Byłem jurorem

Spotkałem kilka dni temu znajomego, trochę ode mnie starszego krytyka filmowego, namiętnego fana kina. Gadamy sobie, oczywiście o filmach, co widzieliśmy ostatnio, wreszcie on mówi: mniej już oglądam, bo mam problemy z pamięcią. Kiedyś pamiętał nazwiska, tytuły, przebieg akcji, sceny, był wręcz fenomenem, przez wszystkich podziwianym.

No i znowu wracam do tego samego problemu. Nie chodzi o to, by się skarżyć, ale by zaświadczyć, że coraz częściej obcowanie z kulturą staję się dla nas, dla mnie, ciągłą walką z ułomnością pamięci, by przyjemność nie kończyła się w momencie zamknięcia książki, wyjścia z koncertu czy sali kinowej. Trzeba więc nieustannie wspominać, notować, rozmawiać.

Co do kina mam jeszcze jeden staruszkowy kłopot. Mam wrażenie, że mój sposób widzenia filmów, powiedziałbym nawet system wartości, stopniowo oddala się od dominujących w przestrzeni kultury głosów ludzi z młodszych generacji, tych, którzy wyznaczają główne nurty rozwoju kina. To pewnie nie do końca precyzyjne sformułowanie, po prostu przez wiele lat czułem, że płynę w głównym nurcie, że kinematografia się zmienia i rozwija, ja tym przekształceniom towarzyszę, rozumiem je, nie odstaję. Teraz jest inaczej.

Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy nadarzyła się okazja, by zostać członkiem Jury Międzypokoleniowego na warszawskim festiwalu filmów dokumentalnych Millenium Docs Against Gravity. Festiwal ma wiele sekcji programowych, oprócz profesjonalnego jury oceniającego filmy uczestniczące w konkursie głównym (w tym roku przewodniczyła mu Agnieszka Holland) są też inne konkursy, a werdykt w jednym z nich, na najlepszy debiut, wydaje skład amatorski, w którym współpracują z sobą nastolatki i ludzie w wieku, nazwijmy to, bardzo słusznym (ja byłem, rzecz jasna, najstarszy). Bardzo byłem ciekaw rozmów z młodymi ludźmi. O tych z mojego pokolenia jakoś w ogóle nie myślałem. Ostatecznie była nas piątka, w tym dwie licealistki.

Mieliśmy do obejrzenia 12 filmów na seansach zaplanowanych podczas pierwszych czterech dni festiwalowych, w różnych kinach śródmiejskich. Wyobrażałem sobie, że będzie okazja, aby pogadać między kolejnymi projekcjami, zależało mi na tym, ale kiepsko się składało. Jedna z nastolatek na ogół mi umykała, z drugą udało mi się ze dwa razy powymieniać uwagami i wrażeniami, i to było bardzo sympatyczne. Bałem się jednak, że kiedy już dojdzie do obrad jury, a były zaplanowane po naszym ostatnim seansie, o dziesiątej wieczorem, to przeważy chęć, by jak najszybciej wypełnić obowiązek wybrania najlepszego filmu i skończyć. A ja chciałem rozmawiać. No więc w miarę możliwości, w przelotnych rozmowach, starałem się chociaż zorientować, co się komu podoba i dlaczego, a co nie wzbudza entuzjazmu. Oczywiście byłem trochę zawiedziony, że ani razu nie udało się wspólnie pójść gdzieś na kawę, zintegrować, bliżej poznać, jak najszybciej wyjść poza relacje oparte wyłącznie na tym, że mamy tu na festiwalu określoną funkcję. Mimo wszystko trochę udało nam się wcześniej poznać, czegoś o sobie nawzajem dowiedzieć, tak więc w poniedziałek 6. września wieczorem, kiedy usiedliśmy przy stole w pustym już hallu kina Muranów, atmosfera nie była na szczęście aż tak oficjalna.

Przyjęliśmy dobrą, moim zdaniem, formułę, że będziemy rozmawiać tylko o 3-4 filmach, które wcześniej wspólnie uznamy za najbardziej interesujące. Dyskusja pokazała, że na dwa z tych czterech wybranych filmów patrzymy różnie, przy czym źródłem różnic jest przynależność do dwóch różnych pokoleń. Świetnie, o to właśnie chodzi, tego oczekiwałem i tego chciałem. Założyłem sobie wprawdzie, że jeśli naprawdę dojdzie do poważniejszego sporu, poprę młodych, bo to ich spojrzenie powinno się liczyć, ale to tylko moja wyobraźnia tak pracowała, w rzeczywistości kontrowersji wielkich nie było. Dziewczynom podobał się polski film, który był rodzajem kroniki pierwszego pandemicznego roku. Był to wyraźnie temat im bliski, ważny, z ich życia. Łatwo było jednak wykazać, że kronika jest niepełna, powierzchowna, w ogóle nie dotyka głównych problemów, w tym sensie więc rozczarowująca, jest zaprzepaszczoną szansą powiedzenia czegoś istotnego. Nas, starych, poruszył krótki film oparty na rejestracji rozmów petersburskich emerytów z telefonistką centrum pomocy. Też pandemiczny, ale pokazujący w sposób dyskretny i oszczędny skalę tragedii, skalę nieprzygotowania i niewydolności systemu pomocy społecznej, owszem w Rosji, ale przecież nie tylko. Dla dziewczyn ten film był zbyt monotonny, nużący, w tej litanii skarg, żalów, nieszczęścia, ale też w sposobie realizacji – w obrazie widzimy po prostu mury starych, zniszczonych petersburskich kamienic. Szkoda, że nie było czasu dłużej porozmawiać, bo jest to chyba tematyka nadająca się do dyskusji w międzypokoleniowym gronie. Tak czy inaczej nie mieliśmy wątpliwości, że najlepsze są dwa inne filmy, tu kontrowersji nie było. Ostatecznie nagrodziliśmy „Czarnego Jezusa”, niemiecki film włoskiego reżysera Luki Lucchesiego.

O samych filmach festiwalowych napiszę, mam nadzieję, oddzielnie. Tu wspomnę tylko, że bardzo się cieszę z naszego wyboru. Uważam, że „Czarny Jezus” jest nie tylko ciekawą, oryginalną, wielowątkową opowieścią, ale przede wszystkim przewyższał inne filmy z naszej sekcji pod względem warsztatowym. Świetny montaż, zdjęcia, muzyka, sposób wykorzystania tej muzyki, konstrukcja; oglądanie go sprawiło mi wielką przyjemność. Żadna z moich jurorek nie podnosiła wprawdzie tego rodzaju atutów, ale może film po prostu tak działa na widza, że niekoniecznie trzeba dostrzegać, jak np. porusza się kamera. Producentem nagrodzonego filmu jest Wim Wenders i wydaje mi się, że jego wpływ jest w obrazie widoczny. Nasza nagroda koresponduje w pewnym sensie z Grand Prix konkursu głównego, animowanym duńskim dokumentem „Przeżyć”. Tematem obu filmów jest problematyka związana z imigrantami i uchodźcami. Pewnie wydając werdykt nie myśleliśmy o tym, co się dzieje na wschodzie Polski, a jednak gdzieś w głowie to wszystkim siedziało.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Olimpiada w Tokio

Zaczęła się olimpiada. Z opóźnieniem, w trudnych, nietypowych warunkach, ale zawodnicy już konkurują. Trudno mi nie wspomnieć poprzednich igrzysk tokijskich, tych z roku 1964. Przed imprezą kupiliśmy pierwszy telewizor. Nie pamiętam już jakiej marki, chyba Rubin. Stanął w dużym pokoju, który był jednocześnie sypialnią rodziców, więc nie bardzo mogłem oglądać transmisji w nocy, a i rano też nie, bo trzeba było iść do szkoły. Cztery lata później podczas olimpiady w Meksyku było już inaczej, mama nie żyła, a ojciec pozwalał mi śledzić zawody ze ściszonym dźwiękiem, nawet gdy sam zasypiał. Nim pojawił się telewizor, sport go zupełnie nie interesował, ale gdy ja oglądałem transmisje, trochę się wciągnął. Olimpiadę w Tokio poznałem jednak raczej nie z bezpośrednich przekazów.

Wtedy olimpiada była ciągle jeszcze imprezą, w której mogli startować wyłącznie amatorzy, zgodnie z pierwotną ideą Pierre’a de Coubertina. Wszyscy wiedzieli, że sportowcy z krajów „obozu” amatorami nie są, jednak patrząc z dzisiejszej perspektywy, ich status był daleki od zawodowstwa, tak jak go rozumiemy aktualnie. Polscy sportowcy byli zatrudnieni na lewych etatach, jakieś tam nagrody za sukcesy dostawali, pewnie część z nich żyła trochę lepiej niż przeciętny rodak, ale to nie były fortuny. Owszem, czasem przydzielano im niewielkie mieszkania, co już było dużo. Zarabiali na wyjazdach. jednak raczej nie mogli podczas swojej kariery odłożyć tyle pieniędzy, by po jej zakończeniu żyć z oszczędności. Dziś zawodowy sportowiec może zawrzeć umowę z klubem czy z profesjonalnym zespołem (kolarze), ma kontrakty reklamowe, sukcesy są opłacane według z góry zdefiniowanych stawek (tenisiści, lekkoatleci, pływacy). Krótko mówiąc, peerelowscy sportowcy byli bardzo amatorskimi zawodowcami.

