reklamy

Kino na Granicy

Emerytura ma tę dobrą stronę, że mogę pojechać w Polskę na filmowy festiwal, tak jak to robiłem w starych dobrych czasach DKF-owskich.  Teraz wprawdzie muszę sam za wszystko płacić, ale na cieszyńskim festiwalu „Kino na Granicy” udało mi się uzyskać darmową akredytację, co było zachętą, by tam się wybrać. Myślę, że było warto. Atmosfera w takim miejscu jest zupełnie inna niż podczas wielkich imprez w Warszawie. Inni są też widzowie. Przeważają młodzi pasjonaci, którzy z zapałem dyskutują o filmach i skłonni są reagować z entuzjazmem na nawet niezbyt udane dzieła. Zostają na spotkaniach po projekcjach, cieszą się, że mogą porozmawiać z autorami, z aktorami. Do wyboru są zresztą nie tylko filmy, pokazywane w salach po obu stronach granic. W programie są także liczne wykłady, koncerty, wystawy, spotkania literackie, warsztaty, chciałoby się uczestniczyć w dużo większej liczbie imprez, niż to jest możliwe. W dodatku każdy film, poza absolutnymi wyjątkami, pokazywany jest tylko raz, więc ułożenie sobie sensownego grafiku jest sztuką.

Festiwal poświęcony przede wszystkim kinu polskiemu i czeskiemu przeznaczony jest w zasadzie dla widzów z obu krajów, jednak ci czescy byli tu w wyraźnej mniejszości. Z drugiej strony miałem wrażenie, że miejscowi równie sprawnie posługują się dwoma językami, a np. polski ma często silne naleciałości czeskie. No, ale tych przyjezdnych było zdecydowanie więcej z naszej strony, ciekawych spotkań z czeskimi filmowcami, zainteresowanych czeskim kinem, mających swoje upodobania i wyraźnych faworytów. Trochę trudno było mi się w tym połapać i zrozumieć, dlaczego na niektórych seansach zostawały wolne miejsca, a na inne, większość, nie sposób było się wcisnąć.

Cieszyn okazał się dla mnie wstępem do warszawskiego festiwalu dokumentów, rozpoczynającego się już w tym tygodniu. Chodziłem też na fabuły, ale nie one były najciekawsze. Najbardziej poruszające spośród tego, co widziałem, okazały się jednak filmy dokumentalne: słowacka „Dobra śmierć” i czeski „Mój nieznany żołnierz”. Ten ostatni pokazany zostanie zresztą także na warszawskiej imprezie.  „Dobra śmierć” jest filmem o eutanazji. Nie o problemie, ale o konkretnym przypadku. Poznajemy kobietę, Angielkę, chorującą na genetyczną, nieuleczalną formę dystrofii mięśni, która za trzy miesiące ma pojechać do lecznicy w Szwajcarii – termin jest już uzgodniony, formalności załatwione – by dokonać tam tzw. wspomaganego samobójstwa. Patrzyłem początkowo na ten film jak na portret psychologiczny kobiety, silnej i rzeczowej, mającej całkiem serdeczne kontakty z dalszą rodziną i z sąsiadami, a więc na pewno nie bezradnej i opuszczonej. Choroba, oczywiście, postępuje, taka jest jej natura, 72-letnia Janette Butlin zdaje sobie sprawę, że będzie coraz mniej sprawna, na razie jeszcze chodzi o kulach i jest w miarę samodzielna. W jakimś sensie jest więc szokujące, że na eutanazję decyduje się ktoś, kto nie jest w stanie desperacji, kto nie zmaga się z trudnym do wytrzymania bólem. Janette zgodziła się na udział w filmie, bo chciała tą drogą przedstawić swoje argumenty, by pomóc innym w podobnej sytuacji, w tym także, być może, swojemu pięćdziesięcioletniemu synowi, który odziedziczył po niej schorzenie. Wiele jest więc scen, w których bohaterka mówi właściwie od siebie, nie w formie odpowiedzi na pytania. Syn zresztą postępuje równie racjonalnie, współpracuje z naukowcami, szukając sposobu na leczenie choroby, choć zdaje sobie sprawę, że ewentualne lekarstwo to bardzo daleka perspektywa. Najciekawsze więc, choć trochę mi obce kulturowo i psychologicznie, jest podejście bohaterów do życiowych wartości. Jest w Janette dziwne połączenie trzeźwego spojrzenia na własne życie, pewnego chłodu w stosunku do otoczenia, z objawami serdeczności i wzruszeniami. Inni, w tym dzieci (oprócz syna ma też córkę, zdrową), nie starają się w sposób zdecydowany wpłynąć na decyzję Janette, szanują jej niezależność, jednak próbują ją skłonić, by postanowienie odsunąć w czasie. Bezskutecznie, Janette działa w pełni konsekwentnie i metodycznie, wręcz pedantycznie przygotowuje swoje odejście.

Wstrząsające jest doprowadzenie historii do końca, do naciśnięcia guzika, dzięki któremu do żył wprowadzana jest wysoka dawka środka nasennego. Obserwujemy kolejne procedury, które ten moment poprzedzają, słuchamy wypowiedzi i wyjaśnienia Eriki Preisig, szwajcarskiej lekarki – przewodniczki, Charona, przewożącego „pacjenta” na drugi brzeg. W tym końcowym etapie są przy Janette, oprócz Eriki, syn i córka.  Przejście od psychologicznej obserwacji do spraw rzeczywiście ostatecznych, kiedy zdajemy sobie sprawę, że za chwilę stanie się coś nieodwracalnego, powoduje, że ściska się krtań i chcąc nie chcąc musimy zadać sobie podstawowe pytania dotyczące naszej egzystencji.

Równie mocnym filmem jest „Mój nieznany żołnierz”. To wielowątkowa historia, inspirowana autobiograficznymi i rodzinnymi motywami autorki, Anny Kryvenko. Reżyserka, Ukrainka, absolwentka praskiej FAMU, mieszka w Czechach od momentu rozpoczęcia studiów. Jej film opowiada w dużej części o agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w roku 1968. Kryvenko odkrywa stopniowo, co się działo w wujem jej matki, o którym w rodzinie milczano, a który uczestniczył w tych wydarzeniach jako żołnierz Armii Radzieckiej. Ważną rolę komentującą pełnią zapisy dziennika autorki, prowadzonego w ostatnich latach, w którym pojawiają się całkiem współczesne, aktualne refleksje. Kryvenko, w końcu młoda dziewczyna, spotyka się w Czechach po 50 latach z niechętnymi reakcjami, tak jakby ona była odpowiedzialna za tamte decyzje i czyny. Gdy ludzie słyszą ją mówiącą po ukraińsku, nie odróżniając ten język od rosyjskiego, obwiniają ją za zajęcie Krymu przez Putina i wojnę rosyjsko-ukraińską. W archiwalnych, trudno dostępnych materiałach pokazujących wojska rosyjskie na ulicach miast czeskich, koncentrujemy  się na bezgłośnych ujęciach, w których mieszkańcy stają twarzą w twarz z obcymi żołnierzami – wygrażają im, dyskutują, tłumaczą. Obserwujemy polityczne szkolenie, odbywające się w armii w ramach przygotowań do inwazji. Kryvenko pokazuje, jak wielki nacisk kładziony jest na wyrobienie w sowieckich żołnierzach poczucia patriotycznego obowiązku, bezwzględnej wiary w słuszność służby krajowi, dla którego, jeśli jest taka konieczność, trzeba oddać życie. Gdybym się pokusił o sformułowanie głównej (choć nie jedynej) myśli płynącej z filmu, byłoby to stwierdzenie, że inni widzą jednostkę przez fakt przynależności do jakiejś grupy – społeczności, narodu, obywateli państwa. Kształtują więc sobie z góry nasz obraz na podstawie pewnych stereotypów, które powstają historycznie i pod wpływem różnorodnej propagandy. A przecież każdy z nas odpowiada przede wszystkim za własne wybory i czyny. Kryvenko mówi z goryczą, że żona wujka, o którym opowiada, i która wyjechała daleko na Syberię, ostatnio zerwała związki z rodziną, co nie jest dziwne, jeśli przyjąć, że ogląda rosyjską telewizję, pełną nieprawdziwych, nienawistnych relacji o Ukrainie i Ukraińcach.

Siłą „Mojego nieznanego żołnierza” jest zderzenie bardzo osobistego, emocjonalnego, młodzieńczego stosunku do wydarzeń o znaczeniu historycznym z dokumentalnymi zapisami wydobytymi z archiwów, również takimi, które zostały niedawno odtajnione.  To, że historia i polityka nas zagarniają, nie oznacza, że racje i motywy się zacierają. Zło zbiorowe i jednostkowe musi zostać nazwane i autorka filmu od tego obowiązku nie ucieka. I na koniec jeszcze o jednym dokumencie, trochę rozczarowującym. Jego autorem jest znakomity reżyser Vojtěch Jasný, powstał w roku 1991 i opowiada o wczesnym okresie jeszcze czechosłowackiej prezydentury Václava Havla. Film „Dlaczego Havel” powstał w koprodukcji z Kanadą, narratorem, przewodnikiem i reporterem zadającym pytania różnym ludziom  jest w nim Miloš Forman. Z jednej strony wzruszający jest dziś zapis entuzjazmu towarzyszącego w tym czasie Havlovi, który go spotyka i w kraju, i np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyrażają mu podziw wybitni artyści i politycy. Z drugiej, wiedząc jak się sprawy potoczyły później, trudno się nie poddać refleksji, że realizator filmu dokumentalnego, rejestrującego zdarzenia na bieżąco, jest tak samo ślepy jak większość ludzi – nie umie być od nich bardziej przenikliwy, dostrzec drobne pęknięcia i problemy, które przekształcą się w przyszłości w trudności nie do przezwyciężenia. Nie chcę powiedzieć, że Jasný i Forman zrobili film hagiograficzny, niemniej ich Havel jest postacią bez skazy, przez wszystkich bez wyjątku lubianą i podziwianą. Pewnie wtedy tak to wyglądało. Jest tylko jedno ujęcie trochę ten obraz zakłócające – wiec w Bratysławie, Dubček stoi na podium obok prezydenta, którego przemówienie zagłuszają okrzyki żądające wolnej Słowacji. Zirytowany przywódca Praskiej Wiosny próbuje wesprzeć Havla, ale jego też nie chcą słuchać. To już jest zapowiedź innej historii.

Historie rodzinne

W tym roku rocznica powstania w getcie warszawskim przypada w Wielkim Tygodniu. Różne wydarzenia związane z tą rocznicą i z przypominaniem o Zagładzie nakładają się na przygotowania świąteczne. Postanowiłem, trochę pod nastrojem czasu, opublikować tu dwa listy rodzinne. Autorem jest mój wujek Herman Goldszajder, a adresatką jego siostra, a moja matka. Napisane zostały tuż po wojnie, w październiku roku 1945, w obozie Bergen Belsen. Kilka dni temu, 15 kwietnia, minęła 74. rocznica wyzwolenia obozu, jednak jeszcze długo przebywali tam byli więźniowie, nie wiedząc, co zrobić ze swoim życiem. W przypadku polskich Żydów było to szczególnie trudne, bo jak pisze wujek: „do Polski nie ma po co wracać”. W tym czasie miał 29 lat, moja matka była trzy lata starsza. Wydaje mi się, że te listy są ciekawym świadectwem czasu i gdzieś, trochę między wierszami, a czasem wprost oddają te dramatyczne rozterki, w których cieniu pozostają, przemilczane, przeżycia obozowe.

Pozostawiłem bez zmian pisownię, poprawiłem tylko interpunkcję – wydało mi się, że bez tego listy byłyby mało czytelne.

************************************************************************

Bergen Belsen, 16 X 45 r.

Moja Droga Siostrzyczko!

Nie mogę Ci opisać mojej radości, gdy się dowiedziałem od mojej Heniusi1, że jest wiadomość, że Ty żyjesz i znajdujesz się w Paryżu. Przyjechali z Kielc i powiedzieli mi, że ktoś się dopytywał o rodzinę Goldszajder, zrozumiałem że to na pewno Ty. Wczoraj otrzymałem Twój telegram, który mi przywiózł do Bergen znajomy, który był ze mną w Italji, dowiedziałem się, że otrzymałaś moją kartkę z Modeny. Po prawie pół rocznej chorobie, gdy poczułem się w stanie wyjechać samodzielnie, wyjechałem, raczej przedostałem się do Niemiec w poszukiwaniu swojej żony, którą tam też znalazłem w lagrze Belsen, wyobraź sobie to spotkanie2.

Nie masz pojęcia, jak bardzo moja Heniusia kocha moją siostrzyczkę i jak gorąco pragnie zobaczyć się z Tobą.

Dzisiaj otrzymałem list od Joska3 z Paryża. Dowiedziałem się dopiero, że ty też byłaś w Oświęcimie. W Mauthausen zgadałem się z pewnym młodym lekarzem i gdy opowiedziałem mu, że miałem siostrę w Paryżu4 i określiłem Cię, zapewnił mnie [że] znał taką z Oświęcimia, ale nazywali Cię inaczej5, teraz gdy się dowiedziałem, że byłaś w Oświęcimie, możliwe że to Ciebie myślał. Kochana Doro, jestem w rozterce, nie wiem, co mam począć, czy osiedlić się [w] Niemczech, czy ciągnąć na Palestynę, czy starać się do Ameryki, do Polski niema co wracać, chyba słyszysz, jak przyjmują tam żydów.

Kochanie, napisz mi dużo o sobie, jak było w lagrze, co teraz zamierzasz, czy jesteś szczęśliwa, czy nie zawiodłaś się na Twoich ideach? Czy warto było6? Napisz mi o wszystkim szczegółowo, co radzisz mnie zrobić, a może byś się przejechała do nas, wcale nie jest tak trudno. I z Italji pisałem też do Canady, czy masz jakiś kontakt z wujkiem Izraelem7.

Doro, czy nie wiesz nic o Fajci i Bali Grysman8, tutaj jest ich szwagier, mąż najmłodszej, jeśli coś wiesz o nich, to mi napisz.

Twój zawsze kochający Cię braciszek Herman.

Adres Jewisch Comitet Bergen Belsen über Hannover bei Celle.

Camp 2. Block 79. Block Lady. H. Goldszajder  618 DET. Mil. Gov.

PS. Możesz przesłać list do Joska, a on mnie prześle.

Dopisek od cioci Heni: 

Kochana Doruś!

Serdecznie Cię pozdrawiam i mocno całuję.

Wybacz, że tak mało do Ciebie piszę, gdyż jestem mocno zajęta, pracuję tu w charakterze blokowej. Ale Ty zato pisz do mnie bardzo dużo, gdyż bardzo za Tobą tęsknię.

Twoja Henia.

************************************************************************

Bergen Belsen 28 X 1945

Moja Droga Siostrzyczko!

Oczekuję z niecierpliwością jakiegoś listu od Ciebie, nie wiem, czy już otrzymałaś list, który posłałem do Ciebie do Paryża do J. Kotlickiego, naszego kuzyna, prosiłem, aby Ci go przesłał, gdyż nie wiem, czy z Niemiec list dotrze do Ciebie, ponieważ poczta na terenie Niemiec nie pracuje jeszcze sprawnie.

Z listu Joska pisanego do mojej żony dowiedziałem się, że żyjesz i że byłaś w Oświęcimie. On też myślał, że ja już jestem w Palestynie, ale gdy wyzdrowiałem w Italji, zrezygnowałem na razie z Palestyny, gdyż zrozumiałem, że moim obowiązkiem przedewszystkim jest wyszukanie żony i siostry.

Moja droga, czy Ty tak samo chcesz się zobaczyć zemną jak ja z Tobą? Tyle tych lat nie widzieliśmy się, zdaje mi się, że już wieki całe. Czy pamiętasz ostatni raz w Szczawnicy9, nie mogłem zrozumieć wtedy, ciągle płakałaś, mówiłaś tyle o naszej matce; niestety przeczucia Cię nie myliły, ostatni raz ją widziałaś10. Kiedy się już zobaczymy, żeby o wszystkim pomówić? Gdybyś wiedziała, jak moja Heniusia Cię kocha i jak bardzo pragnie się z Tobą zobaczyć, więcej niż ja. Dora, czy ja już mam szwagra, nie mogę dociec, raz nazywasz się Sinner [?], raz Klein.

Co masz zamiar robić, gdzie chcesz zostać na stałe. Narazie siedzę w Belsen, w lagrze nic nam nie brakuje, są tu kina, teatry, dancingi1, ale ja siedzę w domu, nie pociąga mnie zabawa, unikam ludzi. Strasznie zdziwaczałem, chciałbym już wiedzieć, na którym świecie jestem. Oczekuję wiadomości od Ciebie, przed powzięciem jakichś postanowień.

W tej chwili przypominają mi się wieczory, kiedy pisywałem listy do Ciebie z Kielc do Pragi11, przy radiu nastawionym na Pragę, zdawało mi się, że zbliża mnie to do Ciebie, teraz tez piszę przy dźwiękach muzyki radiowej, ile czasu minęło, ile przeżyliśmy przez ten czas.

Kończę, gdyż chcę jeszcze napisać kilka listów. Napisz mi dużo o sobie!