Związki między zawodowcami a amatorami układały się kiedyś w sporcie bardzo różnie. Były konkurencje, w których te dwie kategorie zawodników nigdy ze sobą nie rywalizowały, np. w kolarstwie, boksie, koszykówce. W innych, choćby w piłce nożnej, żadnego rozdziału nie było, tylko na Igrzyskach Olimpijskich wprowadzono w pewnym momencie zasadę, obowiązującą do dzisiaj, że w drużynach mogą występować wyłącznie zawodnicy do lat 23 (z niewielkimi odstępstwami) i to było obejście problemu zawodowstwa. Pewne dyscypliny, od pewnego momentu zdominowane przez zawodowców, takie jak tenis, przez długi czas na olimpiadę nie dopuszczano, a w koszykówce zawodowcy dostali prawo wstępu nie tak dawno. Dzisiaj idea olimpijskiego amatorstwa właściwie całkiem upadła, pozostały jej nieliczne relikty. MKOL będzie musiał się zmierzyć z innym problemem – kto może być dopuszczony do rywalizacji kobiet. Czy w ogóle da się utrzymać podział na dwie płcie w czasach, gdy taka koncepcja jest coraz silniej kwestionowana?

W pierwszych dwóch dniach tegorocznych igrzysk obejrzałem kolarskie wyścigi szosowe mężczyzn i kobiet i ich przebieg wzbudził we mnie kilka refleksji, pośrednio związanych z odmiennością rozwoju amatorskiej i zawodowej wersji tych konkurencji. W czasach mojej młodości pasjonowaliśmy się Wyścigiem Pokoju, a wielkie zawodowe wyścigi, takie jak Tour de France, można było śledzić wyłącznie w sportowych gazetach, czytając rubrykę z wynikami. W wyścigach amatorskich na równi z indywidualnymi sukcesami liczyła się klasyfikacja drużynowa. W Wyścigu Pokoju na wynik drużynowy składały się rezultaty trzech pierwszych zawodników z danego zespołu na kolejnych etapach. Na bieżąco obliczaliśmy w pamięci różnice czasów drużyn, związane z tym, którzy zawodnicy są w poszczególnych grupkach w trakcie etapu. W pewnym sensie na pewno ulegaliśmy  indoktrynacji, niemniej rywalizacja naszych kolarzy z Rosjanami czy z Niemcami była dla nas jeszcze bardziej ekscytująca niż sukcesy poszczególnych kolarzy.

Podczas wielkich wyścigów zawodowców niby też prowadzono klasyfikację drużynową, ale w zasadzie nigdy nie przywiązywano do niej większego znaczenia. Dodawano po prostu końcowe wyniki najlepszych zawodników z ekipy, jednak chwałę drużynie przynosiło wyłącznie zwycięstwo indywidualne. Niemniej komentatorzy dzisiejszego kolarstwa, zawodowego, bo amatorskim mało kto się interesuje, nieustannie podkreślają, że jest to sport drużynowy. Na czym ta koncepcja polega? Ano na tym, że członkowie ekipy mają pomagać swojemu liderowi. Ściślej rzecz biorąc, w wyścigach wieloetapowych pomaga się temu liderowi podczas górskich, trudniejszych etapów. Na płaskich, co do których z góry się zakłada, że ich wyniki nie będą miały wpływu na końcowe wyniki, drużyna jedzie dla  sprintera, wyspecjalizowanego w wygrywaniu finiszu. Co ważne, decyzje, jak mają jechać poszczególni kolarze, podejmuje na bieżąco kierownik zespołu. To on wyznacza zawodników, którzy   mają nadawać tempo grupie albo odwrotnie – nie powinni się tym zajmować. On pozwala lub nie na ataki, wskazuje, kto ma pilnować w danym momencie lidera, a kto powinien zostać z tyłu i oszczędzać siły na kolejny etap. Nazwać tego typu taktyczne rozgrywki postępowaniem nie fair byłoby przesadą, ale mnie się takie podporządkowanie wszystkiego decyzjom kierownictwa drużyny nie podoba. Zawodnik, który jedzie w wyścigu jako pomocnik, choćby nawet był akurat w świetnej formie, na ogół nie może nawet próbować wygrać etap, poczuć przyjemność ze sportowej rywalizacji. Nie podoba mi się, że często świetni kolarze wożą się gdzieś pół godziny za główną grupą, bo już swoje zadanie wykonali, pilnując tylko, by nie przekroczyć wyznaczonego dla etapu limitu czasu.

Kiedyś kierownik drużyny, aby wydać polecenia swoim zawodnikom, przywoływał z  samochodu któregoś z kolarzy, a ten przekazywał rozkazy pozostałym. Od kiedy pozwala na to technologia, zawodnicy mają już umocowane do ucha słuchawki i zdalne komenderowanie działa o wiele sprawniej. Jednak podczas wyścigu olimpijskiego nie wolno używać słuchawek. Dlaczego – nie wiem, ale konsekwencje okazały się poważne. Kiedy w końcówce uciekł Richard Carapaz, kolarze z jadącej za nim grupy najwyraźniej nie wiedzieli co robić. Byli tam sami liczący się w stawce, świetni kolarze, pomocnicy zostali już z tyłu, a bez rozkazu nikt nie chciał zaryzykować i szarpać się, by stracić siły, które mogły się jeszcze przydać. W efekcie Ekwadorczyk wygrał bez problemu. Myślę, że w normalnych warunkach nie miałby szans. Ktoś by dostał zlecenie, by ostro poprowadzić, inny, by współpracować przy pościgu. W grupie tej był też Michał Kwiatkowski, nasz najlepszy obecnie kolarz, w 2014 roku mistrz świata, ale w zawodowej grupie Ineos Grenadiers nie mający statusu lidera. Olimpiada to obok mistrzostw świata jedyne imprezy, w których konkurują zespoły narodowe, a nie zawodowe teamy, więc Kwiatkowski mógł wreszcie jechać dla siebie. I jechał cały czas bardzo dobrze i aktywnie, ale kiedy przyszło do końcowej rozgrywki, przestał się liczyć. Może to tylko moja hipoteza, ale zastanawiałem się, jak zawodnik, który przez rok, a może dłużej, musiał odpuszczać ostatnie kilometry każdego odcinka, mógł być przygotowany do walki o medale.

Jeszcze dziwniejsza sytuacja zdarzyła się w wyścigu kobiet. Na samym początku uciekły trzy kolarki, wśród nich nawet Polka, Anna Plichta. Żadna z nich nie była faworytką. Jechały, pedałowały daleko z przodu, aż w końcu, dosłownie pięć kilometrów przed metą, jak to najczęściej bywa, dwie z nich zostały doścignięte przez czołową grupę. Trzecia, Austriaczka Kiesenhofer, trochę wcześniej zostawiła partnerki ucieczki i ostatecznie wygrała. Co więcej, zachowała na tyle dużą przewagę, że na krętej trasie nie była w zasięgu wzroku grupy pościgowej. Na ostatnich kilometrach wyrwała do przodu Holenderka Annemiek van Vleuten – Holenderki to zdecydowanie najlepsze obecnie szosowe kolarki – w euforii przejechała linię mety, przekonana, że wygrała. Nie mając słuchawek i kontaktu z kierownictwem drużyny, nie wiedziała, że przed nią na trasie była jeszcze jedna zawodniczka.

Tak bywa, kiedy jesteś przyzwyczajony, że za ciebie myśli i decyduje szefostwo, a ty jesteś tylko karnym pracownikiem.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Wacka

Sporą część moich tutejszych zapisków stanowią teksty pisane z okazji śmierci i pogrzebów. To z jednej strony dlatego, że czyjś zgon ożywia wspomnienia z często dalekiej przeszłości, z drugiej skłania mnie do wypełnienia najważniejszego obowiązku wobec osoby, której już nie ma , mianowicie zachowania pamięci. Choć świadomie piszę głównie dla siebie, może jeszcze dla kilku zaledwie przyjaciół, to jakoś mam nadzieję, że co w sieci umieszczone, nie zaginie tak doszczętnie i będzie do odnalezienia.

Wacka Grudzińska była przyjaciółką mojej mamy, lekarką, z którą – tak myślałem – pracowały na jednym oddziale. Tymczasem wcale tak nie było. Wacka mniej więcej przez rok była zatrudniona w Instytucie Gruźlicy u prof. Jochwedsa, ale było to jeszcze przed naszym przyjazdem do Polski. Potem przeniosła się na Akademię Medyczną, do kliniki prof. Askanasa. Mnie się wtedy, tzn. w moich czasach szkolnych, wydawało, że wszystkie te lekarki, przyjaciółki mamy, Wacka, Emma Szulkin, Cunia Słucka, pracowały z mamą na Płockiej, ale czy tak było naprawdę? Tylko w przypadku „szefowej”, Sary Bromberg-Sznek nie mam wątpliwości. Szefowa to wiadomo, ordynatorka, zresztą jest współautorką niektórych publikacji matki.

Tyle że z Wacką było jeszcze inaczej. Okazało się, i to wcale nie od razu, bo informacje z przeszłości, przedwojennej, wojennej i tuż powojennej przekazywano mi skąpo i bardzo stopniowo, że Wackę znała mama z dzieciństwa. Wacka, wtedy Klara Kaufman, była młodszą o sześć lat siostrą najbliższej koleżanki i przyjaciółki mamy, Hindzi. Z Hindzią siedziały w jednej ławce, były nierozłączne. Na „Polskiej Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych”, dokumencie, który w roku 1926 w kraju podpisało 5,5 mln osób, w tym większość uczniów różnego typu szkół,  ich podpisy znajdują się obok siebie: Dora Goldszajder i poniżej H.Kaufman (wpisy można odnaleźć na portalu „Nieskończenie niepodległa”  http://www.polska1926.pl/osoby/165189 , wymyślonym i zaprojektowanym przez Grzegorza Kołacza). Hindzia po wojnie znalazła się w Izraelu. Zobaczyły się ponownie w Paryżu, chyba był początek lat sześćdziesiątych. Kiedy mama wróciła ze spotkania, była bardzo poruszona, mówiła, że rozmawiały, spacerowały jak w czasach szkolnych. Na zawsze utkwiły mi w pamięci słowa: chodziłyśmy z sobą tak jak wtedy, kiedy nawzajem odprowadzałyśmy się do domów po lekcjach i wydawało nam się teraz, że i stary młyn zaraz się gdzieś pokaże. Kiedy po latach przyjechałem do Kielc, było to jedno z niewielu wspomnień mamy, które miałem w głowie. Przyglądałem się rzeczce Silnicy, chodziłem jej brzegami i zastanawiałem się, gdzie tu mógłby być jakiś młyn, wydawało mi się to na tyle niemożliwe, że nawet głupio byłoby pytać o niego kielczan.