Serdeczne pozdrowienia, całusy od Heni

Herman

************************************************************************

1 Moja ciocia, Henia Goldszajder. Ślub odbył się w getcie kieleckim. Razem został przewiezieni z obozu pracy w Pionkach do Auschwitz. Tam, na rampie kolejowej, zostali rozdzieleni i spotkali się ponownie dopiero po wojnie. Ciocia miała w roku 1945 22 lata.

2 W wywiadzie zarejestrowanym w roku 1995 dla utworzonej przez Stevena Spielberga USC Shoah Foundation ciocia opowiada, że w pobliżu obozu Bergen Belsen było miasteczko Celle, dokąd byłe więźniarki przychodziły po pomoc do siedziby gminy żydowskiej. Pewnego dnia, tuż przed świętem Roszaszana, a więc we wrześniu, zobaczyła przed budynkiem grupę nieznanych mężczyzn. Gdy podeszła bliżej, rozpoznała wśród nich swojego męża. Wujek, kiedy wyzdrowiał z ciężkiej choroby, pojechał do Niemiec szukać żony. Dowiedział się, że do Bergen Belsen przewieziono dużą grupę więźniarek z Auschwitz i postanowił sprawdzić, czy nie ma tam żony.

3 Prawdopodobnie Józef Kotlicki, kuzyn mojej mamy. Ich matki były siostrami. Wyjechał przed wojną do Paryża.

4 Matka po upadku republikańskiej Hiszpanii była ewakuowana do Francji. Mieszkała w Paryżu, podczas wojny była członkiem jednej z grup ruchu oporu. W roku 1944 została aresztowana i przewieziona do Oświęcimia.

5 Po zatrzymaniu przez policję matka podała, że nazywa się Dobrosława Klein, nieprawdziwe było tylko imię. W obozie nazywano ją więc Sławka, a nie Dora. Być może jednak, że poznany przez wujka lekarz miał na myśli inną osobę.

6 Wujek ma na myśli internacjonalistyczne i lewicowe przekonania mojej matki.

7 Wuj Izrael Garfinkiel był bratem mojej babci. W roku 1922 wyjechał do Kanady, osiedlił się w Edmonton. Wujek Herman bardzo poważnie rozważał emigrację do Kanady, ale chyba pod wpływem siostry wybrał Francję. W 1947 roku matka pojechała do swojej kanadyjskiej rodziny, wygłaszając tam kilka odczytów o Oświęcimiu i przeprowadzanych przez lekarzy SS eksperymentach na więźniach. Udzielała też wywiadów gazetom. Jej relacje przyjmowane były z dużą rezerwą, tym bardziej, że nie kryła się z komunistycznymi poglądami. Gdy później międzynarodowe spory przeszły w zimną wojnę, w konsekwencji tej podróży wujek miał już odciętą drogę do Kanady, o co miał nieraz do matki pretensje.

8 W 1926 Polacy masowo podpisywali Deklarację Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych. Księgi z podpisami zachowały się i są dostępne w internecie w postaci cyfrowej (tu jeszcze raz kłaniam się panu Grzegorzowi Kołaczowi i innym). Wśród podpisów złożonych w kieleckim gimnazjum Stefanii Wolmanowej, tuż nad podpisem mojej matki, uczennicy klasy IV, jest wpis Feli Grysman. Może to jest ta Fajcia?

9 Wujek był fotografem. W sezonie jeździł do Szczawnicy, popularnego wówczas uzdrowiska, i tam robił zdjęcia wczasowiczom.

10 Moja babcia została wywieziona transportem z getta kieleckiego, prawdopodobnie do Treblinki.

11 Matka studiowała w latach 1931-37 medycynę na Uniwersytecie Karola w Pradze. Wiem, że w lecie 1936 przyjechała do domu. Studia ukończyła w kwietniu 1937 roku, a w lipcu pojechała ze szpitalem polowym im. Komenskiego do Hiszpanii. Nie wiem, czy wcześniej odwiedziła rodzinę w Kielcach, ale wydaje mi się to prawdopodobne.

Powrót do kin

W tym roku ukazała się książka, którą po prostu musiałem kupić. Aby przeczytać, ale też mieć. Jej tytuł – „Historia warszawskich kin” – mówi sam za siebie. Autorem jest varsavianista, Jerzy S. Majewski, a jest to rodzaj leksykonu, przewodnika po stołecznych kinach począwszy od końca wieku XIX. Zasadnicza część opracowania poprzedzona jest obszernym rozdziałem opisującym dzieje kin, rozpowszechniania filmów, a w pewnym stopniu także historii polskiej kinematografii, szczególnie w okresie przed II wojną światową.

Autor wyróżnia, i słusznie, kilka historycznych etapów rozwoju, czy może trwania, warszawskich kin: okres do powstania II RP, czasy międzywojnia i II wojny światowej oraz lata powojenne. Ja bym zresztą zaznaczył wyraźniej cezurę roku 1989, co Majewski zastąpił eksponując powstawanie i funkcje multipleksów, jako odrębne zjawisko. Niemniej ponowna prywatyzacja kin w III RP i upadek większości tych, które wiązały się z wieloma moimi ważnymi przeżyciami, to dla mnie zjawiska o charakterze rewolucyjnym. Rewolucja smutna, choć pewnie nieuchronna. Pamiętam jeszcze nieudaną ostatecznie kampanię w obronie „Feminy”, oczywiście wyburzenie „Moskwy” i zamknięcie zastępującego to kino centrum filmowego w Europlexie. Padły „Skarpa” i „Relax”, „Bajka”, „Polonia” i „Ochota” stały się teatrami, zlikwidowano kina dzielnicowe, takie jak „WZ” czy „Sawa”, nie utrzymały się „Klub” i „Przodownik”, „Skarb” i „Śląsk”, nie ma już „Warsa”. Wszystkie moją swoje hasła w książce. Kiedy skończyłem czytać rozdział poświęcony kinom okresu powojennego, stwierdziłem, że w lewobrzeżnej Warszawie byłem we wszystkich poza czterema. Byłem też w kilku innych, których nie ma w książce – Majewski, opowiadając o niej, zwracał uwagę, że nie miał ambicji stworzenia kompletnego zestawienia, pisał o tych kinach, o których materiały znalazł w dokumentach, książkach, prasie, wspomnieniach. Te brakujące były rzeczywiście kinami, które miały krótki żywot, działały w latach osiemdziesiątych lub dziewięćdziesiątych i były raczej salami zaadaptowanym na potrzeby projekcji filmów, a nie zaprojektowanymi jako kina. Niemniej żal mi, że nie ma o nich nawet wzmianki. Myślę tu na przykład o kinie w Pałacu Lubomirskich (Plac Żelaznej Bramy 2), w którym przez jakiś czas mieściło się kino „Feliks”, a wcześniej (a może później?) noszące nazwę „Agrafka” – widziałem w nim np. „Spalonych słońcem”. Ważne było też kino „Foksal”, działające w sali udostępnionej przez ZDP w ich siedzibie na Foksal 3/5.

Kiedy miałem siedem lat i mieszkałem na Mokotowskiej, byłem kilka razy na porankach gdzieś na Marszałkowskiej, przy jednej z jej przecznic – Hoża? Wilcza? Szperając w internecie przy okazji czytania „Historii warszawskich kin”, znalazłem gdzieś, że faktycznie było takie kino. Nazywało się „Metro” i mieściło się na rogu Wilczej i Marszałkowskiej, w siedzibie dyrekcji budowy metra. Bo taka dyrekcja, o dziwo, istniała już w latach pięćdziesiątych. Firma nazywała się Przedsiębiorstwo Państwowe „Metroprojekt”, została utworzona w roku 1950. Pytałem o to kino Majewskiego, ale niczego na ten temat nie wiedział.

O ile ze zdecydowaną większością kin po 1945 r. wiążą się jakieś moje doświadczenia, to rozdziały wcześniejsze czytam jak opowieść historyczną, odtwarzająca nieznany mi świat. Tylko trzy kina kontynuowały swoją działalność w okresie powojennym i dlatego zapisu na ich temat nie znajdziemy, jak można by się spodziewać, w części poświęconej powojniu. Są to „Palladium”, „Atlantic” i „Światowid”, który zresztą nazywał się dawniej inaczej – „Mars”. Z nich został tylko „Atlantic”, i tak zbudowany w tym samym miejscu na nowo.

Historia kin w Warszawie jest historią ciągłych zmian. Nie tylko wojna spowodowała, że kina nie przetrwały. Kiedy się czyta o tym, co działo się z kinami kiedyś, widać, że dłuższa niż kilkuletnia egzystencja była wręcz wyjątkiem, a nie regułą. Zresztą kina rzadko powstawały jako oddzielne budynki, najczęściej zajmowały partery kamienic, często nawet oficyn. Co mnie zdumiewa, to rozmiary w wielu z nich, np. sala kina Colosseum przy Nowym Świecie mieściła podobno aż 5000 widzów. Dopiero po wojnie zaczęto projektować kina jako samodzielne obiekty, jednak praktycznie wszystkie, jak już wspominałem na początku, zlikwidowano. Według Majewskiego mogą się utrzymać wyłącznie multipleksy i to tylko te działające w galeriach handlowych. Pozostałe kina, aby istnieć, muszą korzystać z jakiejś formy dotacji, najczęściej wsparcia instytucjonalnego.

Kiedy pod koniec ubiegłego wieku kina zaczęły znikać, w internecie pojawiło się kilka inicjatyw, dokumentujących ten proces. Odszukałem teraz dane mojego konta w serwisie „Tu było kino” (tubylokino.pl), ale kiedy otworzyłem stronę z tym adresem, okazało się, że poświęcona jest psom. Trochę mi zajęło, by zorientować się, że strona została prawdopodobnie wygenerowana przez automat, a teksty na niej zamieszczone są praktycznie nieczytelne. Poczułem się nieswojo. Nawet zapis tego, jak dawny, przyziemny świat kin się zmienia, przekształcił się w coś dziwnie futurystycznego.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Jak karać mowę nienawiści?

Zdjęcia pokazujące sceny z pielgrzymki środowisk narodowych na Jasną Górę, okrzyki tam skandowane ponownie każą zastanawiać się nad tym, w jaki sposób się tego rodzaju zjawiskom przeciwstawiać. Tłum maszerujący z pochodniami, flagami, długi szereg rąk wysuniętych do przysięgi powodują, że skojarzenie same się nasuwają. Cytowane przez prasę hasła wykrzykiwane przez uczestników, choć nienowe, nie tylko wydają się być sprzeczne z istotą zgromadzenia religijnego, ale kolejny raz budzą obawę, czy niereagowanie na nie nie jest błędem. W tym kontekście warto zacytować opublikowany niecały rok temu list przewodniczącego Rady Konferencji Episkopatu Polski do spraw Migracji, Turystyki i Pielgrzymek, biskupa Krzysztofa Zadarko, w którym znalazły się ważne zdania: Instrukcje liturgiczne nakazują unikania celebracji Mszy św. w celu stworzenia okazałego widowiska oraz nadawania jej stylu podobnego do ceremonii świeckich. W przestrzeni świętej nie ma też miejsca na symbole grup wzbudzających spory w społeczeństwie i doprowadzających do podziału wspólnoty Kościoła. (…) Podobnie nie ma miejsca na alternatywne znaki gorliwości uczuć i język mający znamiona kultury lub subkultury typowo świeckiej albo związanej ze sporem ideologicznym wewnątrz wspólnoty kościelnej. Niereligijne symbole eksponowane na pielgrzymce nie mogą być sprzeczne w swoim przekazie ze znaczeniem świętego miejsca i czasu, z nauką Kościoła o patriotyzmie. I jeszcze: Sanktuaria nie mogą być miejscem manifestowania nienawiści względem grup politycznych, społecznych lub etnicznych. (…) Nacjonalista nie jest więc patriotą. Prawdziwy patriota, miłujący swój naród, nie ulega agresji i instynktom nakazującym wykluczanie i stygmatyzowanie społeczne innych osób, różniących się światopoglądem, wiarą, pochodzeniem etnicznym czy odcieniem skóry. Tym razem jednak Episkopat milczy.

Tak się złożyło, że jakiś czas temu uczestniczyłem w posiedzeniu sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych i przygotowując się do niego, musiałem się się bliżej zainteresować tym, jak jest traktowana przez polskie prawo mowa nienawiści. Ściślej, wypowiedzi godzące w jakiś sposób w różnego rodzaju mniejszości. Nie było dla mnie do końca jasne, co jest w tym zakresie przestępstwem, a co nie. Z drugiej strony od dawna jestem w rozterce, czy mam się na niektóre wypowiedzi tylko oburzać, czy też uznawać je za niedopuszczalne także prawnie.

Wolność wypowiedzi jest niewątpliwą wartością i jestem za tym, by ją chronić, ale zdaję sobie sprawę z tego, że historyczne doświadczenia pokazują, jak łatwo przechodzi się od słów do czynów. Między słowami a czynami jest jeszcze atmosfera nienawiści, coś nieuchwytnego, ale wyczuwalnego. Byłem więc ciekaw, jakie gwarancje i jaką obronę przed mową nienawiści daje nam polskie prawo.

W kodeksie karnym istnieją trzy artykuły, które można w praktyce stosować w przypadku nienawistnych wypowiedzi, odnoszących się do różnego rodzaju grup. W każdym z tych artykułów zawarte jest wyszczególnienie grup, których te przepisy dotyczą. Myślę, że warto wiedzieć, iż tego rodzaju ochronie (jakiej – o tym później) podlegają grupy ludzi i poszczególne osoby ze względu na przynależność narodową, etniczną, rasową, wyznaniową (również bezwyznaniowość), a w przypadku przemocy i tzw. gróźb bezprawnych także polityczną. Widać więc, że prawo nie chroni już w podobny sposób np. ze względu na orientację seksualną czy niepełnosprawność. Osoby należące do tych innych grup podlegają ochronie na takich samych zasadach jak wszyscy inni obywatele, tzn. nie wolno ich znieważać ani naruszać ich nietykalności cielesnej. Jeśli więc ktoś wypowiada się nienawistnie o homoseksualistach jako pewnej zbiorowości, może to robić praktycznie bezkarnie, jako że prokuratura uznaje, że takie wypowiedzi nie są skierowane przeciwko konkretnej osobie.

Czego nie wolno czynić w stosunku do chronionych grup, a dokładniej – ze względu na wymienione cechy, te grupy charakteryzujące? Po pierwsze, nie wolno nawoływać do nienawiści ze względu narodowość, przynależność etniczną itp. Po drugie, nie wolno znieważać ze względu na wymienione cechy. Po trzecie, zakazane jest stosowanie gróźb bezprawnych i przemocy z tych samych względów. Żeby nie wchodzić w zawiłości prawne, wyjaśnię tylko, że groźba bezprawna jest rozszerzeniem pojęcia groźby karalnej o takie rodzaje gróźb, które nie muszą koniecznie stanowić uzasadnione, bezpośrednie zagrożenie dla danej osoby lub grupy osób, ale wywołują u nich poczucie obawy i strachu.

Tak więc poza sformułowaniem o zakazie stosowania przemocy wszystkie pozostałe zapisy dotyczą mowy nienawiści, przy czym w gruncie rzeczy w jakimś stopniu powtarzają przepisy ogólne, bo przecież, jak było już wspomniane, w KK istnieją artykuły zabraniające grożenia i znieważania.

W praktyce bardzo trudno bezspornie udowodnić, że konkretne wypowiedzi spełniają kryteria odpowiadające zapisom w artykułach 256 i 257 KK. Jeśli ktoś na przykład pisze lub wypowiada się o uchodźcach czy imigrantach, to choć jest to też pewna grupa ludności i interpretacje prawne obowiązujące w Unii Europejskiej często pozwalają rozszerzyć, przez analogię, zbiorową ochronę także na inne grupy, polska prokuratura rzadko zgadza się z tego rodzaju rozumowaniem. Jeśli ktoś się wypowie konkretnie o muzułmanach, problem polega na uznaniu, czy użył rzeczywiście słów świadomie znieważających albo wzywających do przemocy. Z drugiej strony, organy prokuratury po prostu nie chcą się zajmować np. tysiącami obraźliwych wpisów internetowych, przy czym trudno dotrzeć do uzasadnień odmów postępowania. Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita”, które zgłasza przypadki mowy nienawiści i w swojej publicznie dostępnej bazie (http://zglosnienawisc.otwarta.org) ma udokumentowane setki podobnych przypadków, nie będąc stroną poszkodowaną, bardzo rzadko otrzymuje uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania przez prokuraturę lub umorzenia sprawy przez sąd. I jest to zgodne z prawem. Typowy przypadek, dość banalny i niespecjalnie drastyczny – wpis na YouTube Kto mógł wymyśleć jak nie Żyd. Też widać co oni przedstawiają , samą zgniliznę. Wypędzimy to ścierwo z Polski. Bez moralności to są śmieci. To nie zniewaga? Prokuratura wszczęła śledztwo, następnego dnia umorzyła. Dlaczego? Nie wiadomo. Oczywiście, mogło być tak, że wpis został usunięty, nie można było dotrzeć do osoby, która go umieściła itp. Tyle że na ogół nie ma informacji, sprawa skończona.