Kilka lat temu poszedłem do biblioteki w muzeum Polin, by wysłuchać relacji Wacki złożonej do archiwum fundacji Stevena Spielberga (USC Shoah Fundation). Wtedy dowiedziałem się, że ich dom stał nie w samych Kielcach, ale w pewnej odległości od miasta. Pan Kaufman był właścicielem browaru i cała rodzina tam mieszkała. Klara chodziła do szkoły dla żydowskich dziewcząt, z językiem polskim, podobnie jak moja mama i Hindzia, ale zdaje się, że to było już inne gimnazjum, nie Stefanii Wolmanowej; tak sobie zanotowałem. Oczywiście mama raczej nie bawiła się z sześć lat młodszą dziewczynką. Wyjechała z Kielc, gdy Klara miała 11 lat. Nie wiem, czy się widziały przed rokiem 1956, może tak, bo kieleccy Żydzi nie tylko w Polsce, ale w całej Europie próbowali się po wojnie odnaleźć, przekazywali sobie informacje o tym, kto ocalał, gdzie przebywa, co wie o innych, o bliskich, sąsiadach, znajomych.

Od kiedy pamiętam, przez te 9 lat życia mamy po powrocie do Polski Wacka była zawsze blisko. Jej nowe imię Wacława, które miała w metryce i dokumentach używanych podczas okupacji, zostało już z nią na zawsze. Jak powiedział na pogrzebie jej syn, Włodek, o Klarze Kaufman musiała zapomnieć, musiała całkowicie przejąć inną tożsamość, by móc bezpiecznie żyć i działać w okupowanym kraju. Bardzo ją lubiłem.  Była silna,  zdecydowana, czasem ironiczna, właściwie jak wszystkie przyjaciółki matki. Tak sobie wtedy wyobrażałem prawdziwą kobiecość, myślałem, że czułość, łagodność przychodzi z czasem, że to atrybut kobiet w wieku babcinym. Lubiłem też jej męża Janka, którego pamiętam jako wesołego, serdecznego człowieka.

Rodzice zabierali mnie czasem do swoich znajomych, ale ja nie bardzo to lubiłem. Przebywanie z dorosłymi mi nie przeszkadzało, to jednak rzadko się zdarzało, zwykle byłem odsyłany do pokoju dziecięcego, takie były wtedy obyczaje. Byłem nieśmiały, czułem się skrępowany, gdy miałem się bawić czy rozmawiać z dziećmi, których nie znałem blisko. Kiedy dorosłem, trochę mnie dziwiło, że większość tych córek i synów Dąbrowszczaków czy lekarzy, znajomych rodziców, utrzymuje ze sobą ścisłe kontakty. U Grudzińskich moim rówieśnikiem był Włodek, bodaj tylko kilka miesięcy młodszy, ale trzymałem się z nim na dystans. Irka była trzy lata starsza od mnie, więc tym bardziej było trudno. Kiedy zmarła moja matka, ojciec nie bardzo chciał i umiał podtrzymać swoje kontakty i przyjaźnie. Ja też powoli traciłem prawie wszelkie związki z ludźmi z pokolenia rodziców.

O Włodku wiedziałem, że studiuje matematykę, ale nie przypominam sobie, żebyśmy się spotkali, nawet w okresie Solidarności. Z Irką widziałem się ostatnim razem w 1971 roku w Paryżu. Już po jej emigracji, po wstrząsie roku 1968, kiedy jako aktywna uczestniczka Marca została aresztowana, a rodzice stracili pracę – Janek natychmiast, Wacka trochę póżniej. Nasze spotkania we Francji bardzo dobrze pamiętam, ale jak do nich doszło? Pewnie dzięki mojej cioci, też kielczance i z Wacką zaprzyjaźnionej, bo jeśli ktoś pochodził z żydowskich Kielc, miał u mojej cioci i wujka zawsze otwarte drzwi. Minęło pięćdziesiąt lat,  pół wieku. Dopiero teraz, na pogrzebie, zamieniłem z Ireną Grudzińską-Gross kilka zdań.

Niewiele mniej czasu minęło od mojego ostatniego spotkania z Wacką. Zmarła 12 lipca, w wieku 102 lat. Dziś mi żal, że aby napisać coś o niej, muszę sięgać pamięcią aż tak daleko. Wiem, że to moja wina.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Kino sie kończy?

Pierwszy raz w kinie po prawie ośmiu miesiącach. Ponad pół roku! Od kiedy pamiętam, takiej przerwy nie miałem. Lubię nasze jedyne, ursynowskie kino, eleganckie Multikino, choć repertuar  kieruje ta sieć przede wszystkim do widza, który docenia głównie wielkie przeboje. W praktyce więc najczęściej jadę do któregoś z kin o charakterze studyjnym, bo głównie tam grają filmy, które mnie akurat interesują, a poza tym bilety są tańsze niż u nas. No ale jakie znaczenie mogła mieć cena w takim momencie! Nawet o tym nie myślałem. Kiedy już przestudiowałem warszawski repertuar, poczytałem recenzje w „Kinie” i w internecie, przypomniałem sobie te wszystkie zeszłoroczne filmy, których nie mogłem obejrzeć, okazało się, że pozycji, które muszę zobaczyć koniecznie, jest ponad dwadzieścia. Nic dziwnego, że i w Multikinie coś się znajdzie.

Był poniedziałek, późne popołudnie. W hallu pusto, kawiarnia nieczynna, cisza, bilety sprzedaje się w bufecie. Na sali najpierw byliśmy sami, potem w trakcie bloku reklamowego doszli ludzie, nie więcej jednak niż dziesięć. Sam nie wiem, czy wolałbym, żeby kino było pełne, żeby znowu odczuć atmosferę zbiorowego odbioru, który czasem bywa inspirujący, a czasem irytujący, czy jednak lepszy był ten spokojny, „domowy” klimat. Tym razem „domowy” źle się kojarzył, bo z filmem w telewizorze, oglądanym z fotela, kiedy trudno o skupienie i koncentrację na tym, co na ekranie. Z drugiej strony dźwięk wydał mi się przesadnie głośny, a oczy z początku bolały, jakby trudno było się znowu przyzwyczaić do kinowych doznań. Na szczęście te trochę przykre odczucia szybko minęły i poddałem się przyjemnościom kinomana. Bo to jest przyjemność, prawie narkotyczna.

Bardzo żałuję, że trzeba było odwołać warszawski festiwal filmów dokumentalnych, organizowany od lat przez firmę dystrybucyjną Against Gravity. Zaplanowano pokazy od 21 maja, wszystko było przygotowane, ale na początku miesiąca okazało się, że harmonogram odchodzenia od ograniczeń covidowych przewiduje otwarcie kin dopiero od 28 maja. Próbowano otrzymać zezwolenie na odbycie imprezy w drodze wyjątku, pod apelem do władz podpisało się wielu ludzi kultury, ale zgody nie było. A na koniec, kiedy festiwal został odwołany i przeniesiony na początek września, na podstawie nowych decyzji kina uruchomiono dokładnie 21 maja.

Festiwal mógł być silnym impulsem dla życia filmowego i dla widzów, bo, o czym świadczą też moje obserwacje, na razie frekwencja w salach kinowych jest raczej niska. Wprawdzie maj i czerwiec to tradycyjnie okres, kiedy zamiast chodzić do kina ludzie wybierają raczej inne aktywności, niemniej bardzo się boję, że zmiany, które spowodował czas epidemii, mogą być już nieodwracalne. Justyna Troszczyńska, właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun, już w lecie zeszłego roku mówiła: Trudno dziś jednoznacznie określić, jaka będzie przyszłość kina. Wszyscy w branży mamy nadzieję, że pozostanie pierwszym i największym kanałem dystrybucji filmów, nadal uwielbianym przez widzów. Jednak na pewno nie wróci już to, co obserwowaliśmy kiedyś, czyli tłumy na premierach filmowych, jak choćby na ostatniej produkcji o Jamesie Bondzie, kiedy bilety były sprzedawane już trzy tygodnie wcześniej. W latach 2015-19 liczba widzów w polskich kinach szybko rosła, można było z przyjemnością obserwować, że chodzenie do kina znowu jest modne wśród młodzieży; ten wzrost został oczywiście zahamowany, ale czy aby nie na długo? Czy przyzwyczajenie do kina domowego, do korzystania z platform streamingowych nie okaże się trwałe? Przecież tej tendencji sprzyjają zmiany w produkcji filmowej. Coraz więcej filmów produkowanych jest przez platformy internetowe, po to, by zapewnić tym utworom dystrybucję wyłącznie w sieci. Netflix miał w tym roku 36 nominacji do Oscarów, a zdobył aż 7 nagród. Amazon właśnie przejął stuletnią MGM, przecież nie po to, żeby się przestawić nagle na rozpowszechnianie kinowe, raczej by wesprzeć swoją platformę Amazon Prime. Inne wielkie wytwórnie rozwijają własne. Krótko mówiąc, jestem pełen obaw.

A u nas, lokalnie, zapowiada się, że Multikino zostanie zamknięte. Podobno opłaca się prowadzić kina wielosalowe tylko w galeriach handlowych, a takie wolno stojące to przeżytek. Nie wiem, jak daleka to perspektywa, ale na nowym miejscowym planie zagospodarowania są w tym miejscu nowe domy o wysokości odpowiadające stojącemu po drugiej stronie ulicy ratuszowi. I nie ma nawet zastrzeżenia, że powinna być tu prowadzona działalność kulturalna. Jest więc realna możliwość, że Ursynów pozostanie bez kina.