Piszę tu w sposób bardzo naiwny, idąc na skróty, o sprawach niewątpliwie ważnych, niemniej widać, że aktualne zapisy ustawowe nie działają. Trzeba zwrócić uwagę, że oba artykuły KK, podobnie jak te, które chronią przed mową nienawiści pozostałych obywateli, stanowią ograniczenie konstytucyjnego zapisu o wolności wypowiedzi. Zostały wprowadzone, by zabezpieczyć inne, ważne zasady konstytucyjne. Każde uściślenie tych zapisów musi być zgodne z konstytucyjną wykładnią, jednak coś trzeba zrobić, by przepisy nie były martwe.

Nie jestem zwolennikiem surowego karania. Sankcje, choćby i symboliczne, lecz konsekwentnie stosowane, muszą przede wszystkim świadczyć o braku zgody społeczeństwa i państwa na pewne czyny. Jeśli zdecydowana większość spraw jest umarzanych już przez prokuraturę, oznacza to de facto przyzwolenie na tego rodzaju zachowania. Wydaje się, że winne są zarówno zapisy prawne, jak i polityka ścigania.

Podczas wspomnianego posiedzenia komisji sejmowej prowadzący obrady Tomasz Cimoszewicz (syn Włodzimierza Cimoszewicza) przywołał głośne sprawy marszów narodowców w Hajnówce. Jeszcze niedawno obowiązywało orzeczenie IPN zgodnie z którym czyny Romualda Rajsa „Burego”, dowódcy działającego w tych okolicach oddziału Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, nosiły znamiona ludobójstwa. Cimoszewicz, zwracając się do p. Barbary Sworobowicz, dyrektor departamentu w Prokuratorze Krajowej, powiedział: Wydaje mi się, że to jest czystą nienawiścią, jeżeli ktoś idzie i gloryfikuje człowieka uznanego za ludobójcę wobec rodzin ofiar właśnie tej postaci. Odpowiedź: Z całym szacunkiem dla pana uczuć i oburzenia, jakie w panu wywołuje ta sytuacja,  ona może wydawać się oczywista dla poszczególnej osoby, a nie jest oczywista dla sądu, a często bywa tak, że nie jest oczywista ani dla sądu, ani dla prokuratorów. Ano właśnie.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Sportowa historia

Zawsze podziwiam stałych felietonistów za to, że regularnie, najczęściej w rytmie tygodniowym, dostarczają teksty do swoich gazet. Wcale nie jest łatwo znaleźć temat, który da się zawrzeć w formie felietonowej, a presja, że trzeba artykuł dostarczyć na czas, musi autorowi bardzo ciążyć. Ja na szczęście mogę sobie pisać, kiedy chcę, i wybierać dowolną formę i długość wpisu, ale czasem myślę, że pewna dyscyplina i mnie by się przydała. Jak widać, przerwy między poszczególnymi pozycjami tego blogu bywają długie i oprócz przyczyn, które można nazwać obiektywnymi, np. mające związek z moimi wyjazdami, najczęściej spowodowane są tym, że ewentualne sprawy, które chciałbym poruszyć, wydają mi się nieatrakcyjne, albo –rzadziej – tematów jest tyle, że nie mogę się zdecydować, co wybrać. Tak jest też tym razem i dlatego postanowiłem zrobić unik i schronić się w bezpiecznej niszy, którą mi zapewnia sport. Na tym terenie czuję się spokojnie i pewnie, a też wydaje mi się przekornie, że to, co mam do powiedzenia, nie jest wcale czysto przyczynkarskie i hobbystyczne.

Pisałem już kiedyś, że czytam „Przegląd Sportowy” regularnie od ponad sześćdziesięciu lat. Wątpię, czy mają tam wielu tak długoletnich czytelników. W tym czasie zmieniał się profil pisma, największa rewolucja nastąpiła, kiedy wydawca PS, Marquard Polska, przejął dwa inne, jedyne liczące się na polskim rynku pisma sportowe „Tempo” i „Sport” i w zasadzie je zlikwidował. Ponieważ katowicki „Sport” był tradycyjnie zdominowany przez piłkę nożną, więc by utrzymać jego czytelników, w „Przeglądzie Sportowym” rozbudowano dział futbolowy tak, że zaczął zajmować połowę objętości każdego numeru. Dla mnie jednak liczyły się zwykle inne dyscypliny. Przez lata miałem ulubionych dziennikarzy, którzy stopniowo przechodzili na emeryturę, a jeszcze częściej po prostu umierali. Od dłuższego czasu sympatyzuję głównie z Maciejem Petruczenką. Dlatego, że jest specjalistą od lekkiej atletyki, no i należy do mojego pokolenia, urodził się w 1946 roku. Starszych już prawie w „PS” nie ma, choć taki np. Łukasz Jedlewski, dziś w wieku 85 lat, jeszcze czasem coś pisze na temat swojej ukochanej koszykówki. Petruczenko też już ma zresztą młodszą konkurencję, zamieszcza częściej felietony niż sprawozdania z imprez, a są to świetne teksty. A poza tym jest naczelnym naszego ursynowskiego pisma „Passa”, w którym zadziwiająco zręcznie godzi współpracę z ludźmi ze skrajnie odległych pozycji politycznych. Sam jest tzw. bliskiej mi opcji, ale wypowiada się w swoich felietonach sygnowanych pseudonimem Passmita dość oszczędnie, choć mocno ironicznie. To że tych kilka osób siedzi ze sobą w jednej redakcji (raczej – współistnieją na sąsiednich szpaltach) wydaje mi się w dzisiejszej Polsce jakimś niebywałym cudem i godnym podziwu osiągnieciem naczelnego.

No i ten właśnie dziennikarz wymyślił, by „Przegląd Sportowy” dołączał do czwartkowych wydań dodatek poświęcony historii sportu i pisma. Nie mam wprawdzie twardych dowodów na to, że Petruczenko jest autorem pomysłu, ale wszystkie poszlaki na to wskazują. Jeśli ktoś myśli, że zachwycam się sentymentalnymi wspominkami, to jest w błędzie. Teksty publikowane obecnie zawierają cała masę szczegółów kompletnie mi nieznanych. Jednak co najbardziej uderzające, uświadamiają, jak niewiele można było kiedyś publicznie powiedzieć. Nawet ja już trochę zapomniałem o tym, że cenzura w PRL nie była przede wszystkim cenzurą polityczną. W tamtych czasach nie można było napisać niczego, co by stawiało w złym świetle ludzi, instytucje, kulturę, praktycznie każdy przejaw życia w kraju. Dla równowagi, by obraz nie był zbyt gładki, pozwalano – w sposób często sterowany – na pewne przejawy krytyki, stąd np. te, wyśmiewane często jako stereotyp, artykuły o nieuczciwych i niegrzecznych kelnerach.

W przypadku sportu nie tylko nie dowiadywaliśmy się o osobistych problemach znanych sportowców (chyba że chodziło o heroiczne zwalczanie kontuzji), ale też o żadnych konfliktach w klubach, między zawodnikami, o nieuczciwych praktykach, pladze alkoholizmu, o przemycie przy wyjazdach za granicę. Czasem tylko wybuchała oficjalna afera, oficjalna w tym sensie, że władze z premedytacją decydowały, że należy ją nagłośnić, i wtedy wszystkie publikatory prześcigały się w potępianiu winowajców. Tym bardziej więc ktoś znający obraz sportu głównie dzięki prasie, radiu i telewizji miał wrażenie, że takie naganne zdarzenia są wyjątkowe, a nie typowe.

W czwartkowym dodatku historycznym pojawiają się bardzo często wywiady z ludźmi, którzy byli w okresie PRL czynnymi sportowcami albo jakoś byli ze sportem związani, i z tych rozmów wyłania się całkiem inny opis realiów niż ten, który był mi znany. Numer z 7 marca poświęcony jest 17. rocznicy śmierci Jerzego Huberta Wagnera. Wspominając kolegę i trenera, mówi świetny kiedyś siatkarz Ryszard Bosek o meczach z ZSRR: „Kiedy w 2006 roku podczas mistrzostw świata rozgrywanych w Japonii polscy siatkarze, mimo że przegrywali 0:2 w setach, pokonali Rosjan i awansowali do najlepszej czwórki, widać było, że rywal ze Wschodu, gdy się go naciśnie i wywrze na nim presję, popełnia seriami błędy. To samo ponad 30 lat wcześniej zauważył Wagner. Trzeba ich wk…, to stracą głowę – powtarzał zawodnikom. Często podsuwał graczom rozwiązania mające na celu wyprowadzenie Rosjan z równowagi. A kiedy uznał, że jego zawodnicy przesadzają, podczas jednej z przerw powiedział: Panowie, teraz już spokój, bo jak oni za bardzo się wk…, to się nakręcą.” Jako przykład Bosek opowiedział taką historyjkę: „Przed meczami odbywała się rozgrzewka. Ćwiczyliśmy po jednej stronie siatki, a ZSRR po drugiej. Jurek wymyślił, że gdy któryś z rywali podrzuci sobie piłkę do zagrania, ktoś z nas ma nagle pojawić się po drugiej stronie siatki i mu ja zabrać. I tak kilka razy. Poskutkowało. Po pewnym czasie wściekły radziecki trener przerwał zajęcia. Podszedł do organizatorów i zarządził, żeby zamiast wspólnej rozgrzewki najpierw jedni ćwiczyli 20 minut, a później drudzy. Manewr Wagnera zdziwił rywali, ale też wprowadził w ich szeregi niepewność.” Tego typu relacja nie mogłaby kiedyś zostać opublikowana, podobnie zresztą, jak jakiekolwiek niecenzuralne sformułowania, nawet wykropkowane.

Inną historię opowiada Józef Zapędzki, strzelec, dwukrotny złoty medalista olimpijski. Opisując swój występ na kolejnych, trzecich igrzyskach olimpijskich w Montrealu, mówi o polskich działaczach sportowych: „ Szkoda gadać… Wybrali amunicję, która nie nadawała się do strzelania. Nie w każdej sztuce naboju była odpowiednia ilość prochu. Amunicja była tańsza, ale za to wadliwa. Powtarzali, że można strzelać. Można, ale nie wyczynowo. Skończyło się na tym, że pierwszego dnia miałem cztery zera i trzy dziesiątki.”

Powyższe przykłady są akurat dość wyraziste, ale dziesiątki innych pozwalają zajrzeć za kulisy dawnych wydarzeń i krok po kroku zmieniają obraz ówczesnego życia, nie tylko sportowego, co wydaje mi się i ciekawe, i cenne. Widać też, że redaktorom dodatku sprawia przyjemność odkrywanie historii własnego pisma, powrót do zapomnianych już autorów, przypominanie tego, jak PS kiedyś wyglądał, jaką stosowano czcionkę, jakie były ogłoszenia czy też karykatury znakomitego rysownika Edwarda Ałaszewskiego.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

DNA Warszawy

Mam do Warszawy stosunek ambiwalentny. Gdy mnie ktoś pyta, twierdzę, że nie należy do ładnych miast. Za to często wpada mi znienacka do głowy myśl, że nie rozumiem, jak ktoś może mieszkać gdzieś indziej, nie w Warszawie. W jakimś mieście, powiedzmy, trochę bardziej prowincjonalnym. No bo że na wsi, to co innego – wybrał inny sposób życia lub trafił mu się taki los.

W Warszawie trzeba szukać miejsc, które przyciągają. Jeśli nie urodą, to atmosferą, znaczeniem, charakterem, wyjątkowością. Jest ich niemało, ale są to skrawki, fragmenty, nie tworzą duszy miasta – ta jest jakaś nieokreślona, nie narzucająca się. Gdy słyszę, że Warszawa jest brzydka, budzi się we mnie przekora i wiem, że jeśli nawet nie grzeszy urodą, to można nią zainteresować, może być atrakcyjna. Mimo to zawsze mam wątpliwości, czy ten urok jest wystarczający, nie jest moim wymysłem.

Zawsze lubiłem miasta położone na wzgórzach, nie płaskim terenie. Ulice pnące się w górę, domy na zboczach, kręte schody w zieleni prowadzące w jakieś ukryte miejsca. Kocham miłością bezkrytyczną Pragę, ale zrobiły na mnie wrażenie np. Haifa, Lizbona czy San Francisco. Wiele mniejszych malowniczych miasteczek też. W Warszawie jedynym elementem, będącym odstępstwem od idealnej płaszczyzny, jest skarpa wiślana. Od lat się dziwię, że jej potencjał jest tak mało wykorzystywany. Jednak nawet w dzisiejszym kształcie skarpa wydaje mi się pociągająca. Lubię chodzić nią na Ursynowie, ulicą Ursynowską i Kokosową, zejściem schodkami do ulicy Orszady. Strasznie szpeci to miejsce ogromna, brzydka bryła kościoła bł. Edmunda Bojanowskiego, ale cóż, znak czasu. Podobnie, niestety, niszczą charakter skarpy kolejne , istniejące już i planowane przebicia szerokich arterii , prowadzących w stronę Wilanowa i Wisły.

Bliżej centrum jest w pewnym sensie lepiej. Od czasu budowy Trasy Łazienkowskiej, która rozcięła skarpę, nic podobnego się nie zdarzyło, a co więcej, kładki nad trasą, nad Piękną i kolejnymi przecznicami, pozwalają na przejście od Agrykoli aż do Karowej, a w zasadzie nawet do Mariensztatu. To jest naprawdę urocza trasa, z pięknymi widokami, przez parki, ale też nad terenami bardzo zaniedbanymi, jak choćby pod Uniwersytetem Warszawskim. Czasem widać Wisłę, czasem tylko dachy domów, mija się leżący na uboczu piękny klasztor Szarytek.

Ciekawe, jak się to ma do czasów przedwojennych. Skarpa była przecież zawsze, ale czy takie przejście było możliwe? W ogóle zastanawiam się nad związkiem naszego miasta z tym dawnym, które umarło w 1944 roku. Dziś uważa się, że przy odbudowie Warszawy należało zachować jak najwięcej z niezburzonych, choć będących w kiepskim stanie budynków, ale muszę przyznać, że rozumiem pokusę, które kierowała architektami z BOS. Pokusę, by na gruzach stworzyć prawie całkiem nowe miasto, z centrum poprzecinanym dużo szerszymi niż przedwojenne ulicami, wyprostowaniem innych arterii (np. utworzenie Świerczewskiego i skorygowanie przebiegu Leszna i ulic prowadzących do nowego mostu na trasie WZ, Śląsko-Dąbrowskiego. A i tak był w tym jakiś kompromis, którego symbolem jest odbudowa Starego Miasta. W przypadku Muranowa, który zastąpił dawną żydowską Dzielnicę Północną, raczej sporu nie ma, problem jest jednak z centrum: Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi, Świętokrzyską, z całym Dzikim Zachodem, w dużej części pokrywającym się z małym gettem. Tu zachowały się domy, zrujnowane, ale stojące. Oczywiście, ich odbudowa czy lepiej powiedzieć, renowacja i rekonstrukcja, byłyby, jak na tuż powojenne warunki, bardzo kosztowne, no i przeczyłyby idei rozluźnienia zabudowy. Chodziło przecież o to, by do mieszkańców docierało więcej światła niż do dawnych kamienic z podwórkami – studniami. To była ówczesna obsesja, podbudowana ideologicznie – światło, okna, powietrze.

Trzeba pamiętać też o tym, że dziewiętnastowieczną Warszawę ominęły radykalne przebudowy centrum związane z modernizacją życia miejskiego i rozwojem transportu, jakie np. przeprowadzono w Paryżu, Berlinie czy w Pradze. Niemniej na pewno nowa Warszawa straciła swój własny klimat, który nadają miastom nakładające się na siebie historyczne przemiany, a architektoniczny chaos ostatnich lat dopełnił ten proces. Miasta zresztą miewają często swój charakterystyczny rys i nie decydują o nim wcale najbardziej znane zabytki. Np. w Paryżu są to kształty okien i okiennic. Gdy na filmie pojawia się dom z takimi oknami, od razu wiem, że jestem w Paryżu. Amsterdam wyróżnia się budynkami z bardzo wąskimi pionowymi podziałami. Co mogło być takim znakiem warszawskim?

Piszę to wszystko pod wrażeniem dyskusji, jaka odbyła się w Muzeum Polin i dotyczyła trzech zachowanych z przedwojnia kamienic przy ulicy Waliców: numery 10, 12 i 14. Znam te domy, ale nie wiedziałem niczego o tym, że już od dawna trwają zabiegi o ich uratowanie i toczą się dyskusje, jak z nimi postąpić. Odkrywczym było dla mnie przede wszystkim wystąpienie profesora Guido Morpurgo z Politechniki Mediolańskiej. Odwołując się do zainspirowanego jego koncepcją tytułu spotkania: „DNA Warszawy – dziedzictwo Europy”, włoski architekt pokazywał na planach graficznych, że dawne centrum Warszawy składało się z wielu skupisk kilku, najczęściej 3-4 kamienic, mających typowy dla tego miasta układ, nie spotykany gdzie indziej. Że charakterystyczny dla Warszawy jest sposób układania cegieł, nawet pewne elementy rozplanowania wnętrz. Te fragmenciki można nazwać DNA miasta, a kamienice na Waliców są jednym z jego ostatnich śladów. Według profesora Morpurgo usprawiedliwione jest potraktowanie zachowanych domów jak problemu archeologicznego. Na dowód pokazał porównanie dwóch fotografii zrobionych z lotu ptaka: Warszawy w 1945 r i Pompejów. Rzeczywiście, podobieństwo tych dwóch zdjęć jest uderzające. Na obu mamy ciągi ulic i zabudowę w postaci ruin, wyznaczających jednak dokładnie miejską koncepcję urbanistyczną, rozplanowanie budynków; i tam, i tu nie jest to układ przypadkowy. Krótko mówiąc, kamienice na Waliców nie są tylko kilkoma ocalałymi budynkami, ale widocznym śladem dawnej koncepcji miasta, która w tym miejscu kontrastuje z dwiema późniejszymi – osiedlową zabudową PRL-owską (Osiedle Za Żelazną Bramą i na jego wzór zbudowane sąsiednie budynki w okolicach Alei Jana Pawła II) oraz wystającymi wokół bezładnie rozrzuconymi wieżowcami, dziedzictwem już z naszego wieku.