Wszystko to jest niepokojące. Na koniec dodam, że moim pierwszym filmem w tym roku był „Nomadland” . Warto by coś o nim opowiedzieć, bo nie tylko mnie różne jego watki kojarzą się z nową sytuacją społeczną. Może jeszcze więc do niego wrócę. Niestety, choć jakiś czasem temu przyjąłem zasadę, by pisać notatki po każdej projekcji, bo inaczej błyskawicznie zapominam i sam film, i wrażenia, widocznie całkiem wypadłem z przyzwyczajeń, bo tego nie zrobiłem. Czy to też syndrom odchodzenia od kina?

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Nasze śmieci domowe

Już prawie rok się zbieram, by napisać o ”Książce o śmieciach” Stanisława Łubieńskiego, i nie wiem, jak się do tego zabrać. Rzecz w tym, że nie ma w niej prawd objawionych, nieznanych, a jednak działa odświeżająco na umysł. Nie tylko porządkuje wiedzę o zaśmiecaniu świata, ale też zwraca uwagę na skalę problemów, jakie mamy ze śmieciami. Przy czym pojęcie to autor rozumie szeroko, jako wszystkie niepotrzebne już wytwory cywilizacji ludzkiej pozostawiane przez nią –  na ziemi, w powietrzu, w wodzie, gdziekolwiek.  Łubieński, ptasiarz, interesuje się oczywiście tym, w jaki sposób przyroda (ale i nasz organizm) reaguje na nasze odpady. Pozwala mu to zauważyć także procesy, które ludzie bagatelizują, bo nie mają one pozornie aż takiej skali i bezpośredniego na nas wpływu jak choćby wzrost stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze, z drugiej strony opisuje zachowania przystosowawcze ptaków czy owadów.

Wiem np. o szkodliwości ołowiu, o tym, że zakazano produkcji farb ołowiowych, że wycofano się z produkcji etyliny, zastępując ją benzyną bezołowiową, a to, że myśliwi używają amunicji śrutowej, uważałem za problem głównie etyczny. Nie wiedziałem jednak, że śrut myśliwski jest głównym źródłem przedostawania się ołowiu do środowiska. Okazuje się, że polujący na ptaki w UE co roku pozostawiają w przyrodzie 50 tys. ton ołowiu. Zatrucie ołowiem – a często wystarczy niewielka ilość tego pierwiastka w krwi – prowadzi do ciężkich schorzeń i śmierci.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że lawinowy wzrost odpadów jest następstwem gwałtownego rozwoju gospodarczego, który się nasilił w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Coraz większa produkcja różnych dóbr skutkuje wyrzucaniem tego, co już niepotrzebne. Jednak tak naprawdę rewolucyjne znaczenie miała dopiero wykreowana w latach dwudziestych XX wieku idea stałego dążenia do nowości, zastępowania jeszcze działających urządzeń, nadających się do noszenia ubrań, użytecznych sprzętów nowszymi modelami. Do tej pory trwałość była zaletą, a szacunek do tego, co się posiada, cnotą. Bez wylansowania czegoś, co Łubieński za autorami zachodnim nazywa „progresywną dezaktualizacją”, produkcja nie mogłaby się tak szybko zwiększać, a popyt by jej nie napędzał.  Szokująca jest nieznana mi historia, opisana przez autora  w rozdziale „Zmowa żarówkowa”. Prawie sto lat temu działające do dzisiaj firmy Philips, Osram i General Electric stworzyły kartel, którego celem było zwiększenie sprzedaży żarówek dzięki obniżeniu ich trwałości. Za wyprodukowanie takich, które świeciły za długo, trzeba było płacić kary! Tymczasem dotąd działa w siedzibie straży pożarnej w Livermore w Kalifornii żarówka wyprodukowana w roku 1901. Można obserwować ją przez kamerę na stronie http://centennialbulb.org/cam.htm , sprawdziłem. Nie trzeba dodawać, że dzisiejsze urządzenia AGD są nietrwałe, coraz trudniejsze do naprawy (tak są zresztą konstruowane, by naprawy utrudnić i uczynić je nieopłacalnymi), wszyscy o tym wiemy, a utylizacja elektrośmieci, nawet jeśli coraz sprawniej są zbierane, jest bardzo trudna. Łubieński przekonuje, że wprawdzie nowy, bardziej energooszczędny sprzęt teoretycznie sprzyja środowisku, ale jego produkcja wymaga czasem więcej energii, niż to urządzenie zużywa w czasie kilkuletniego użytkowania.

Jeśli opisany wyżej trend można nazwać przejściem do krótkotrwałości produktów, to jeszcze większy wpływ na wzrost liczby odpadów ma zalew jednorazowości. A to jest zjawisko, które powstało już za mojego życia. Wynika ono na pewno nie z jednego, a kilku powodów. Jednym jest rozpowszechnienie tworzyw sztucznych (za „moich czasów” był tylko bakelit, a później plastik), drugim dążenie do higieny, trzecim, co z czasem się już mniej sprawdza, chęć ułatwienia sobie życia, bo po co myć, czyścić, dbać o coś, jeśli można za grosze kupić rzecz jednorazową (np. naczynie) i ją po użyciu wyrzucić. Bardzo nie lubię argumentów typu „a pamiętam, że kiedyś”, ale w tym blogu mogę raz takiego westchnienia użyć. Otóż jeszcze nie tak dawno, przynajmniej z perspektywy mojego życia, nie baliśmy się aż tak brudu i zarazków, pieczywo braliśmy rękami, kładliśmy je na ladzie, wrzucaliśmy luzem do siatek, podobnie z owocami czy innymi produktami spożywczymi, słowem torebki plastikowe ani nawet papierowe nie były potrzebne. W dobie epidemii brzmi to kiepsko, jasne, ale zarazę mamy od niedawna. Rzecz w tym, że jednorazowość ma chronić nasze zdrowie, ale paradoksalnie, tworząc globalne, nie dające się zutylizować śmieci, temu zdrowiu szkodzi.

Łubieński zajmuje się w swojej książce także problemami dużo bardziej subtelnymi, ja przywołałem tu tylko te najbardziej oczywiste, dające się łatwo opisać. Traktuję „Książkę o śmieciach” jako punkt wyjścia do naszego, warszawskiego gorącego tematu. Od kwietnia weszły w życie nowe zasady rozliczania kosztów wywozu odpadów. Dla zdecydowanej większości mieszkańców oznaczają one podwyżkę. Trudno zresztą, żeby było inaczej, jeśli ustawa regulująca gospodarkę śmieciami wprowadza zasadę, że samorząd nie może dopłacać do wywozu i zagospodarowania odpadów, a dotąd Warszawa  dokładała rocznie ponad 450 mln zł – tak twierdzi miasto. A więc musimy się złożyć na tę sumę. Pytanie więc, czy te koszty nie są za duże. Nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że nie. Dlaczego? Bo dzielnice tną wydatki ile wlezie. Segregacja, a o jej konieczności jestem przekonany, oczywiście kosztuje. Tymczasem firma BYŚ, która ma najnowocześniejszy (a inwestycje były drogie) system segregacji i utylizacji odpadków, przegrywa w konkurencji z innymi firmami warszawskimi, bo miejscy urzędnicy kierują się przede wszystkim ceną. Dochodzi do tego, że opłaca się wieźć śmieci przez pół kraju, nie troszcząc się o to, co tam z nimi zrobią.

„Książka o śmieciach” pokazuje, że odpady domowe są tylko jednym z wielu klocków, tworzących skomplikowany układ czynników szkodzących środowisku. Kiedy wykona się zaawansowane analizy, często okazuje się, że np. używanie wielorazowej torby ze sztucznego tworzywa jest z punktu widzenia globalnych kosztów korzystniejsze niż nietrwałego opakowania papierowego. Bywa więc, że nasze intuicje są błędne. Kiedy jednak myślę o tym, co możemy robić na co dzień, wydaje mi się, że na pewno dwie rzeczy: starać się minimalizować ilość odpadów i segregować śmieci. A znając skalę problemu, godzę się z tym, że koszty pozbywania się śmieci muszą być wysokie, choć rozumiem, że nie wszyscy są tego samego zdania.

Burza związana ze śmieciową podwyżką dotyczy głównie sposobu naliczania opłat – rozliczania rachunku na podstawie zużycia wody w półrocznym okresie z poprzedniego roku. Uważa się tę zasadę za niesprawiedliwą, bo jest oczywiste, że nie ma bezpośredniego związku między korzystaniem z wody i generowaniem odpadów. To prawda. Tyle, że inne metody, jakie dopuszcza ustawa, wcale nie są lepsze. Od powierzchni mieszkania? Przecież ilość śmieci  też nie zależy od tego, w jak dużym mieszkaniu się mieszka. Więc od liczby osób? To mogłaby być najlepsza metoda, ale obecnie nie ma już możliwości skontrolowania, ile osób mieszka na stałe w danym lokalu, trzeba by się zdać na deklarację mieszkańców, a to jednak wielkie pole do nadużyć, przede wszystkim do zaniżania danych, co może prowadzić do konieczności stałego wzrostu opłat dla wszystkich. Ostatnia dopuszczalna metoda rozliczania, od gospodarstwa domowego, jest w oczywisty sposób krzywdząca choćby dla starszych ludzi, mieszkających często samotnie. Metoda „od wody” jako jedyna faktycznie stymuluje do jakichś starań, by obniżyć koszty, jednocześnie zachęcając do oszczędności wody. Jasne, że naprawdę powinno się po prostu móc mierzyć objętość wyrzucanych przez każdego odpadków, ale nie ma dotąd u nas prostej, precyzyjnej i w miarę taniej metody pomiarów, zresztą wspomniana ustawa w ogóle takiej możliwości nie uwzględnia.