Oczywiście, ratowanie tych trzech domów wymaga wielu rzeczy: dobrej woli wielu ludzi i instytucji, dużych pieniędzy, opracowania dobrej koncepcji zagospodarowania budynków, tak by ich funkcje zostały zaakceptowane przez ludzi mieszkających w pobliżu. Najlepiej, by sąsiedzi kamienic odnieśli jakąś korzyść z powstania obok nowego, żywego miejsca. Jednocześnie ważne jest, by w jak najmniejszym stopniu zniekształcić pierwotny wygląd domów. Podczas dyskusji wielokrotnie przywoływano przykład rewitalizacji ulicy Próżnej jako projektu chybionego i nieudanego. Niestety, trudno się z tymi głosami nie zgodzić.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dajmy spokój Biedroniowi

Bardzo rzadko zgadzam się z opiniami Marcina Króla. Często mnie nawet drażni, bo wydaje mi się, że jego myśli błądzą gdzieś daleko od realności. Jednak artykuł opublikowany w Magazynie Świątecznym GW z dnia 9. lutego, zatytułowany „Rozsądna i romantyczna”, jest z mojego punktu widzenia co najmniej inspirujący. Król pisze o tym, jakie znaczenie ma pojawienie się w przestrzeni polskiej polityki Biedroniowej Wiosny. Argumentacja autora, szczególnie w kontekście wyborów do europarlamentu, trafia mi, przynajmniej częściowo, do przekonania.

Idea szerokiej koalicji wszystkich sił demokratycznych jest mi bliska, co więcej, staram się i będę się nadal starał brać udział w jej urzeczywistnieniu. Wiem, że w praktyce chodzi o odsunięcie PIS od władzy, ale ja naprawdę próbuje myśleć w kategoriach czysto ideowych, a więc nie chodzi mi o Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Ziobrę czy Glińskiego, ale o to, by przywrócone zostały, a nawet pogłębione zasady państwa demokratycznego. Aby obowiązywała konstytucja i póki jej zapisy nie zostaną zmienione, nie próbowano jej łamać ani dokonywać jej karkołomnych interpretacji. Aby przywrócić równowagę władz, odideologizować (w praktyce – zachować neutralność państwa) kulturę i historię. I wiele innych rzeczy. Tak, za obecny stan rzeczy odpowiedzialny jest PIS, ale wcale nie wiadomo, jak mogą się zachować ewentualni inni zwycięzcy w jesiennych wyborach, więc wolę się trzymać czegoś w rodzaju zasad.

To, że potrzebna jest bardzo szeroka koalicja różnych partii przeciwko PIS, która to partia ma największe poparcie, jest oczywiste i jest konsekwencją systemu d’Hondta silnie premiującego wygranych w wyborach. Najsilniejsze ugrupowania zyskują o wiele więcej dodatkowych mandatów niż te, którym z trudem udało się wejść do sejmu. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że w praktyce dodatkowe mandaty przyznawane są głównie kosztem partii, które nie przekroczyły progu wyborczego, przy czym im więcej jest głosów „zmarnowanych”, tym silniejsze jest odchylenie od proporcjonalności ostatecznych wyników. Rzecz jasna tworzenie koalicji partii, mających bardzo różne interesy i programy, jest bardzo trudne. Ja jestem zdecydowanie za tym, by zaczynać od koncepcji koalicji technicznej, której celem jest osiągnięcie jak najlepszego wyniku w wyborach, a nie programowej, chyba że ten wspólny program zostanie sformułowany bardzo ogólnie. Trzeba pamiętać o tym, że małe partie bardzo ryzykują, wchodząc w koalicję – utratę pieniędzy, marginalizację itp. Ewentualny zysk to wprowadzenie swoich ludzi do parlamentu, co mogłoby się przy samodzielnym starcie nie udać, no i jednak osłabienie pozycji PIS (jeśli danej partii naprawdę na tym zależy).

A teraz wróćmy do Wiosny. Czy jest niezbędne, by to ugrupowanie znalazło się w projektowanej demokratycznej koalicji? W podtytule tekstu Króla redakcja GW zamieściła stwierdzenie: „Skoro musi być populizm, to niech będzie radosny. Jest miejsce dla dwu opozycji. Ale nie więcej.” Myślę, że warto się nad tą tezą zastanowić, szczególnie w kontekście wiosennych wyborów do europarlamentu. Jaka może być korzyść z samodzielnego w nich startu ruchu Biedronia? Można tylko spekulować, ale są podstawy, żeby uznać takie rozwiązanie za korzystne. Po pierwsze, sondaże dają Wiośnie już dziś kilkanaście procent głosów, co oznacza silną pozycję, a więc całkiem przyzwoity udział w podziale mandatów. Po drugie, wydaje się, że Biedroń przyciąga stosunkowo wielu wyborców, którzy nie chcą głosować na „stare” partie, trochę na tej zasadzie, jak ci, co poparli Kukiza. W dodatku, z tego powodu, Wiosna może zabrać też głosy Kukizowi. Jest całkiem prawdopodobne, że bardzo wielu tego rodzaju wyborców nie zagłosowałoby na kandydatów Wiosny, gdyby ugrupowanie poszło do wyborów w ramach koalicji demokratycznej („europejskiej”). Po prostu ci głosujący uznaliby, że Biedroń jest elementem tradycyjnego układu politycznego, więc to nie ich bajka. Po trzecie, Wiosna w swoim programie złożyła obietnice o charakterze socjalnym, którymi daleko przelicytowała PIS. Są one oczywiście nierealne, ale przecież Biedroń o ich realność nie musi się martwić, bo daleko mu jeszcze do takiego poparcia, które pozwoliłoby móc decydować o sprawach kraju. Jednak moim zdaniem ten populistyczny program jest w stanie przyciągnąć część wyborców PIS, jako że obietnice są zawsze kuszące, a wielu ludzi w Polsce jest ciągle jeszcze zdania, że tylko od rządzących zależy, ile dadzą obywatelom. Jeśli nie dają, to nie dlatego, że nie mają, ale nie chcą dać albo potrzebują dla siebie.

W wyborach do Parlamentu Europejskiego, po odrzuceniu sejmowej nowelizacji ordynacji wyborczej przez prezydenta, nadal o podziale mandatów decyduje metoda d’Hondta. Gdyby więc Biedroń przystąpił do szerszej koalicji i liczba głosów oddanych na jego ugrupowanie w ramach wspólnego komitetu była podobna jak w przypadku startu samodzielnego – w co trudno uwierzyć – to oczywiście partie prodemokratyczne zyskałyby kilka miejsc w parlamencie więcej. Wydaje mi się to jednak złym rozwiązaniem. Biedroń, który po raz pierwszy wchodzi na ogólnopolską scenę polityczną, po prostu nie może sobie pozwolić na taki ruch. Musi sprawdzić swoją siłę (a my wszyscy też powinniśmy ją zweryfikować), musi się przekonać, na czym stoi. Jest bardzo prawdopodobne, jak usiłowałem wyżej argumentować, że samodzielna Wiosna przysporzy blokowi demokratycznemu więcej mandatów, niż byłoby to możliwe przy wspólnym komitecie wyborczym.

Jeśli tak, trzeba zachować w stosunku do Wiosny jeżeli nie życzliwość, to przynajmniej neutralność. Byłoby nierozsądne atakować Biedronia i jego ludzi, wyrzucać mu chęci rozłamowe, wyzywać od pożytecznych idiotów i spychać go w ten sposób w stronę PIS. Jego partia na pewno będzie przydatna. Dopiero po majowych wyborach sytuacja będzie jaśniejsza. Na razie dajmy spokój Biedroniowi.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

 

Nie ma

Skończyłem czytać ostatni fragment „Nie ma” Mariusza Szczygła i zasnąłem. Przyśnił mi się jeszcze jeden, nieznany reportaż z tej książki – tak myślałem, że reportaż. Nie widziałem żadnych obrazów, nie miałem świadomości, jaka jest w nim opowiadana historia, jakich zdarzeń dotyczy. Słyszałem słowa, zdania. Formułowane jak opowieść zapisana w pierwszej osobie. Obudziłem się w środku kolejnego zdania. „Ja…” Nie pamiętam dalszej części zdania, tylko to „ja”.

„Nie ma” to bardzo dobra książka. W tym sensie, że każdy zamieszczony w niej tekst jest napisany z pełną świadomością, jak powinien być zbudowany, jak powinien działać na czytelnika, dokąd ma go zaprowadzić. Ten tom bliższy jest sztuce reportażu niż „Projekt prawda”, jednak tu także czytelnik czuje, że autor chce wyrwać się z reporterskich ograniczeń, jakby ta forma go trochę uwierała. Przy czym nie jest to ucieczka w stronę fikcji. Szczygieł wielokrotnie deklarował, że interesuje go tylko to, co pochodzi z życia, że zmyślać nie umie, i często wręcz ostentacyjnie dodaje przypisy, które poświadczają osadzenie opowiadanych historii w konkretnych miejscach i rzeczach – charakterystyczny jest przypis podający imię i nazwisko autorki obrazu, którego krótki opis autor umieścił w najbardziej chyba osobistym rozdziale, w zasadzie kończącym książkę i zatytułowanym „Rzeczy po prostu dzieją się”. Zresztą poprzedza go tekst, całkiem oddzielny, w tej książce najkrótszy, więc mogę go w całości tu zacytować: „Reportaż to nieumiejętność przeżycia własnego doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji”. Myślę, że jest w tej sentencji odrobina kokieterii, ale też tęsknoty za inną formą wyrażania siebie, co widać w wielu tekstach składających się na „Nie ma”.

Zdaję sobie sprawę, że ja mój problem z „Nie ma” jest dość podobny jak z książką poprzednią, zwłaszcza z jej pierwszą częścią. Pisałem o niej tak: byłem rozczarowany, że autor jest tu tak inny niż zwykle, że forma mniej go pochłania niż własne uczucia. Tak jak przy „Projekcie prawda” próbuję pogodzić swoją empatię – i sympatię – do Mariusza Szczygła z własnymi upodobaniami literackimi. Z drugiej strony muszę przyznać, że w „Nie ma” są też rasowe reportaże i to reportaże świetne, jak frapujący „Nieznajomy wróg jakiś”, „Czytanie ścian” – opowieść o czeskiej poetce Violi Fischerovej czy historie związane z domem, który kiedyś zafascynował reportera: „Gwiazda wszystkich willi. Wielowątkowe, napisane z pasją i z wielkim kunsztem. Niemniej i w nich, może z wyjątkiem pierwszego, autor, jako bohater, pełni ważniejszą rolę niż w większości jego wczesnych reportaży. A cóż dopiero powiedzieć o tych rozdziałach, które reportażami nie są. Bo w „Nie ma” mamy do czynienia z wielką różnorodnością gatunków. Są tu, często rozbudowane w porównaniu z pierwowzorami, felietony z cyklu „Projekt: prawda”. Są bardzo osobiste teksty, jak ten o śmierci kota („Trzydziesta noc”). Jest reporterska relacja o tym, jak powstawał głośny reportaż „ Śliczny i posłuszny” i o związanych z nim rozterkach. Są dodatkowe, uzupełniające niejako fragmenty odnoszące się do innych rozdziałów. Wszystkie łączy motyw straty – często śmierci, wymuszonej zmiany w życiu, refleksje krążące wokół śmierci. W niektórych nie umiem od razu dostrzec, w jaki sposób wiążą się z tytułowym „Nie ma”.

Rozumiejąc motywy i potrzeby Mariusza Szczygła, tęsknię do reportażu. Myślę zresztą, że jest to forma, w której autor, choć pozostaje w tle, nie jest wcale niewidoczny dla czytelnika. W znakomitym i odkrywczym Gottlandzie – będę to zawsze powtarzał, choć autor twierdzi, że to przeszłość, a on jest już w zupełnie innym miejscu – jesteśmy bardzo blisko reportera i w dodatku to, czego się o nim dowiadujemy, jest ważne dla sensu książki. Co go interesuje, w jaki sposób i dlaczego podąża za bohaterami książki, żyjącymi i nieżyjącymi, jak nawiązuje kontakt i znajduje źródła, co lubi, jakie ma przekonania etyczne (przynajmniej w części, jaki ma stosunek do słowa i formy literackiej i jeszcze wielu innych rzeczy. Czy to nie jest rodzaj kontaktu z czytelnikiem, sposób wyrażana siebie? Czy to nie jest, nie wiem czy sposób przeżycia, ale na pewno przekazania „własnego doświadczenia egzystencjalnego”? Boję się być nietaktowny, ale wolę taki rodzaj ekspresji niż mówienie bardziej wprost, co zawsze naraża autora na pokusę zbytniej emocjonalności.

A poza tym – „Nie ma” to bardzo dobra książka. Nawet z tym „ja”.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Nie pamiętam

Jak zwykle z początkiem stycznia zacząłem układać listę filmów, które mi się najbardziej podobały w minionym roku. Mam je wszystkie zapisane w bazie sporządzonej przy pomocy prehistorycznego już Accessa. Przejrzałem tytuły i z prawdziwym – nie przesadzam – przerażeniem zorientowałem się, że nic mi one nie mówią, nie wiążą się nawet z żadnym wspomnieniem, nie mówiąc już o tym, żebym pamiętał choćby jakiś obraz czy wątek fabularny. Mam na szczęście notatki, dotyczące przynajmniej części tych filmów, są internetowe portale, na których można wyszukać opisy i recenzje, więc powoli przypomniałem sobie, o co w nich chodziło i jakieś ogólne wrażenia. No tak, ale żeby stworzyć moje zestawienie potrzebuję czegoś więcej: wrócić do doznanych przeżyć. Te wszystkie zapisy, własne i cudze, są przecież wyłącznie próbą ubrania w słowa czegoś, co istniało w głowie i czego słowa do końca nie oddają. Jeśli nawet odtwarzają mi się pewne obrazy czy sceny, są tak samo pozbawione intensywności jak teksty je opisujące. Oczywiście, dawniej tak nie było, przy czym nawet nie zdawałem sobie sprawy, że tak mój mózg funkcjonował i że tę jego zdolność kiedyś utracę.

Wiem, wiem. Narzekanie na pamięć jest starczym i nudnym rytuałem. Zapomnieć gdzie położyłem akurat okulary czy klucze, nawet o ważnym spotkaniu, jest nieprzyjemną uciążliwością, ale z tym można sobie radzić. Jednak na to, o czym piszę wyżej, nie znam lekarstwa. Jest to ten rodzaj zapominania, który w poważnym stopniu pozbawia radości z uczestnictwa w kulturze, co jest dużo bardziej bolesne.

Kiedy czytam powieść, a czytam wolno, zapominam, co było wcześniej, więc nie jestem już w stanie czerpać przyjemności z tego, jaka jest budowa utworu, dostrzec odwołania, zauważyć nawiązania do pewnych elementów, które są rozrzucone po całej książce. Oczywiście, tak czy inaczej, muszę wracać, sprawdzać, odtwarzać. Niedawno czytałem książeczkę całkiem niedużą, trochę ponad 100 stron małego formatu. Nie wiem ile razy ją kartkowałem podczas lektury, bo nie potrafiłem zapamiętać kim są poszczególne postaci, jakie były ich losy.

A jak jest z muzyką? Podobnie. Powiedzmy, że byłem na koncercie, który zrobił na mnie duże wrażenie. Dobrze, to pamiętam. Ale dlaczego? Jeśli nie przypominam sobie, z czego ta satysfakcja się brała, nie umiem wrócić do sposobu grania, do rzeczywistych barw, do energii płynącej z estrady, wtedy samo odnalezienie gdzieś programu imprezy niewiele daje.

Mam w głowie całą masę faktów z dziedziny kultury, mogę z większym lub mniejszym powodzeniem uczestniczyć w różnych quizach, a jednak kłopoty z pamięcią powodują, ze czuję się upośledzonym odbiorcą sztuki. Jest wyłącznie teraz – chwila, w której oglądam obraz (czyj? który? co mi się podobało i dlaczego? – po miesiącu nie wiem), czytam rozdział książki, patrzę na scenę w filmie czy w teatrze. Mam wrażenie, że już niczego w sobie z tych wrażeń nie zbuduję, niczego w sobie nie zmienię.

Co do filmów zeszłorocznych, to wyróżniam cztery: Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Twarze, plaże, Zimna wojna i Niemiłość. Tak wynika z moich notatek.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.