Wiem, że już się za bardzo rozpisałem, ale muszę jeszcze chociaż wspomnieć o moich codziennych doświadczeniach ze śmieciami, bo nie są budujące. Po długim czasie rozbudowano u nas altanę śmietnikową i teraz nie ma już żadnych problemów z dostępem do kontenerów, wszystkie są odpowiednio oznakowane widocznymi naklejkami, poszczególne rodzaje śmieci są regularnie wywożone i tylko czasami pojemniki którejś z frakcji są przepełnione. Jest wreszcie porządek. Porządek, który jednak część mieszkańców świadomie torpeduje. Jestem w stanie jakoś zrozumieć niechęć do domowej segregacji, bo przecież wymaga pewnego wysiłku. Jednak właściwie zawsze do pojemników na papier wrzucane są butelki plastikowe i szklane, do plastików kartony itp. To nie może być przypadek, bo często dotyczy kontenerów odległych od wejścia, do których trzeba specjalnie podejść. Rozumiem, kiedy ktoś wrzuca worek ze wszystkimi swoimi śmieciami do pojemnika ma odpady niesegregowane, ale działanie wcześniej opisane jest raczej demonstracją, celowym postępowaniem. Po co wrzucać rozkładające się resztki jedzenia do konteneru na papiery, jeśli pojemnik bio stoi otwarty, tuż przy wejściu do altanki? Właściwie za każdym razem, gdy tam idę, nie mogę się powstrzymać, by nie przerzucić takich niewłaściwie umieszczonych butelek czy puszek do przeznaczonych na nie pojemników, choć grzebanie w czasie epidemii w śmieciach nie jest może najlepszym pomysłem. Zresztą i tak niewiele to zmienia. Zastanawiam się, jaka jest motywacja tych, którzy się w ten sposób zachowują. Pewnie jednym z powodów jest chęć zademonstrowania sprzeciwu wobec wszelkich władz, które narzucają nam różne regulacje dotyczące życia codziennego. Innym  – może – jest obowiązujące przekonanie, że dbanie o środowisko jest powiązane z ideologiami lewicowymi, generalnie że jest jakoby motywowane światopoglądowo czy nawet politycznie. Bo to, że ktoś nie wierzy, by wstępna segregacja śmieci rzeczywiście ułatwiała późniejsze ich zagospodarowanie i przetwarzanie, nie wyjaśnia tak ostentacyjnego przeciwstawiania się wysiłkom najbliższych sąsiadów. Zresztą Stanisław Łubieński szczegółowo opisuje, jak działa nowoczesny zakład przetwarzania odpadów i poszczególne procesy, którym mógł się sam przyglądać, dość przekonująco rozwiewając wątpliwości sceptyków. Segregacja ma sens. Chociaż tyle.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

O matce, co nie odeszła

Mało książek zrobiło na mnie ostatnio takie wrażenie jak „Bezmatek”.  Mira Marcinów pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, skończyła studia filozoficzne, jest doktorem psychologii, napisała  kilka dzieł naukowych, a wieku 35 lat zadebiutowała jako autorka czegoś, co ona nazywa powieścią, a dla mnie raczej powieścią nie jest, natomiast literaturą, i to dobrą,  jak najbardziej.

Książka składa się z niewielkich, kilkuzdaniowych, czasem kilkuakapitowych fragmentów. Są to sceny, dialogi, a najczęściej refleksje narratorki. Forma, z którą spotykam się ostatnio bardzo często. Jednak skrajna zwięzłość wymaga specjalnych umiejętności, każde słowo musi mieć swój ciężar. Jeszcze ważniejsze jest skomponowanie całości, bo przecież nie ma w tego rodzaju książce linearnej opowieści, a mimo tego czytelnik musi zrozumieć, co łączy poszczególne kawałki i na jakiej zasadzie oparta jest ich kolejność.

Narratorka opowiada o matce, o bardzo silnym z nią związku. Narzuca się wręcz określenie o „związku toksycznym”, co Marcinów w którymś z wywiadów wyśmiewa; w końcu jest psychologiem, a oni nie lubią stosować do siebie tego samego aparatu pojęciowego, który wykorzystują w swej pracy zawodowej. Do siebie? No tak, skąpo rozsiane po książce dane dotyczące narratorki pokrywają się tak dokładnie z tym, co wiadomo o autorce, że trudno te dwie figury nie utożsamiać z sobą. Zresztą Marcinów nie ukrywa, że pisała o sobie i swojej matce, ale przestrzega przed traktowaniem „Bezmatka” jako książki dosłownie autobiograficznej.

Najkrótsze streszczenie może być takie: matka jest, jest niezwykle ważna, potem choruje, umiera i zostaje, nie odchodzi.

„Matki nie odchodzą. Nie od córek. Może od synów matki odchodzą? Od autorów? Od Różewicza matka odchodzi. Ode mnie nigdy nie odeszła.  Tylko umarła mi. Matka umarła. Matki nieumarłe są trudne. Te martwe nie chcą stać się ani trochę łatwiejsze.”

Znakomity, wielowarstwowy akapit. Po pierwsze, narratorka odnosi się do tak nadużywanego eufemizmu, który kiedyś był metaforą. „Odeszła”, żeby broń Boże nie powiedzieć „umarła”. Tak się pisze w nekrologach – odszedł, odeszła. Dla narratorki matka umiera, ale nie odchodzi, zostaje. Bo związek z matką nie staje się przez śmierć mniej silny. Jeśli był tak bardzo intensywny, że nawet w jakimś sensie chorobliwy, to i po śmierci trudno go rozerwać.

„Matka – substancja silnie uzależniająca. Za jej życia wielokrotnie lądowałam na odwyku. Chciałam nauczyć się żyć bez niej. Bez nałogów. Nie wytrzymywałam długo. Góra dwa, trzy dni. A teraz – pełna abstynencja.”

Matka nieumarła, tak bliska, była trudna. Zawierała małżeństwa, rozwodziła ze swoimi nieudanymi mężami, walczyła zawsze o samodzielność. Piła. Zmagała się z życiem. Była inna, wyjątkowa.

„Sama [matka] robiła pasztet z kurzych skór. Jak je dostawała za darmo w mięsnym, mówiła ekspedientce, że to dla psa. Ale dla jej suczki były kurze łapy. Skóry były dla nas, uwielbiałam ten pasztet.

– Kanapki z pasztetem zrobiłam wam na drogę.

Tylko iść nie było gdzie.”

To jest cały rozdział. Krótki, ale gęsty od słów i treści. O skrajnym ubóstwie, ale też o tym, jak ubóstwo można zmitologizować, odrealnić tak, że staje się – wątpliwą – wartością. O matce, która jest  na swój sposób zaradna, ale ta jej zaradność jest nie tak odległa od bezradności. O dzieciństwie, w jakiś sensie dobrym, ale zamkniętym, bez perspektyw. Wszystko w pięciu zdaniach.

„Bezmatek” jest tekstem bardzo emocjonalnym, wręcz na granicy ekshibicjonizmu. Wśród zarzutów mu stawianych pojawia się często ten, że jak na książkę tak intymną autorka posłużyła się zbyt wyrafinowaną, wypracowaną formą, która zabiła autentyczność przekazu. Moim zdaniem właśnie to połączenie „literackości” z siłą bezpośredniej wypowiedzi powoduje, że „Bezmatek” wywiera tak mocne wrażenie.

Bałem się, że znowu będę czytał książkę kobiecą, tzn. kobiecą ostentacyjnie, w której autorka wprost albo pośrednio daje do zrozumienia, że pisze o czymś, czego mężczyźni nie są w stanie zrozumieć, bo nie mają podobnych doświadczeń. Jest trochę taka, co mnie jednak nie razi, a często wydaje się  ujmujące. Przykład? Proszę bardzo: pierwsza część zaczyna się od porad matki dotyczących tego, jakie wybierać rajstopy i jak się z nimi obchodzić, oraz sceny, w której matka się maluje, a córka się tej procedurze uważnie przygląda. Do tego fragmentu nawiązuje początek części trzeciej, pośmiertnej, opis malowania twarzy matki tuż po jej zgonie. Bo narratorka nim zabierze się do załatwiania formalności, wezwania lekarza, by wystawił akt zgonu, zaczyna od starannej tanatokosmetyki. Każda z jej czynności jest wymieniona, opisana, na koniec córka mówi na głos: „Wyglądasz młodziej ode mnie, mamo.” Zabiegi wykonuje kobieta, która zna dobrze tę, której robi makijaż. A potem wybór stroju i wyobrażona rozmowa z matką: „- W życiu bym tego nie włożyła! – A po życiu, mamo? – Tym bardziej nie.”

Oprócz pokazania, że związek matki z córką opiera się na bardzo wyjątkowych fundamentach, mamy tu przykład wręcz poetyckiego stosunku do języka, do jego wieloznaczności, przykład sposobu, jak przy pomocy języka obłaskawiać śmierć. Podobne chwyty  Marcinów stosuje wielokrotnie, zawsze wydaje mi się, że nie po to, by uwodzić czytelnika, ale by powiedzieć coś ważnego.

W pierwszej części książki autorka buduje postać matki. Wieloznacznej, kobiecej, zaznaczającej zawsze swoją odmienność i samodzielność. Charakterystyczny jest rozdzialik, w którym wykorzystuje do opisu matki jej stosunek do kuchni:

„To nie kotlety schabowe, tylko kurczak w sosie curry, jeśli matki redukować do smaku ich potraw. (…) Nigdy nie było mdło. Wręcz przeciwnie: bywało za ostro.” Tu dwuznaczność słów tworzy metafory, ale metafory bardzo przyziemne, życiowe. A potem:

„- A jak smakuje twoja matka?

– Moja ostro. Ale też bez przesady. Z wiekiem złagodniało. Dodawała mniej chili do dziecięcych potraw.”

Wstępna część „Bezmatka” jest w sumie pogodna, odwołuje się do dzieciństwa, ale co jakiś czas pojawiają się wzmianki o tym, że matka nie żyje: „nie zdążyła osiwieć”, „może 16 marca 2017 roku, w pierwszą rocznice diagnozy, nie umarłaby tak naturalnie”, „Nie doczeka tego lata, kiedy wszyscy się dowiedzieli, że Ziemię uduszono plastikiem”.

I mocna fraza: „Ulegać matce, zaprzyjaźniać się z matką – to słaby interes. Umrze przed nami. Zostawi. Zrani. Odejdzie. Nie ukrywajmy: nasze mamy nie będą z nami do końca, to nie tak.”

Wreszcie zdanie, które jest syntezą dzieciństwa, widzianą z perspektywy kogoś, kto już jest sam:

„To było w dawnych czasach, gdy na świecie panowała wszechobecna radość, a matki nie umierały.”

Bo potem, gdy matka choruje na nowotwór, radość, albo inaczej – chęć korzystania z życia – nabiera charakteru histerycznej kompensacji. Zaczyna się jeszcze całkiem niewinnie: „W dniu, w którym moja matka zaczęła umierać, piłam cappuccino w Bunkrze Sztuki i karmelowe latte w Tekturze. W tamtym czasie wybierałam pieczywo z czarnuszką”. Czasem rozpaczliwa ucieczka w zabawę i seks bywa wprost związana z matczynym umieraniem. Narratorka mówi w sposób jednocześnie brutalny i poetycki o zjawisku, które może się wydać szokujące:

„Onkodziwka to osoba, która uprawia seks w zamian za leczenie onkologiczne dla bliskiej osoby lub rzadziej dla siebie. Onkodziwka wykorzystuje atrakcyjność seksualną w celu otrzymania pomocy medycznej, gdy lekarze mówią o braku rokowań. Próbuje w ten sposób wydłużyć życie członka rodziny o rok i jeziora, pierwsze słowa wnuczki oraz owoce morza.”

Mamy tu refleksję o relacji między śmiercią a witalnością i seksem, które są reakcją na rozpacz, ale też chęcią odwrócenia losu. Chwilę później po tym rozdziale, który początkowo brzmi jak bezosobowy opis pewnego procederu, narratorka pisze już wprost, od siebie: „To się czasem zdarza. Perwersyjna [obrona], bo niektórzy obiecują leczenie onkologiczne w zamian za seks. To mi się zdarzyło.”

Nie byłoby nic odkrywczego w dostrzeżeniu związku między śmiercią a erotyką, gdyby nie to, w jaki sposób został tu ujęty. Dosadność i rozpacz. Także seks jako ucieczka od śmierci, jako forma miłości do życia, bo – jak stwierdza narratorka – obie, matka i córka, mylą czasem tę miłość z fascynacją mężczyznami. I kobietami, dodaje, mówiąc już o sobie.

Jeśli nie można w ten sposób uchronić od śmierci, można dać jeszcze trochę życia, parę przyjemności. „Lubiłam dogadzać matce, córeczka mamusi, matka na chemioterapii miewa zachcianki, na sterydach ma apetyt, więc już kupuję jej krewetki w sosie malinowo-winnym…” Ale potem, w ostatnich tygodniach życia, zostaje tylko opieka – nad matką i małą, nie tak dawno urodzoną córeczką: „Karmię je na zmianę – łyżka dla matki, łyżka dla córki”.

Fascynująca jest następna część „Bezmatka”, odnosząca się do wszystkiego, co się robi po śmierci bliskiej osoby. Łączy się tu rzeczowość opisu z czułością, ale też z trzeźwą oceną własnych reakcji w tak trudnych momentach. I kolejne już w ostatnim czasie literackie spojrzenie na świecki pogrzeb, z którym nie bardzo dajemy sobie rady, bo nie umiemy się oderwać od tradycji religijnego obrządku. Autorka podsumowuje to zwięźle i autoironicznie: „Cieszyłam się z tego deszczu tak bardzo, że zaintonowałam jej ulubioną pieśń żałobną. Ale żeby było spójnie ze świecką ceremonią pogrzebową, brzmiało to tak: ‘Dobry jeżu, a nasz panie, daj jej wieczne spoczywanie’.”

Wreszcie przychodzi czas żałoby, który nie chce się skończyć. Matka nie odchodzi.

Tyle było w tym wpisie cytatów, że pozwolę sobie na koniec przytoczyć jeszcze jeden. Wydaje mi się, że tylko cytując i te przytoczenia komentując, mogę pokazać, w którą stronę ten utwór prowadzi czytelnika. Jak konkret staje się czymś więcej.

„O tym, że moja matka jest nieśmiertelna, dowiedziałam się dopiero po jej śmierci. I skąd to niby miałam wiedzieć? Że matki będzie więcej teraz i tak naprawdę nigdy nie umrze. I skąd to miałam wiedzieć?”

Motto:

Bezmatek – rodzina pszczela pozbawiona matki pszczelej.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Kawiarnia

Zastanawiam się często, co mi zabrał ten pandemiczny rok, czego mi najbardziej żal. Wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista. Nie ograniczenia w poruszaniu się, brak spotkań z ludźmi, bo to są tylko poważne utrudnienia, które jednak w różny sposób można przełamywać.  Za tę oczywistość przyjmowałem, trochę bezrefleksyjnie, zamknięcie kin. No bo jak pokonać kinomański nałóg, jeśli się mu ulegało przez sześćdziesiąt lat? Od marca byłem w kinie dziesięć razy, wyłącznie na seansach w ramach dwóch festiwali filmowych: Docs Against Gravity Film Festivalu i Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Chcąc nie chcąc, obejrzałem kilkanaście filmów w telewizorze (nie w komputerze), ale to się nie liczy, nie będę kolejny raz tłumaczyć mojego stosunku do niekinowych projekcji. Tylko że z kinem jest ten problem, że idzie się tam, by obejrzeć film, konkretny film. A jeśli filmów nie ma, jeśli zamiera przemysł filmowy, to i apetyt zanika.  Przez czas postu straciłem kontakt z tym, co się działo w produkcji, i teraz, kiedy już w zasadzie można do kina pójść, zupełnie się nie orientuję w repertuarze, nie wiem, co warto obejrzeć, a co nie. Jak bym przyjechał do obcego, egzotycznego kraju, gdzie grają jakieś lokalne, trochę dla mnie obojętne przeboje.

Naprawdę najbardziej brakuje mi kawiarni. Kawiarni jako miejsca spędzanie czasu, od momentu przejścia na emeryturę codziennego rytuału. Kawiarni jako miejsca, do którego się wchodzi w sposób niezobowiązujący, czasem będąc z kimś umówionym, a jeszcze częściej samemu.

Tak rozumiana kawiarnia jest dla mnie zaprzeczeniem komunistycznej codzienności. Oczywiście, przed rokiem 1989 były kawiarnie. Wielokrotnie mniej liczne i na ogół trzeba było się do nich specjalnie wybierać, a jeśli się już trafiła ta gorszej kategorii, była mało atrakcyjna. W bardziej ekskluzywnych elegancja była w stylu dość staromodnym i namaszczonym, a kawa czy herbata mało miały wspólnego z jakością, której mógłby się spodziewać, oceniając wnętrza, przybysz ze świata. Długo nie było nowoczesnych ekspresów do kawy, o dobrej herbacie mało kto słyszał, tylko desery były – w pewnych, znanych lokalach – na poziomie.

Że kawiarnie mogą być atrakcyjnym miejscem, przekonałem się w latach sześćdziesiątych w Paryżu. Dopiero tam zobaczyłem, że przeciętny klient bywa w kawiarni codziennie, często częściej niż raz, że tu się wpada na szybką kawę albo na śniadanie, że kawiarnie mogą być otwierane gęsto jedna obok drugiej, a ludzie obsiadają stoliki wystawione na chodnikach, z krzesłami zwróconymi w stronę ulicy i można z tego miejsca obserwować barwny tłum przechodniów. Wtedy jeszcze pijałem głównie herbatę, podobało mi się, że kelner przynosił ją zawsze zaparzoną w imbryczku, z którego nalewałem sobie niewielkimi porcjami, zawsze gorącą, do filiżanki.

Po zmianie ustrojowej zaczęły powstawać także w Polsce liczne kawiarnie, często sieciowe, ale przecież nie tylko. Dopiero w ostatniej dekadzie jednak nastąpiła prawdziwa zmiana jakościowa. Postawiono na specjalizację, za punkt honoru stawiając sobie zaproponowanie własnej, oryginalnej koncepcji, związanej ze specyficzną ofertą czy wystrojem. Ileż to różnych rodzajów kawy i herbaty, żeby już tylko przy tym zostać, można było skosztować! W Warszawie kawiarnie były o każdej porze pełne, choć na ogół nie aż tak, by brakowało w nich wolnych stolików. Z biegiem czasu z miłośnika herbaty stałem się kawoszem, choć kawę pijam wyłącznie z kawiarniach, bo tylko tam można dostać kawę odpowiednio mocną i dobrze zaparzoną. Lubiłem odkrywać kawiarnie nieznane, które mnie czymś zainteresowały, szukać takich, w których dają dobrą kawę. Lubiłem obserwować ludzi i słuchać, siadać w ogródkach, ale też chodzić do takich kawiarni, które stały się moje, gdzie obsługa mnie rozpoznawała, a ja też czułem się już zadomowiony, do pewnego stopnia zaprzyjaźniony z personelem. No i kawiarnia stała się dla mnie idealnym miejscem do czytania i pisania, a także uczenia się. Na ogół potrzebuję absolutnej ciszy, ale kawiarnia jest wyjątkiem – jeśli tylko nie gra zbyt głośna muzyka, dźwięki i hałasy mi nie przeszkadzają.

Kawiarnia, nie restauracja, bar, klub czy siłownia, jest dla mnie ważnym symbolem swobodnego życia, tego spokojnego stylu bycia, który mi się na starość podoba. Za czasów mojej młodości, kiedy się chciało z kimś spotkać, pogadać, było jakoś niezręcznie umawiać się w kawiarni, odpowiednim miejscem był tylko dom; może w starszym pokoleniu było trochę inaczej. Teraz się to do pewnego stopnia zmieniło, nie ma nic niewłaściwego w umawianiu się w kawiarni. Kawiarnia może być przystankiem w spacerze, miejscem schronienia przed mrozem czy deszczem albo przeczekania przerwy między kolejnymi obowiązkami danego dnia.

No i tego mi właśnie brakuje, fizycznie i psychicznie. Ciągle jeszcze prawie codziennie wypijam espresso z jednorazowego kubeczka, bez dodatkowej wody (mieć obie ręce zajęte to przesada), dyskretnie zdejmując maseczkę na te parę sekund, które potrzebuję, by wychylić gorący łyk. I czekam, aż znowu wrócą kawiarnie. Niestety, nie mam nadziei, że wszystko będzie jak wcześniej. Chodząc po mieście widzę, jak dużo lokali padło. Nie tylko nie można już nawet kupić tam czegoś na wynos, ale wnętrza są zdezelowane, a w witrynach wiszą kartki z informacją o możliwości wynajęcia pomieszczeń. Tym bardziej to przygnębiające, że obok są otwarte sklepy, na pewno w nie najlepszej kondycji ekonomicznej, ale jednak działające. Sytuacja epidemiczna znowu się pogarsza, ale może z wiosną dałoby się chociaż kawiarniane ogródki otworzyć? Taki mały kroczek ku normalności.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Bardzo proszę, już czas ustąpić.

Kolejny raz uciekam w swoją blogową niszę, nie chcąc wchodzić w publiczne polemiki, w których się źle czuję. Ostatni czas przyniósł zresztą jakieś nowe nieprzyjemne wiatry – skrajną nietolerancję dla poglądów, które kwestionują stanowiska akurat w tym momencie uznawane za słuszne. Wydawałoby się, że to żadna nowość, ale jednak nie. Dotychczas granice między polskimi światami były dość wyraźnie wyznaczone i mógłbym się narazić tylko w sytuacji, gdybym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, Morawieckim i im podobnym. Teraz powstały nowe linie podziału: między pokoleniami, między płciami i wiele innych. Trzeba uważać, bo każda nieostrożna wypowiedź nie spotka się już z ostrą polemiką, ale grozi od razu wyrzuceniem z własnego obozu. Powiedzą ci „wypierdalaj dziadersie” i nie masz powrotu.

No to ja sobie w tej bezpiecznej przestrzeni poopowiadam o wulgaryzmach. Jako jeszcze jeden staruszek, w końcu o tym jest ten blog – o stopniowym odpływaniu z głównych nurtów życia społecznego. Oczywiście, wulgaryzmy nie rażą mnie ze względów, nazwę to tak, bezpośrednio etycznych. Mają one swoje miejsce w języku. Teraz to miejsce opuściły i to jest w pewnym stopniu niepokojące. Te tradycyjne miejsca, w których „brzydkie słowa”, używane zresztą na ogół bezrefleksyjnie, żeby nie powiedzieć prawie nieświadomie, to były przede wszystkim środowiska, gdzie panuje hierarchia, kult siły, maczyzm, a więc wojsko, więzienia, szeroko rozumiane męskie kręgi sportowe. Jasne, że to jest już daleka przeszłość, ale ten fakt jest istotny. Ciekawe i chyba charakterystyczne, że zdecydowana większość wulgaryzmów ma źródło w określeniach odnoszących się do życia seksualnego i to związanych z męskim i raczej przemocowym sposobem traktowania seksu. Kiedy byłem w jednostce wojskowej albo kiedy chodziłem na zajęcia sportowe, wulgaryzmy wydawały mi się tam tak naturalne, że nawet trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Co więcej, właściwie traciły jakąkolwiek wyjątkowość. To zresztą naturalne, że wulgaryzm ma moc, staje się istotnym narzędziem tylko wtedy, gdy jest zgrzytem, łamie pewien zwyczaj językowy czy konwencję. Kiedy jest stosowany powszechnie, traci na znaczeniu.

Jaki mam w ogóle problem i dlaczego warto o tym rozmawiać i pisać? Chodzi o konwencję językową i konsekwencje jej nieprzestrzegania. Wulgaryzmy w sztuce, w różnych gatunkach literackich (nawet w poezji), w kinie, w plastyce, w piosence, we wszystkim, co jest dziełem, mają swoje prawa i zwalczanie ich jest anachronizmem. Najkrócej dlatego, że są elementem utworu, a nie bezpośrednim komunikatem nadawcy do odbiorcy. W sztuce, w moim pojęciu, w zasadzie wolno wszystko, choć to bardzo ryzykowne stwierdzenie.

Jak jest w przestrzeni publicznej? Kiedy pojawiły się zastrzeżenia dotyczące haseł na protestach, przypomniałem sobie od razu demonstrację KOD-u w 2016 roku. Na estradzie na Placu Starynkiewicza Władysław Frasyniuk w emocjonalnym przemówieniu opowiadał, jak w stanie wojennym więźniowie krzyczeli przez okienka: „jebać komunę!”, a inni wtedy odpowiadali: „jebać, jebać i się nie bać”. Nietrudno zrozumieć, że takie działanie miało siłę i sens, a i tamto wystąpienie jednego z przywódców dawnej Solidarności, choć dla mnie wtedy trochę szokujące, niosło istotne przesłanie.

W jakimś sensie hasła Strajku Kobiet też odegrały swoją rolę, ale dość szybko spowszechniały. Zatraciły wprawdzie swoją siłę, za to stały się cechą identyfikującą ostatnie protesty. Jeśli ktoś ma do tych haseł zastrzeżenia, automatycznie ustawia się po drugiej stronie. Gorzej, nawet powściągliwość w ich używaniu staje się trochę podejrzana. Pani profesor Płatek pisze tekst, w którym używa słowa „kurwa” jako wzmocnienie swojego przekazu, wydzielając je grzecznie, zgodnie z zasadami interpunkcji, przecinkami. Przypuszczam, że jeszcze miesiąc wcześniej nie przyszłoby jej to do głowy. Mówi się, że ten język jest naturalny dla najmłodszego pokolenia, które wyszło na ulicę, pozwala mu się zidentyfikować z protestami i niejako odciąć od tych starszych, którzy w jego oczach się zużyli i skompromitowali. Więc kto z młodymi rewolucjonistami, ten musi porzucić swoje hamulce. Przy okazji te wszystkie „spieprzaj dziadu”, „mordy zdradzieckie” czy gest Lichockiej w parlamencie zyskały automatycznie legitymizację; oburzać się na nie byłoby dziś hipokryzją.

Czy więc zastrzeżenia do wulgaryzmów mają sens? Moim zdaniem mają. Można sformułować różne tezy dotyczące tego, skąd się bierze konwencja zabraniająca używać pewnych słów publicznie. Z wielu tłumaczeń najważniejsze wydaje mi się to, zgodnie z którym przekleństwa brutalizują język, a więc też stosunki między ludźmi. Językowy savoir vivre nie jest tylko przejawem staroświeckości, ale troską o to, by konflikty – wszelkie konflikty, niekoniecznie polityczne czy społeczne – nie przeradzały się w akty przemocy.

Zajmuję się trochę mową nienawiści, bo walka z nią jest jednym z głównych pól działalności Otwartej Rzeczpospolitej. O ile w teorii dość łatwo jest zdefiniować, czym jest mowa nienawiści, w praktyce są z tym poważne problemy. Pytanie, czy w konkretnym przypadku jakiś tekst lub wypowiedź mieści się w granicach prawa do wolności słowa, jest często trudne do rozstrzygnięcia. Nasze zgłoszenia skarżące autorów takich nienawistnych sformułowań prokuratury i sądy najczęściej odrzucają. Oczywiście obrzucenie kogoś wyzwiskami nie da się bezwzględnie zakwalifikować jako mowę nienawiści (choć osoba znieważona ma prawo wystąpić z powództwem cywilnym, a nawet zgłosić oficjalną skargę – „Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze graniczenia wolności”.) Niemniej uznanie, że wulgaryzmy są uprawnionym i właściwym sposobem wyrażania się w przestrzeni publicznej zwiększa, moim zdaniem, prawdopodobieństwo, że także mowa nienawiści przestanie nas razić. A historia uczy, że mowa nienawiści jest wstępem do rozwiązywania różnych konfliktów, także miedzy jednostkami, w sposób przemocowy.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Nasza piłka nożna

Ostrzegam – tekst niszowy. O piłce nożnej. Nie liczę na znalezienie czytelników, ale potrzebuję się wygadać na ten temat.

Mecz reprezentacji Włoch i Polski w Pucharze Narodów był rzeczywiście kuriozalny. Ale moim zdaniem wcale aż takim ewenementem nie był. Według oficjalnych statystyk w pierwszej połowie Włosi wykonali 35 tzw. niebezpiecznych ataków, a nasi 2. Jak obserwatorzy te dwie polskie akcje zauważyli, tego nie wiem, ale niech tam. Polacy ani razu nie strzelali w kierunku bramki, nie było mowy nawet o żadnej próbie, żadnych uderzeń zablokowanych, po prostu ani razu nikt z nich nie znalazł się w sytuacji, by mógł kopnąć w kierunku bramkarza Donnarummy. Od lat nie widziałem tak jednostronnego meczu, nie tylko międzynarodowego.

A przecież skończyło się wynikiem 2:0. Tylko. Nawet przy tak ogromnej przewadze można w piłce nożnej wygrać bardzo nisko. W tej dyscyplinie sportu wynik końcowy wcale niekoniecznie mówi coś o tym, jaka jest różnica między drużynami, ani o tym, jak wyglądała gra. Złości mnie, że ten fakt jakoś umyka większości obserwatorów, nawet takich, którzy dobrze się znają na futbolu. Powiedzenie „liczy się końcowy rezultat, a nie styl, w piłce nie przyznaje się not za wartości artystyczne” jest pewną prawdą, która fałszuje rzeczywistość. Pisałem już kiedyś, że w piłce nożnej, jak w rzadko którym sporcie, wyniki bywają dość przypadkowe. Wszystko dlatego, bo bramki padają rzadko, w wielu meczach jedna albo dwie, a często w ogóle nie ma goli. Czytałem kiedyś, że z tego właśnie powodu trudno przekonać do futbolu Amerykanów, rozkochanych w koszykówce czy baseballu. Oni nie rozumieją, jak można oglądać starcie dwóch drużyn, z których czasem żadna nie zdobywa ani jednego punktu.

Różnica między trafieniem w słupek lub do bramki tuż obok słupka jest przecież minimalna, a może być decydująca. Ciekaw jestem, ile razy na dziesięć strzałów dobry napastnik wceluje w słupek ze stojącej piłki z odległości, powiedzmy, dwudziestu metrów. Trzy? Dwa? Zmierzam do tego, że w futbolu pewna przypadkowość ma duże znaczenie, ale jednak temu przypadkowi trzeba pomagać. I tu właśnie warto zwrócić uwagę na umiejętności i ten styl, za który nie przyznają punktów.

Piłka nożna jest sportem zespołowym, a jednak wielu obserwatorów skłonnych jest widzieć na boisku nie drużynę, a jedenastu poszczególnych piłkarzy. Po takim meczu, jak ten ostatni, większość komentujących twierdzi, że wszyscy nasi reprezentanci zagrali bardzo słabo. Ja uważam, że to drużyna zagrała słabo. Co więcej, wcale niespecjalnie słabiej niż we wcześniejszym meczu towarzyskim z Ukrainą, wygranym 2:0. Tamten wygraliśmy bardzo szczęśliwie, co przyznał zresztą sam trener Brzęczek, ale nie to jest najważniejsze. Z Ukrainą mieliśmy dokładnie te same problemy co z Włochami. Przeciwnicy grali pressingiem, choć nie tym tzw. wysokim. Polegał na tym, że wszyscy polscy piłkarze byli odcinani od podań, nieatakowani byli tylko dwaj stoperzy, którzy mogli sobie spokojnie wymieniać wolno piłkę między sobą albo z bramkarzem, ale nic więcej. Obaj boczni obrońcy byli na tyle wysunięci do przodu, że nie można było im podać piłki po ziemi – zawsze któryś z przeciwników stał na linii podania – a jeśli jakoś piłka do nich dochodziła, to wtedy, gdy byli zwróceni do własnej bramki i mając rywala za plecami, musieli oddawać piłkę z powrotem. Tak było z obrońcami, wiec tym bardziej z pomocnikami, bardzo statycznymi, przy czym, co zupełnie niezrozumiałe, nikt z nich nie próbował się cofnąć i po prostu wspomóc stoperów. Widać było gołym okiem, przy słusznej zresztą doktrynie organizowania gry od tyłu, bez dalekich wykopów bramkarza, które tylko czasami pozwalają na wywalczenie piłki, że taka organizacja gry jest kompletnie nieefektywna.

Niestety, dokładnie to samo działo się podczas meczu z Włochami z tą różnicą, że tym razem przeciwnicy często nawet stoperom nie dawali czasu, by ci swoim zwyczajem mogli sobie swobodnie pograć. Tak jak z Ukrainą nasi pomocnicy ani się nie cofali (dopiero w drugiej połowie trochę się to zmieniło), ani nie potrafili się znaleźć w miejscu, do którego można by im było bezpiecznie podać piłkę. Kiedy się patrzyło na grę, widać było, że przy organizacji ataku Włosi zawsze mieli co najmniej jednego, a najczęściej więcej, wolnego, niepilnowanego zawodnika przed linią piłki, a w przypadku Polaków w zasadzie nigdy. Jedyną szansą były więc dryblingi, które przy dobrej asekuracji włoskich zawodników niewiele dawały.

Oczywiście, można zawsze oceniać poszczególnych graczy, ale jaki jest sens pisać, że np. Lewandowski zagrał źle, jeśli nie dawało się przeprowadzić prawie żadnego poważnego ataku? Prawdą jest, że grają zawodnicy, a nie trener, jednak czasem w tak zespołowej dyscyplinie jak piłka nożna koncepcja jest ważniejsza od tego, w jakiej formie są gracze. Ci od pewnego momentu byli tak sfrustrowani tym, co się działo na boisku, że po prostu przestali rozumieć, dlaczego nie są w stanie niczego zrobić, skąd się bierze ich bezradność, w końcu są zawodnikami dobrych klubów europejskich, w tym włoskich.

Często spotykam się z opinią, że Polacy na ogół mają problem z atakiem pozycyjnym, ale za to dużo lepiej wychodzą im szybkie kontrataki. Brzmi to jak delikatna krytyka, ale podtekst jest taki, że atak pozycyjny to nuda, a my wszyscy, kibice, lubimy przecież efektowne wyjścia do przodu. Rzecz w tym, że istotą dzisiejszej piłki jest ten tzw. atak pozycyjny. Oceniam, że ok. 90% akcji zaczyna się w momencie, gdy przeciwnicy są odpowiednio ustawieni i przygotowani, by zareagować. Aby w takiej sytuacji coś zdziałać, wszyscy zawodnicy drużyny atakującej, z obrońcami włącznie, muszą wiedzieć, co robić, być z góry przygotowanymi, jak zagrać, rozumieć, jak trzeba się poruszać, generalnie być w ruchu. Obliczono, że druga bramka dla Włochów, ta zdobyta z bliskiej odległości od bramki, była wynikiem akcji składającej się z trzydziestu podań. Aby taki atak przeprowadzić, trzeba zawsze mieć wybory, zawodników, do których można podać piłkę, no i pomysły na jej rozegranie. Krótko mówiąc, mieć dobrze zorganizowaną drużynę. Korci mnie, by wysnuć z tego wnioski wychodzące trochę poza boisko piłkarskie, ale się powstrzymam. W końcu sport jest tylko sportem.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Trochę politycznej statystyki

Chciałoby się zająć głowę sprawami innymi niż publiczne, ale na razie jest to trudne. Pomyślałem więc, że uzupełnię poprzedni wpis o wnioski z badania opinii publicznej, które przedstawił w Gazecie Wyborczej z 4 listopada Andrzej Machowski. Mnie się wydaje, że są to bardzo ważne informacje, a jednak pozostały bez prawie żadnego odzewu.

Autor analizuje trzy badania preferencji wyborczych przeprowadzone przez IBRIS w dniach 2,16 i 30 października br. Wyniki oczywiście były publikowane, ale jak zwykle w formie, która pomija procentowy udział osób deklarujących zamiar niegłosowania. Dowiedzieliśmy się więc, że w ciągu jednego miesiąca PiS zanotował spadek notowań z 41,6% do 29%, a druga pod względem poparcia KO wzrost z 22,1% do 24%. Jednak w rzeczywistości Koalicja Obywatelska straciła potencjalnych 14% wyborców, czyli, uwzględniając liczbę uprawnionych do głosowania, prawie 500 tysięcy głosów.

Jak to się stało? Otóż ekstrapolując wyniki badania na wszystkich uprawnionych do głosowania, między 2 a 30 października liczba osób, które prawdopodobnie nie wzięłyby udziału w wyborach, wzrosła o ponad 3 mln, a tych wahających się, kogo poprzeć, o ponad 700 tysięcy. W ciągu jednego miesiąca! Na pewno pewien wpływ mają na to nastroje spowodowane pandemią, ale oczywiście nie da się w ten sposób wytłumaczyć skali zjawiska. Wspominałem kilka dni temu o nieufności w stosunku do partii i polityków, wyrażanej przez protestujące na ulicach kobiety i w ogóle młodych ludzi związanych z tym masowym ruchem. Z badań IBRIS wynika, że problem ma szerszy zasięg. W październiku straciły wszystkie partie z wyjątkiem będącej poza parlamentem nowej partii Hołownia 2050. Ostatni tydzień przyniósł jednak i tutaj zmiany – ruch Hołowni, na którego chciało 30.10 głosować 14,9% aktywnych wyborców, w badaniu z 5.11 ma już tylko 11,3%, co jest znaczącym spadkiem. Mogę się tylko domyślać, że jego powodem było za mało zdecydowane poparcie Hołowni dla Strajku Kobiet i fakt, że były kandydat na prezydenta postrzegany jest jako ktoś związany z Kościołem, cóż z tego, że nie stroniący od jego krytykowania.

Wydaje mi się, że nieufność do polityków niezależnie od opcji, jakie reprezentują, niewątpliwie zresztą usprawiedliwiona, przeradza się w niepojący kryzys zaufania do demokracji parlamentarnej. Coraz silniejsze jest przekonanie, że wybory niczego nie zmieniają, że dyskusje w sejmie nie mają sensu, a jeśli w ogóle obywatel może coś osiągnąć, to zdecydowanymi akcjami protestacyjnymi, bez oglądania się na opozycję i bez przestrzegania jakichś reguł. Hamulcem jest tylko bezpieczeństwo i to jest niewątpliwe dziedzictwo polskiej tradycji aktywistycznej ostatnich pięćdziesięciu lat.

Tu jedno zastrzeżenie – opieram się na danych zamieszczonych w artykule Machowskiego. Wyniki badań IBRIS, zamieszczone na ich stronie internetowej, nie zawierają liczby badanych, którzy odpowiedzieli, że nie zagłosowaliby w wyborach. Takie dane ma na pewno zleceniodawca, czyli w tym przypadku Wirtualna Polska, ale ich nie publikuje. Podobnie jak informacji o przepływie elektoratu między poszczególnymi ugrupowaniami, jaki zaobserwowano w sondażach, a to też jest interesujące. Według Machowskiego wzrost notowań ruchu Hołowni w październiku (ostatniego badania z 5. listopada artykuł nie mógł jeszcze uwzględnić) nastąpił w zdecydowanej większości kosztem PiS, a tylko w bardzo niewielkim stopniu partia przejęła wyborców KO.

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.